Z piersią czy bez

Rak piersi zaatakował ją, gdy była w ciąży. Lekarze bagatelizowali guzek. Ratunek przyszedł dosłownie w ostatniej chwili.
/ 16.03.2006 16:57
Kiedy lekarze zrobili biopsję i powiedzieli, że mam złośliwego raka, bałam się, że mogę umrzeć, ale nigdy, przenigdy nie bałam się, że stracę męża i jego uczucie – mówi Małgorzata Groniec z Wrocławia. Zgrabna brunetka ze złocistymi pasemkami we włosach przesuwa ręką po głębokim dekolcie bluzki, odsłaniającym długą szyję i eksponującym biust. Dwa lata temu przeszła operację rekonstrukcji piersi. – Ale nie zrobiłam tego dla męża, zrobiłam to dla siebie – tłumaczy. – Zaraz po operacji wypychałam biustonosz skarpetkami. Potem nosiłam niewygodną protezę. Ale po rekonstrukcji poczułam się, jak przed chorobą. Jakbym na zawsze zamknęła tamten etap życia.

Bałem się jej bólu
– Dla mnie Gosia była atrakcyjna bez względu na to, czy miała pierś, czy nie – potwierdza Remigiusz Groniec. Szczupły, jasnowłosy, z delikatnym zarostem na twarzy, wygląda jak młody chłopak. – Bałem się kolejnych operacji i bólu, który ją czekał. Przekonywałem Gosię – jeśli chcesz, idź na rekonstrukcję, ale nie rób tego dla mnie, bo ja tego nie potrzebuję... Z upodobaniem spogląda na żonę i dodaje: – Kochałem ją tak samo, kiedy nie miała piersi i ani jednego włosa na głowie. Zresztą, na jej prośbę, sam jej włosy ogoliłem, kiedy po chemioterapii zaczęły wypadać.
Małgorzata potakująco kiwa głową. – Po drugiej chemii pełnymi garściami zbierałam je z poduszki. Nie chciałam widzieć, jak wypadają mi ostatnie włosy, dlatego poprosiłam męża, żeby mnie ogolił na łyso. Zrobiliśmy z tego całą ceremonię na oczach naszej córeczki, Natalki, by widziała, jak się zmieniam i żeby się mnie nie bała.
Czteroletnia dziewczynka z długimi, ciemnymi lokami nie odstępuje Małgorzaty na krok. Nie miała dziewięciu miesięcy, kiedy jej mama przeszła operację amputacji prawej piersi.
– Chyba zachorowałam na samym początku ciąży – przypuszcza Małgorzata. – Byłam w czwartym miesiącu, kiedy wyczułam w piersi niewielki guzek. Pokazałam go ginekologowi. Obejrzał i machnął ręką. Powiedział, że to zatkany kanalik mleczny.

Nic pani nie jest
Małgosia i Remek przypuszczają, że lekarza zmyliły bardzo dobre wyniki badań krwi. Niepokoił go podwyższony poziom cukru, ale uznał, że to cukrzyca ciążowa. Zalecił dietę. Guzkiem się nie przejął. – Chciałam z nim porozmawiać tuż przed porodem, ale zapomniałam, a kiedy urodziłam Natalkę, w ogóle o tym nie myślałam. Córeczka była mała, chuda, sina, jak dziecko alkoholiczki albo narkomanki – mówi Małgosia. Dopiero teraz, po lekturze wielu książek medycznych, wie, że skoki poziomu cukru świadczyły o początku choroby nowotworowej, a niska waga i sina skóra córeczki to potwierdzały. Ale trzy lata temu nawet jej to do głowy nie przyszło.

Od początku karmiła Natalkę piersią. – Obiema piersiami – podkreśla i dodaje, że chociaż martwiło ją ciągle powiększające się zgrubienie, to uspokajały wspomnienia z lektury jakiegoś artykułu, który dowodził, że żadne dziecko nie będzie chciało ssać chorej piersi.
– Żona pokazała guzek położnej środowiskowej, która odwiedziła nas w domu, ale powiedziała, żeby się nie przejmować, bo zniknie, jak tylko przestanie karmić – mówi Remigiusz. – Mijały miesiące, żona dalej karmiła Natalkę piersią, ale guzek rósł. Kiedy Natalka miała osiem miesięcy, nie wytrzymałem, powiedziałem do niej: idź do jakiegoś innego lekarza. Poszła do ginekologa, do naszej przychodni rejonowej. Wróciła z kolejną uspokajającą opinią: – Lekarka powiedziała, że nie
ma się czym niepokoić. Ja jednak byłem uparty, prosiłem – idź na USG piersi, zrób to dla mnie. Lekarz, który obejrzał guzek, natychmiast ją skierował do kliniki onkologicznej, bo na monitorze zobaczył aż trzy niepokojące zgrubienia.

Zrób to dla mnie
Natychmiast zaczęła się walka z czasem. Małgorzata poszła na badanie, które miało potwierdzić albo wykluczyć chorobę nowotworową. Trochę się bała, ale tak naprawdę nie wierzyła, że może mieć raka.
Uspokajałam się: mam malutkie dziecko, nie mogę być chora – tłumaczy. Na badanie poszła z Natalką, bo nie miała jej z kim zostawić. Przed samą biopsją na szpitalnym korytarzu karmiła ją piersią. – To był nasz ostatni raz – uśmiecha się bezradnie.
– Na wynik badania wycinka musiałam poczekać trzy dni, ale od razu dostałam leki, które uniemożliwiały dalsze karmienie. Wróciłyśmy do domu. Natalka przez trzy dni żałośnie płakała, potem pogodziła się z tym, że musi jeść z butelki. A ja dostałam wyniki...
– Kiedy usłyszałem, że nowotwór jest złośliwy, usiadłem na ziemi i zacząłem płakać – mówi Remek. – Strasznie się bałem o jej życie...

Trzeba się badać, żeby żyć
– Ja odchorowywałam diagnozę przez kilka dni – mówi Małgorzata. – Bałam się. O siebie, o dziecko. Obdzwoniałam całą rodzinę, wszystkich przyjaciół. Mówiłam im – mam raka. A oni na to – żartujesz... Byli przerażeni. Wszystkie koleżanki od razu poszły na badania piersi. Nawet moja mama, która nigdy wcześniej nie robiła sobie mammografii, bo w naszej rodzinie nie było przypadku raka... Na szczęście u nich wszystko było w porządku.
– Wiedziałem, że straci pierś, ale wcale się tym nie przejmowałem – opowiada Remek. – Co tam pierś, można bez niej żyć.

Byle można było żyć...
Małgorzata pamięta, jak po kąpieli stawała przed lustrem, kiedy rana się zagoiła i zdjęto już szwy. – Widziałam grubą bliznę w miejscu gdzie kiedyś miałam pierś. Ładną pierś, z której zawsze byłam dumna. Patrzyłam i... nic. Nie płakałam, nie wpadałam w paranoję, nie histeryzowałam. Czy z piersią czy bez, dalej byłam tą samą kobietą co wcześniej. Żyłam!

Wie, że może jej grozić nawrót choroby. Skrupulatnie wypełnia wszystkie wskazania lekarzy. Chodzi na badania. – Natalka, kiedy dorośnie, też będzie się badać... – zapowiada. – Nie można uciekać od myśli o czymś, co może nam grozić. Trzeba się badać. Żeby wiedzieć. Żeby żyć.

Agata Bujnicka

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)