Poradzimy sobie maleńka

To, że zapobiegłem tragedii było dziełem przypadku.
Poradzimy sobie maleńka
Fanaberie, nie żadna depresja – myślałem kiedyś. Aż do dnia, gdy dotknęło to najbliższą mi osobę, moją ukochaną żonę.

A jeśli urodzi się chore? – zapytała Magda ze strachem.
– Na pewno będzie zdrowe, nie martw się na zapas – pocałowałem żonę w czoło.
Od dawna byłem przyzwyczajony do jej strachów i niepokojów. Dość późno zaczęliśmy się starać o dziecko, dlatego naszym próbom towarzyszyło sporo nerwów. Lekarz mówił nawet, że to jest głównym powodem niepowodzeń, bo z medycznego punktu widzenia wszystko było z nami w porządku. Mimo to Magda zaczęła się obawiać o swoją "rezerwę". Miała dopiero 33 lata, ale martwiła się nie najlepszymi wynikami badań hormonalnych i tym, że pewnie wkrótce przestanie mieć owulację. Szczerze mówiąc, kłóciliśmy się, jakby już była po klimakterium...
W końcu zdecydowaliśmy się na sztuczne zapłodnienie i już trzeci zabieg przyniósł upragniony efekt.

Byliśmy w ciąży
Magda na jakiś czas się uspokoiła. Ale od czwartego miesiąca ciąży, jej lęki wróciły ze zdwojoną siłą.
– A jeśli nie damy sobie rady?
– Dlaczego? Przecież dobrze zarabiam. Oboje dobrze zarabiamy – tłumaczyłem najspokojniej, jak umiałem.
– No, ale wiesz, że w każdej chwili możesz stracić pracę, jak dwa lata temu – upierała się.
– To był wyjątkowy wypadek.
– Ale potem przez cztery miesiące nie mogłeś znaleźć nowej pracy. A jeśli mnie zwolnią chwilę po powrocie z urlopu i ty akurat wtedy stracisz pracę...
– Dlaczego mieliby cię zwolnić?! – zezłościłem się odrobinę. – Przecież jesteś świetnym pracownikiem!
– I co z tego? Będę miała prawie półroczną przerwę i małe dziecko, które pewnie będzie często chorować.
– Przesadzasz. Możemy sprzedać samochód, mamy oszczędności.
– Mamy też kredyt za mieszkanie. Od razu mówiłam, żeby go nie brać.
– Przecież tyle samo płacilibyśmy za wynajem. Poza tym w razie czego mogą nam pomóc rodzice.
– Jasne, najlepiej liczyć na pomoc rodziców, ale żeby samemu coś wymyślić, to już nie!
– Co wymyślić?! – z trudem się opanowałem, bo przecież wiem, że nie należy denerwować kobiet w ciąży.
– Wymyśl coś, żebym się nie stresowała, bo to źle wpłynie na dziecko.

To był jakiś koszmar. Nie rozumiałem, co dzieje się z naszym życiem.
Bóg mi świadkiem, że niczego bardziej nie pragnąłem, jak znalezienia jakiegoś cudownego leku na humory mojej żony. Koledzy w pracy pocieszali mnie, że takie zachowanie to norma i nie ma się czym przejmować.
– Jak sobie przypomnę moją Basię w obu ciążach... Mówię ci, stary, gehenna – pocieszał mnie mój szef, Jurek. – Ale potem wszystko wraca do normy.
Miałem nadzieję, że ma rację i już nie mogłem się doczekać szczęśliwego rozwiązania. Ale kiedy nadeszło, okazało się nie do końca szczęśliwe...
Krysia ważyła prawie cztery kilo. Lekarze twierdzili, że jest okazem zdrowia i już kilka dni po porodzie wypisali obie moje panie ze szpitala. Gdy poszedłem na salę zabrać rzeczy Magdy, na korytarzu zatrzymał mnie mąż jednej z kobiet dzielących z moją żoną salę.
– Proszę uważać na żonę – poradził.
– Nie rozumiem.
– Ona ma silną depresję poporodową. Znam się na tym, moja siostra też ciężko przeżywała narodziny pierwszego dziecka. Gdyby były problemy, proszę zadzwonić tutaj – podał mi wizytówkę.

Nie mogę nawet podziękować mężczyźnie, który dał mi wizytówkę. Ale gdyby nie on...
Wziąłem, ale byłem pewien, że przesadza. Zresztą, skąd on mógł wiedzieć takie rzeczy? Kiedy w samochodzie zobaczyłem na policzkach Magdy łzy, wcale się tym nie przejąłem. Pomyślałem o hormonalnej huśtawce i spokojnie podałem jej chusteczkę.
– Powiedz mi prawdę – poprosiła, gdy tylko ułożyliśmy Krysię w łóżeczku.
– Jaką prawdę? O co ci chodzi?
– Straciłeś pracę.
– Nic mi na ten temat nie wiadomo.
– Dlaczego mnie okłamujesz? Udajesz tylko, że wychodzisz do pracy...
– Kochanie, oszalałaś! – krzyknąłem tak głośno, że Krysia się obudziła.
– Od dawna wiedziałam, że nie mogę na ciebie liczyć – rozpłakała się Magda i poszła uspokoić naszą córeczkę. – Cicho, nie płacz. Tatuś chce nas zostawić, bo już nas nie kocha...

Ręce mi opadły. Tego wieczoru czułem się, jakbym ja też dostał depresji poporodowej.

W pracy, na pytania szefa, jak tam, powiedziałem prawdę.
– Masz tydzień urlopu – oznajmił.
– Wolałbym nie. Magda ma obsesję na punkcie tego, że straciłem pracę.
– Rozumiem, ale lepiej żebyś był w domu... A teraz? Jest z nią ktoś?
– No... nie.
– Jedź do domu. Kobiety w takim stanie zdolne są do różnych rzeczy.
Przyznam, że przestraszył mnie nie na żarty. Złamałem po drodze kilka przepisów. Zdążyłem w ostatniej chwili.
Moja żona stała na balkonie. Jedną nogę miała już przełożoną na zewnątrz. Na rękach trzymała płaczącą Krysię.
– Magda! – wrzasnąłem przerażony.
– To jest jedyne wyjście. Jak odejdziesz, to sobie nie poradzimy.
– Ale ja nigdy nie odejdę!!!
– Wszyscy mężczyźni tak mówią. A potem wszędzie pełno jest samotnych, porzuconych kobiet?
– Błagam cię, porozmawiajmy...
– Nie mamy o czym... – coś ją nagle zastanowiło. – Dlaczego wróciłeś? Powinieneś być w pracy. Zwolnili cię!
– Magda, porozmawiajmy – prosiłem.

Przez chwilę milczała, a potem rozpłakała się i przełożyła nogę z powrotem.
Dopiero teraz odważyłem się podejść. Wprowadziłem ją do pokoju, posadziłem na kanapie. Tuliłem i pocieszałem. Po paru minutach oddała mi śpiącą córeczkę, a ja zaniosłem ją do łóżeczka. Gdy wróciłem, Magda już nie płakała. Siedziała ze wzrokiem wbitym w podłogę.
– Musimy pójść do lekarza – zacząłem łagodnie.
– Uważasz, że jestem nienormalna? – spytała.
– To, co zrobiłaś przed chwilą, nie było normalne...
– Wiem – spuściła ze wstydem głowę.
Odnalazłem wizytówkę, którą dostałem na szpitalnym korytarzu. Zadzwoniłem. Kiedy powiedziałem, co się stało, kazano nam natychmiast przyjechać. Na szczęście zaprzyjaźniona sąsiadka była jeszcze na urlopie macierzyńskim i zgodziła się popilnować Krysię. Po przyjeździe do kliniki od razu przyjął nas lekarz. Po krótkiej rozmowie odesłał moją żonę na badania, a mnie poprosił o zostanie w gabinecie.

Gdyby nie pomoc lekarzy, prędzej czy później stałoby się coś złego...
– Czeka pana kilka ciężkich miesięcy – spojrzał na mnie ze współczuciem.
– Co pan konkretnie ma na myśli?
– Będzie musiał pan wziąć urlop...
– To znaczy będę musiał zajmować się żoną i dzieckiem?
– Tylko dzieckiem. Żoną zajmiemy się my. Jej depresja poporodowa jest tak ciężka, że musimy ją zatrzymać w szpitalu i to być może na kilka miesięcy. Powinien ją pan jak najczęściej odwiedzać razem z dzieckiem, ale na razie ani na chwilę nie wolno jej zostawiać samej z córeczką.
Mój szef, gdy usłyszał, że chcę wziąć urlop wychowawczy, w pierwszej chwili pomyślał, że to żart. Ale gdy mu powiedziałem, co się stało i gdzie jest teraz moja żona, już tylko mi współczuł.
Nie powiem, żeby było mi łatwo, ale mama Magdy bardzo mi pomagała. Przez pierwsze dwa tygodnie bywałem u mojej żony codziennie, jednak nawet nie mogliśmy rozmawiać, bo właściwie nie było z nią kontaktu. Potem, na szczęście, jej stan zaczął się poprawiać. Uśmiechała się w trakcie naszych wizyt i była dużo spokojniejsza. Ciągle jednak miała napady lękowe.

Po dwóch miesiącach lekarz powiedział mi, że najdalej za dwa, może trzy tygodnie wszystko wróci do normy.
Chociaż, jak zastrzegł, to już nie będzie taka norma jak przed ciążą. Cały czas będę musiał obserwować, czy żona nie ma załamań.
Podczas jednej z ostatnich wizyt Magda zapytała mnie:
– Damy sobie radę? – musiałem chyba mieć przestraszoną minę, bo szybko dodała – ja wiem, że tak, ale chcę to usłyszeć.
– Oczywiście, że sobie damy radę. A ja będę ci to powtarzał ciągle, żebyś nigdy nie wątpiła. Bo bardzo cię kocham...

Marian L., 38 lat, inżynier

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)