Kazała klęczeć na kamieniach?

Podobno pani W. bestialsko znęcała się nad dziećmi w zerówce! Był niezbity dowód – taśma magnetofonowa...
Bomba wybuchła przed końcem roku szkolnego, na początku czerwca. Dyrektorka omal zawału nie dostała,
kiedy nauczycielka klasy trzeciej Ewa G. przyszła do niej z tą hiobową wieścią: – Pani W. bestialsko znęcała się nad dziećmi w zerówce! Miała niezbity dowód – taśmę magnetofonową. Sama nagrała zeznania uczniów.

Ładna jest szkoła w tej niedużej gminnej wsi w Świętokrzyskiem. Nowa, przestronna. Mieści podstawówkę, gimnazjum i przedszkole z zerówką. Dziećmi w przedszkolu zajmują się dwie nauczycielki z tytułem magistra. Jedna odpowiada za grupę maluchów, druga – sześciolatków, zerówkowiczów. Zmieniają się co roku.

Ja wykryłam to przestępstwo
Trzy lata temu, w roku szkolnym 2001/2002, Zofia W. też prowadziła zerówkę. Miała w grupie 23 dzieci. W czerwcu br. kończyły już klasę trzecią. Od pierwszej uczyła je Ewa G.
Obie panie mają wieloletni staż w zawodzie i były pozytywnie oceniane. Nie utrzymywały kontaktów towarzyskich, a te służbowe ograniczały się do narad grona pedagogicznego. – Nie wiem, dlaczego mnie oskarżyła – mówi zgnębiona Zofia W. – Nie pojmuję, dlaczego miałabym się znęcać tylko nad dziećmi z jej klasy.
Na taśmie magnetofonowej, przez 80 minut, ośmioro uczniów opowiada o tym, co im pani W. robiła w zerówce. A więc tak: Pani krzyczała i biła, ciągnęła za włosy i uszy. Zamykała w szafie na klucz. Kazała klęczeć na ostrych kamieniach, aż kolanka krwawiły. Przywiązywała sznurkiem do kaloryfera. Kładła do buzi sól i pieprz i zaklejała buzię taśmą. Jak ktoś zrobił kupę w majtki, to musiał z gołą pupą chodzić po klasie. Jak dzieci szły na posiłek, to te zamknięte w szafie i przywiązane do kaloryfera były głodne... Jedne dzieci mówią, inne potwierdzają chórem.
– Ona nienawidzi dzieci – twierdzi Ewa G. – Trafiła do szkoły z przypadku, bo ma męża lekarza... Sznury i pieprz w biurku trzymała, a kamienie to dydaktyczne eksponaty. Ja to całe przestępstwo wykryłam, a teraz jestem szykanowana...

Wyjaśnia, że nagrała dzieci po lekcjach. Mają do niej zaufanie, bo jest ich przyjaciółką i daje im to, czego nie mają w domu. Same przychodziły i opowiadały, więc musiała zareagować. – To był mój moralny obowiązek – zapewnia. Dlaczego dzieci zdecydowały się mówić dopiero po trzech latach? – Bo bały się pani W.
Dyrektorka natychmiast zwołała grono pedagogiczne i poprosiła obie nauczycielki o wyjaśnienie. Ewa G. nie chciała udostępnić nagranej taśmy. W końcu czerwca zawiozła ją do kuratorium w Kielcach. Wkrótce też powiadomiła o „bestialskich metodach” Komitet Ochrony Praw Dziecka, prezydentową Kwaśniewską i Rzecznika Praw Obywatelskich. Wszystkie urzędy przekazały sprawę Prokuraturze Rejonowej we Włoszczowie – do wyjaśnienia.
– Dyrektorka chciała sprawę zatuszować. Bałam się prowokacji. Trzeba znać mentalność wiejską – tłumaczy swoją decyzję Ewa G.
Małgorzata D., dyrektorka, nie chce niczego komentować. Jest jednak rozżalona: – Mamy pedagoga szkolnego, częste kontakty z poradnią psychologiczną. Nauczycielka nie powinna była z ukrycia nagrywać dzieci.

Kocham dzieci, nie krzywdziłam ich
Zofia W. – szczupła, drobna, w okularach. Ma piękny dom. Ma troje udanych dzieci, dwoje już po studiach, najmłodsze studiuje. Ma męża lekarza weterynarza, znanego w całej okolicy. Oboje pochodzą z nauczycielskich rodzin.
Zofia W. mówi, że przepłakała całe wakacje, bo to, co ją spotkało, to jakieś nieporozumienie i wielka niegodziwość. – Proszę sobie wyobrazić, jak te wszystkie tortury mogłabym stosować, skoro co chwila ktoś wpada do przedszkola. Mama lub babcia, żeby sprawdzić, jak maluch się sprawuje... Starszy brat czy siostra też czasem zajrzą. Pani sprzątaczka, dyrektorka... I obok jest koleżanka, która zajmuje się młodszą grupą... Może czasem podniosłam głos, może kiedyś zdarzyło się, że postawiłam rozbrykane dziecko do kąta, ale to całe moje przewinienie! Jeśli muszę wyjść do toalety, to proszę kogoś, by na tę chwilę został z dziećmi. Nie daj Boże, jedno dziecko drugiemu włożyłoby kredkę do oka... Kocham dzieci, nigdy żadnego nie skrzywdziłam. Z radością idę do pracy...
W połowie lipca Zofia W. złożyła w prokuraturze skargę na pomówienia i szkalowanie jej osoby. – Pani G. posunęła się za daleko – mówi. – Postawiła mnie pod pręgierzem, wykorzystując dzieci. Ale dlaczego?!
Praktycznie niemożliwe jest, aby z przedszkola nie przedostał się na korytarz szkolny płacz torturowanych dzieci, jak twierdzą pytane nauczycielki. A na pewno płakałyby te z krwawiącymi kolanami i godzinami uwiązane do kaloryfera.

Syn wszystko by wyklepał
Mama Bartusia, najbardziej aktywnego przy opisywaniu tortur, mówi: – To jakaś kompletna bzdura! Czy nie zauważyłabym u dziecka sińców na buzi? Syn by przyszedł z zerówki zaryczany jak bóbr i oświadczył, że więcej tam nie pójdzie. Jest żywy, rozbrykany i straszny gaduła. Ja myślę, że dzieci, opowiadając o tych torturach, chciały popisać się przed swoją panią i na wyścigi wymyślały niestworzone rzeczy. Pytałam syna, czemu tak mówił o pani W. Odpowiedział mi: „A powiedziałem i już”.
Mama Pawełka ma czworo dzieci w wieku szkolnym. Nigdy nie skarżyły się na panią W., bardzo ją lubiły. Pawełek opowiadał nawet o tym, które dziecko któremu kredkę zabrało. – Syn by mi zaraz wszystko wyklepał – oznajmia. – A już na pewno nie zapomniałby o klęczeniu na kamieniach, swoim czy kolegi.
Mama Basi, mama Tereski, mama Szymonka... Wszystkie twierdzą to samo. To niemożliwe! Przecież by coś zauważyły.

Najgorzej na tym wyszły dzieci
Dzieci w końcu sierpnia zostały przesłuchane przez policjantkę i psychologa, w obecności rodziców. Niektóre mocno to przeżyły. Czy ich zeznania różnią się od tych na taśmie? Prokuratura zasłania się tajemnicą śledztwa. Policja przesłuchała też obie nauczycielki. Będą kolejne przesłuchania. Także dzieci zostaną ponownie przesłuchane, ale już tylko dwoje z ośmiorga. – Zarzut jest poważny, nie może być żadnych wątpliwości – wyjaśnia prokurator rejonowy. – Ostateczną decyzję podejmiemy w końcu listopada.
– Nie muszę się ukrywać, nie uczyniłam nic złego – mówi Zofia W. – Jakoś to wytrzymam, ale cierpią dzieci ciągane na przesłuchania...
– Dzieci i rodzice wręcz mnie uwielbiają, bo jestem bardzo opiekuńcza – mówi Ewa G. – Nie wiem, dlaczego matki nie potwierdzają, że ich dzieci były maltretowane. Boją się, że też będą ukarane...
Rodzice nic nie mają również do pani G. Dobrze uczy, mówią. Ale z tym uwielbieniem to przesada.

Zdzisława Jucewicz
PS Imiona dzieci zmieniono. Będziemy śledzić tę sprawę i powiadomimy o jej rozstrzygnięciu.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)