tai chi

Tai-chi, lekcja życia

Miałem za sobą nieudane małżeństwo. Dzięki swojej sąsiadce zobaczyłem to, czego nie dostrzegałem dotąd.
/ 26.11.2008 14:11
tai chi
Konfucjusz twierdził, że człowiek dopiero w wieku 50 lat nabiera odpowiedniej wartości, zaczyna odróżniać rzeczy ważne od nieważnych i znajduje czas na poznawanie samego siebie. Nie chciało mi się tyle czekać. Albo po prostu – bez urazy dla wielkiego chińskiego mędrca – wcześniej dojrzałem do samopoznania. Dlatego zapisałem się na zajęcia z tai-chi, mając 42 lata. Blisko, w osiedlowym klubie. Coś mnie tknęło, gdy zobaczyłem plakat na drzwiach sklepu. Uznałem to za znak.
Tai-chi. Filozofia ruchu zastępująca religię i jogging jednocześnie. Czerpanie energii z natury i swobodny jej przepływ przez organizm, harmonia, jang i jin, tao.
Coś w sam raz dla mnie – pomyślałem – mężczyzny rozpoczynającego nowy etap życia. Może na zajęciach poznam kogoś interesującego? Kobietę wartościową, gotową do duchowego rozwoju, a nie nastawioną do świata konsumpcyjnie jak moja była żona. Wioletta uwielbiała życie na poziomie, więc alimenty zażyczyła sobie wysokie. Nie protestowałem. Niech bierze, co chce. Więc zatrzymała dom, pozostawiając mi M3, odziedziczone po rodzicach, które dotąd wynajmowałem. W pozwie, jako powód rozpadu małżeństwa, podała moją ciągłą nieobecność i chroniczny brak czasu dla rodziny. Na rozprawie pojednawczej stwierdziła, że dla naszego syna rozwód nic nie zmieni, bo właściwie i tak wychowywał się bez ojca. To było podłe. I niesprawiedliwe. Niby skąd miałem brać czas, skoro musiałem zarabiać, żeby sprostać jej wymaganiom? Nie poświęcałem Markowi tyle uwagi, ile bym chciał. Zresztą wcale tego nie oczekiwał. Wdał się w matkę. Tylko by wyciągał rękę.

Na pierwsze spotkanie przyszedłem punktualnie. Instruktorka Grażyna była ucieleśnieniem boskiej doskonałości. Przykuła mój wzrok. Toteż z pewnym opóźnieniem docierały do mnie jej słowa:
– ... tak, drogie panie. Cieszę się, że będziemy mogły razem ćwiczyć, by przywrócić elastyczność waszym kręgosłupom...
Zaraz, zaraz! – ocknąłem się i spojrzałem po sali. Mina mi zrzedła. Fakt, same kobiety. Niestety, średnia wieku zdecydowanie powyżej moich oczekiwań. Zamiast duchowo się odnawiać, będę ćwiczył kręgosłup razem z jakimiś babciami. Po prostu, rewelacja.
– Tai-chi daje siłę i energię niezbędną do życia, pozwala poruszać się bez bólu pleców, rozładować stres i zachować sprawność fizyczną w każdym wieku – kontynuowała z uśmiechem Grażyna.
Znowu rozejrzałem się po sali. Nigdy bym nie pomyślał, że tai-chi cieszy się taką popularnością wśród kobiet, które tak zwany wiek balzakowski miały dawno za sobą. Jak choćby pani Anastazja, moja sąsiadka. Znałem ją z widzenia. Niewątpliwie potrzebowała siły i energii. By sprostać rodzinie wyzyskiwaczy. Coś nas łączyło. Też była wołem roboczym. Ofiarą, wykorzystywaną przez najbliższych. Kiedy ją widywałem – myła okna albo wieszała pranie, wracała z zakupów albo wyprowadzała psa. Po prostu, robiła za służącą.

Po prelekcji nastąpił pokaz. Zafascynowany patrzyłem, jak Grażyna pozornie bez wysiłku wykonuje skomplikowane ćwiczenia. Po przerwie doszło jeszcze kilka osób. Jeden facet i dwie dziewczyny, coś koło trzydziestki, czyli w porównaniu z resztą – istne młódki, po prostu sikorki. Humor z miejsca mi się poprawił. Zaczęliśmy ćwiczenia. Najpierw było "wykręcanie żarówek". Niby nic, zwykłe obroty rękami w powietrzu, ale po minucie myślałem, że mi dłonie odpadną. Potem przystąpiliśmy do nauki pierwszych – ze stu ośmiu – kroków "dużej formy Tai-Chi Huan". Jak zapewniała Grażyna, wszystkiego się nauczymy w trzy miesiące. Wolałbym szybciej, ale rozumiałem, że starsze panie nie sprostają ostremu tempu.

Na zakończenie zrobiliśmy ćwiczenie rozciągające kręgosłup kręg po kręgu. Ręce do góry, broda do mostka i powolutku w dół, aż dłonie dotkną podłogi. Grażyna uczyniła to lekko i z gracją. Mnie też nieźle poszło – palcami musnąłem parkiet. Nisko schylony spojrzałem w prawo, na Lenę – jedną z dwóch młodych dziewczyn. Do podłogi brakowało jej jakichś dziesięciu centymetrów. Dyskretnie zapuściłem żurawia do tyłu. Dobra nasza – żadne ręce nie opuściły się niżej łydek. Potem rzuciłem okiem także w lewo, gdzie stała pani Anastazja. Siwa głowa dotykała wyprostowanych kolan, a dłonie o skórze jak pergamin spoczywały tuż przy stopach. Płasko! Sąsiadka zobaczyła, że się jej przyglądam i... puściła do mnie oko. W tym momencie nie wyglądała na ofiarę. Zupełnie. Raczej na osobę pełną wigoru, humoru i wewnętrznego samozadowolenia. Z wrażenia straciłem równowagę i poleciałem na nos, w ostatniej chwili podpierając się ręką.
Zamierzałem odprowadzić panią Anastazję, ale czekał na nią wnuk z psem. Żal mi się zrobiło starszej pani. Wykończą, biedaczkę. Ja ledwo nogami powłóczyłem. Ale ona tylko pomachała mi ręką i dzielnie pomaszerowała za jamnikiem i sadzącym wielkie kroki młodzieńcem.

Obudziłem się zdziwiony. Było za jasno. Zerknąłem na zegarek. Już po ósmej? Niesamowite, przespałem dziesięć godzin! Dawno mi się to nie zdarzyło. Co znaczy porządnie się zmęczyć! Fizycznie, bo psychicznie czułem się jak młody bóg. Dla porównania – po ostatnim widzeniu z Wiolettą czułem się jak po zderzeniu z ciężarówką. Znowu mi wytykała, że fatalny ze mnie ojciec. Zepsułem synowi długi majowy weekend, bo odwołałem wypad w góry. Nie docierało, że nie mogłem pojechać. Mieliśmy kontrolę i jako naczelny dyrektor zakładu musiałem zostać. Przecież obiecałem Markowi, że mu to wynagrodzę. Skuterem. W odpowiedzi wzruszył ramionami. I tyle. Rozpuszczony smarkacz. Żeby raczył się uśmiechnąć, musiałbym mu chyba kupić harley’a!
Znowu zerknąłem na zegarek. O, cholera! Wczoraj byłem taki padnięty, że zapomniałem nastawić budzik. I właśnie się spóźniłem do pracy. Pierwszy raz w życiu. Może zdążę chociaż na zebranie o dziewiątej. Zerwałem się z posłania i natychmiast padłem z powrotem. Bolały mnie mięśnie, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Koszmar, po prostu! Jeśli to całe tai-chi jest takie zdrowe – to czemu teraz nie mogę się ruszyć? Najbardziej dokuczał mi zesztywniały kark i łopatki. Pewnie coś sobie nadwerężyłem. Ostrożnie sięgnąłem po komórkę i wywołałem numer sekretarki.
– Pani Alu, wypadła mi nagła inspekcja w terenie. Niech mój zastępca poprowadzi zebranie.
– Ależ panie dyrektorze, jaka inspekcja? Nic nie wiem...
– No, to już pani wie. I proszę sobie darować telefony. Będę poza zasięgiem.

Wyłączyłem komórkę, zaczynając pierwsze w moim życiu wagary. Nie miałem wyrzutów sumienia. Jak zmiany to zmiany. Poza tym nie nadawałem się dzisiaj do pracy, nawet oddychanie mnie bolało. Jakoś zwlokłem się z łóżka i dokuśtykałem do łazienki. Wziąłem prysznic. Poczułem się na tyle znośnie, by zaryzykować wyprawę po zakupy. Marzyłem o jajecznicy z boczkiem i cebulą. Kompletnie wbrew diecie, serwowanej mi przez byłą żonę, ale co tam. Zasłużyłem. A Wioletta znikła z mojego horyzontu, razem ze swoimi kiełkami, jogurtami, wymaganiami i wiecznymi pretensjami.
W sklepie trzymałem pion, w czym pomagał mi wózek. W kolejce po boczek, natknąłem się na panią Anastazję. Uśmiechnęła się na mój widok przyjaźnie. Jej dziarskie ruchy nie wskazywały na żadne dolegliwości.
– Witam, sąsiada! – zagadnęła. – Oho, widzę, że troszkę pan zesztywniał. Przydałby się masaż.
– Mówi pani z doświadczenia? Długo pani trenuje?
– Długo...? – zastanowiła się przez chwilę. – Zależy jak spojrzeć. Dziś od szóstej. Byłam na godzinnym spacerze z psem, potem na rynku, pogadałam ze znajomą w warzywniaku, a jak tu skończę zakupy i zrobię wnukom śniadanie do szkoły, to lecę na działkę. A tak w ogóle, dziękować Bogu, już 67 lat ćwiczę.
– Chyba się nie zrozumieliśmy...
– Ależ doskonale pana zrozumiałam, sąsiedzie. Ambicja pana zjada. Stąd zakwasy. W ciele i duszy. Gdzie radość?
– Cieszę się, że udało mi wstać z łóżka – bąknąłem. Nie podobała mi się taka psychoanaliza od rana. – Niech pani kupuje, ekspedientka czeka.
– Oczywiście, 20 deko szynki, poproszę. Panu jak zwykle się spieszy. Do pracy?
– Nie. Dziś zrobiłem sobie wolne.
– Brawo! Za dużo pan pracuje.
– I kto to mówi? – obruszyłem się. – Przecież to pani ciągle pracuje. Zero czasu dla siebie. Skądś to znam. Rodzina nie ma dla pani litości, wykorzystują, na tai-chi też wysłali panią we własnym interesie – trochę się zagalopowałem, ale pani Anastazja nie wyglądała na oburzoną.
– Oczywiście – potaknęła. – Pewnie, że moje dobre samopoczucie wpływa na atmosferę w rodzinie. Moje dzieci dbają o mnie. Ja o nich. Czas ofiarowany im to właśnie mój czas. Żadne poświęcenie ani kara. Lubię czuć się potrzebna, lubię im pomagać. Lubię z nimi być. A oni ze mną. To mój największy sukces, ukoronowanie treningu zwanego życiem, mówiąc górnolotnie. Jeszcze sera proszę mi zważyć – zwróciła się do sprzedawczyni – ale jakiegoś ostrego i z dziurami. Zięć za takim przepada – znowu patrzyła na mnie. – Wczoraj, kiedy wnuk przyszedł po mnie, wybraliśmy się na długi spacer. Miał kłopot. Chciał się poradzić. On mówił, ja słuchałam. Potem powiedział, że świetnie mu się ze mną rozmawiało, że już wie, jak postąpić i dziękuje. Tak niewiele im potrzeba, prawda? Bliskim. Odrobinę zainteresowania i wspólnie spędzonego czasu... No to ja lecę. Muszę podlać truskawki. Dzieciaki je uwielbiają, z cukrem i śmietaną. Pa! – machnęła mi ręką na pożegnanie.

Miałem mętlik w głowie. Prawie zapomniałem, co chciałem kupić. Poczułem dziwny ból w sercu. Dokuczał znacznie bardziej niż zesztywniałe mięśnie. A policzki paliły. Pani Anastazja zawstydziła mnie. Chciałem poznać kogoś interesującego, wartościowego, umiejącego odróżnić sprawy ważne od mniej ważnych – i poznałem. Choć nie tego się spodziewałem, zapisując się na tai-chi. Nie takiej lekcji życia. Nie wiem, czy sąsiadka zrobiła to celowo, ale jej słowa odebrałem bardzo osobiście. To, co w sobie odkryłem, nie spodobało mi się. Wcale. Nie wiedziałem, czy Marek lubi truskawki. Nie miałem pojęcia, jakie trapią go kłopoty. Mało wiedziałem o własnym synu, bo mało miałem dla niego czasu. Wyrzuty sumienia okupywałem prezentami. Więc przywykł je przyjmować i nie liczyć na więcej. A Wioletta? Czy zawsze była interesowna? Czy stała się taka przeze mnie? Może pieniądze i stroje, dawały jej poczucie bezpieczeństwa, może były substytutem szczęścia? Za późno, by to naprawiać. Zresztą Wioletta miała już kogoś. Ale Marek zawsze będzie moim synem, zawsze będę go kochał – choć do tej pory kiepsko to okazywałem. Pora to zmienić. Znaleźć czas dla syna, dla siebie, dla nas.

Po powrocie ze sklepu zadzwoniłem do Marka. Miał teraz przerwę. To akurat wiedziałem, bo jedyne czego uczciwie pilnowałem, to jego nauki. Chodził do prywatnego gimnazjum. Znałem jego rozkład zajęć i utrzymywałem stały kontakt ze szkołą, by kontrolować jego postępy.
– Coś się stało? Coś z mamą?
– Nie, nie – uspokoiłem go. – Po prostu pomyślałem, że moglibyśmy się gdzieś wybrać razem. Po południu. Masz czas?
– Ja? Mama ci kazała zapytać? – drwiący ton sprawił mi przykrość, ale zasłużyłem sobie.
– No ty. I mama nic mi nie kazała. Z własnej inicjatywy wziąłem wolne i byłoby mi miło, gdybyś znalazł dla mnie chwilę. Albo nawet dwie. Co byś chciał robić?
Długo milczał, nim odpowiedział.
– Wszystko jedno. Pewnie i tak zaraz ktoś zadzwoni i będziesz musiał wracać.
– Wyłączę komórkę – obiecałem. – Może pójdziemy do kina? Potem pogadamy...
– Niby o czym? Znowu będziesz truł o nauce, przyszłości. – wciąż się opierał.
– A propos nauki – nie zrażałem się. – Zapisałem się na tai-chi.
– Ty? Na gimnastykę dla starych bab? – zakpił.
– Instruktorka jest boska! – zaśmiałem się. – A niektóre z tych babć, nawet ciebie by zakasowały kondycją. Choćby moja sąsiadka, staruszka. Ja ruszam się jak paralityk, a ona właśnie pognała na działkę podlewać truskawki. Lubisz truskawki, synu?
– Mam na nie alergię.
– Cholera! – wyrwało mi się. – Sorry, naprawdę się staram.
– Słyszę – chrząknął rozbawiony. – Nie wiem, co cię natchnęło, ale może być to kino, tato.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/18.11.2009 16:12
na naprawe bledow nigdy nie jest za pozno ... wazne zeby tego sie tylko trzymac!:)