dom

Inwestycja życia

Nie miałam łatwego życia. Rodzice wychowali nas surowo, po wojskowemu. Duży piękny dom, modne stroje i zabawa – o tym marzyłam od dzieciństwa. Robiłam wszystko, żeby tylko to osiągnąć. Wyrwać się z mojej wioski i zacząć zupełnie nowe życie – tylko o tym myślałam.
/ 20.10.2008 13:31
dom
Miałam wielu mężczyzn, ale tak naprawdę to byłam samotna. Z żadnym nie związałam się na dłużej. Potrzebowałam ich tylko po, aby zrealizować swój plan.

Ludzie gadali o mnie, ale ja się tym kompletnie nie przejmowałam. Do czego to podobne, żeby taka kobieta jak ja, niegłupia przecież i już swoje lata mająca, cudze kąty musiała wycierać? Mieszkam u swojej siostrzenicy, Mileny, od dwóch lat. Nie jest mi źle, nie powiem. Obiad ugotuję, z dzieckiem się pobawię, telewizję pooglądam i tak dni płyną. Emerytura przyjdzie, to pójdę na bazarek, kupię trochę zieleniny, zagadam z kimś, a potem znowu wracam do tej swojej samotni. Bo Mileny ani jej męża nigdy nie ma w domu. Dobre z nich dzieciaki, nie powiem, i pokoik mi ładny wyszykowali, dywan, kwiaty, i na ogród mogę wyjść, kiedy tylko chcę, ale co z tego, skoro ich nie ma przez całe dnie, a ja mam przecież swój dom daleko stąd, swoich sąsiadów, swoją ulicę. Tylko wracać do niego nie mogę. Nic tam na mnie dobrego nie czeka.

A przecież całe życie temu kawałkowi ziemi poświęciłam...
Nie układało mi się w życiu od początku. Moi rodzice urodzili się w czasie wojny i chowali nas, mnie i starszą siostrę, Renatkę, surowo, po wojskowemu. Nie tak, jak teraz dzieciaki się chowa, które robią, co chcą. My znałyśmy swoje miejsce.
W domu się nie przelewało. Do tej pory pamiętam, jak dostałam pierwszą swoją lalkę szmacianą i wózek – to była sensacja na całe osiedle! Mieszkaliśmy w starej willi kolejowej, w której mieszkanie ojciec, robotnik w fabryce ołówków, dostał razem z przydziałem na pracę. Co to było za życie – do tej pory pamiętam odór kapusty, który po całym domu unosił się od rana do wieczora, i wspólną łazienkę z kąpielą raz w tygodniu, w sobotę. Jak ja marzyłam, żeby się stamtąd wynieść! Już wtedy chyba wiedziałam, że jestem stworzona do czegoś innego. Gdy rodzice nie widzieli, stroiłam się w futro sąsiadki z parteru, o której różne rzeczy mówili, i wyobrażałam sobie, że jestem nią. Raz zastała mnie tak Renata:
– Co ty wyprawiasz? Przecież to jest zwykła... – tu moja siostra ugryzła się w język, a ja dopiero po latach zrozumiałam, co chciała powiedzieć.
– Nie obchodzi mnie to – odpowiedziałam butnie. – Dla mnie ważne jest, żeby od tych bigosów, od tych mydlin wynieść się jak najdalej. I to zrobię! – zapowiedziałam.
Renata wzruszyła ramionami i powiedziała:
– Szkoda mi ciebie.
Ja jednak wiedziałam swoje.

Okazja na poprawienie swojego losu przydarzyła się szybko. Nie miałam nawet siedemnastu lat, kiedy poznałam Marcina. Koleżanki kochały się wtedy w chłopakach ze szkoły na zabój, ale ja miałam jakby serce z lodu – im kto bardziej do mnie lgnął, tym ja bardziej zwodziłam go i oszukiwałam.
Z Marcinem było inaczej. Wiedziałam, że jego ojciec jest wysoko postawionym oficerem i biedy przy nim nie zaznam. Zaczęłam się więc dla niego stroić, malować, uśmiechać. Nawet trzy miesiące nie minęły, a Marcin świata poza mną nie widział:
– Helenka, wyjedźmy stąd – namawiał. – Wiesz, jaka jest moja matka. Ona ciebie nie lubi, nigdy nie zgodzi się na małżeństwo. A ja bym nie chciał się z tobą nawet na chwilę rozstawać, pragnę, abyś była moja na zawsze.

Nie trzeba mnie było długo namawiać. Zamieszkaliśmy pod Radomiem w wynajmowanym mieszkaniu ciotki Marcina. To nie był raj, ale ja byłam zachwycona. Czułam, że zrobiłam pierwszy krok we właściwym kierunku. Miałam bieżącą wodę i pieniądze na ciuchy i kosmetyki. Nie obchodziło mnie wtedy, co ludzie gadają. Że nie mamy ślubu, a mieszkamy jak mąż z żoną. Przez ludzi dotarła też do mnie informacja, że rodzice się mnie wyrzekli. Nie przejęłam się tym. Miałam swój cel – niedaleko naszego bloku powstawało nowe osiedle willi peerelowskich prominentów. Też chciałam tak mieszkać, choćby miało mnie to drogo kosztować.
Szybko się zorientowałam, że Marcin nie pomoże mi zrealizować mojego planu. Był za delikatny, za uprzejmy, za bardzo ludźmi się przejmował. Kochał mnie jak nikt, ale co mi było po tym. Aby nas utrzymać, zatrudnił się jako zwykły robotnik w fabryce nici. Nie tak wyobrażałam sobie moje wymarzone życie. Chciałam bywać, stroić się, poznawać fascynujących ludzi. Tymczasem Marcin wracał do domu o siedemnastej, oczekiwał obiadu, wyprasowanych koszul, uśmiechniętej i posłusznej kobiety w domu. Szybko znudziła mi się ta rola i zaczęłam przemyśliwać, jak by tu się z tak przedwcześnie uzyskanej wolności wyplątać. Marcin prosił:
– Kochanie, pobierzmy się w końcu, już możemy, co to za życie bez ślubu. Pogódźmy się z rodziną. Zaprosimy i twoich, i moich, jak się poznają, jak zobaczą, że dobrze żyjemy, wybaczą nam, zobaczysz. No i o dzidziusia się postarajmy, tak bardzo pragnę mieć córkę.
Nie myślałam się do tego przyznawać, ale nie chciałam dziecka. Nie uśmiechało mi się bawić małego, zamiast bawić się. Przeciwnie, miałam inne plany.

Jesienią poszłam do pracy. Przekonałam Marcina, że przy jego pensji sobie nie poradzimy. Będzie lepiej, jak ja też zacznę pracować. Skoro nie pojawia się jeszcze dziecko – oczywiście nie dodawałam, że robię wszystko, by jeszcze długo go nie było – to nie ma sensu, bym siedziała w domu.
Zatrudniłam się w biurze architektonicznym obok domu. Praca była łatwa, bo przecież nie miałam żadnych kwalifikacji. Ot, wysłać list na poczcie, odebrać telefon, zrobić kawę, jak przyjdą goście. Lubiłam to zajęcie, biuro było nowe, ładne, jasne, współpracownicy młodzi i towarzyscy. Wtedy to były inne czasy: ludzie bardziej się ze sobą przyjaźnili, zapraszali, nie to co teraz. W ten sposób poznałam Arka. Był kolegą mojego dyrektora. Starszy ode mnie, poważny, aktywny działacz partii. Tyle wiedziałam o nim wtedy. Dzięki temu, że nie buntował się przeciwko systemowi, wyjeżdżał często za granicę, przywoził różne towary. Miał pięknie urządzone mieszkanie. Jak tylko jechał na jakiś zlot architektów, zawsze pamiętał o upominku dla mnie: raz to było kilo pomarańczy, innym razem bułgarskie perfumy. Jeszcze nie byliśmy razem, a już całe biuro plotkowało, że zostałam kochanką Arka. Nie przeszkadzało mi to szczególnie. Pewnego dnia oznajmiłam Marcinowi:
– Poznałam kogoś, odchodzę.
Załamał się wtedy. Może przez krótką chwilę pomyślałam, że się nim zabawiłam, że on dla mnie wszystko poświęcił, a ja go wykorzystałam. Szybko jednak pozbyłam się wyrzutów sumienia. Zabrałam swój skromny dobytek i przeprowadziłam się do mieszkania, które wynajął dla mnie Arek. Było malutkie i skromne, ale idealne dla mnie.

Nie kochałam Arka, oczywiście, że nie. Z czasem przestałam go nawet szanować, kiedy wracał pijany albo wyzywał mnie od najgorszych. Skrywałam jednak swoje prawdziwe uczucia za maską uprzejmości i cierpliwości. Do tej pory nabierali się na to wszyscy faceci. Dlaczego Arek miałby być inny? Nie był.
Zaczęłam rozmyślać, jakby tu bardziej zbliżyć się do mojego marzenia o własnym domu i staniu się naprawdę bogatym człowiekiem, niezależnym od kaprysów innych. Arek, ze swoimi kontaktami w partii, wydawał się idealny do tego celu.
– Kochanie, nigdy nie byłam za granicą, może wziąłbyś mnie raz ze sobą – zagadałam pewnego romantycznego wieczora. – Tak marzę o tym, żeby z moim tygrysem zobaczyć kawałek świata.
O dziwo, Arek nawet nie wzbraniał się długo. Pomógł mi załatwić paszport – z jego poparciem nie było to trudne – i inne formalności. Po kilku miesiącach wyjechaliśmy razem na konferencję architektoniczną do Berlina Zachodniego.
Liczyłam na to, że Arek nie będzie mnie przesadnie pilnował. Zdawał sobie sprawę, że nie znam języka, miał mnie też za kobietę głupią, co wielokrotnie podkreślał. Jakże bardzo miał się przeliczyć – ledwie wyszedł na pierwsze spotkanie, ja opróżniłam jego kieszenie ze wszystkich dewiz, jakie zostawił w pokoju, wsiadłam w pociąg i pojechałam do Monachium. Nie mam pojęcia, dlaczego wybrałam akurat to miasto. Wiedziałam, że muszę wyrwać się z Berlina, bo Arek poruszy niebo i ziemię, by mnie odnaleźć, a w Monachium mieszkała kuzynka mojej mamy.
Ukradzione Arkowi dewizy okazały się nie być wystarczające na przeżycie choćby kilku dni w zachwycającym mnie od pierwszej chwili mieście – mimo że nie znałam języka, wiedziałam, że muszę szybko znaleźć pracę. Chodziłam od knajpy do knajpy, od domu do domu z tabliczką arbeit. Po dziewięciu godzinach, gdy już straciłam nadzieję, że cokolwiek mi się uda znaleźć, starsza Niemka pokazała mi stojącą za domem szklarnię.
– Gut? – zapytała.
Skinęłam głową. Praca w szklarni była bardzo ciężka, ale miała i zalety. Państwo Fersten oferowali swoim pracownikom mieszkanie we wspólnym baraku i dość uczciwe pensje. Codziennie mogłam również liczyć na talerz gorącej zupy. W sumie nie było tak źle.

Już po wielu latach dowiedziałam się, że Arek poniósł bardzo ciężką karę za swoją lekkomyślność. Pozbawiono go wszelkich przywilejów, spędził nawet jakiś czas w więzieniu. Władze nie wierzyły, że nie pomógł mi w ucieczce na Zachód, co więcej – że nawet o niej nie wiedział. Nie miałam wyrzutów sumienia – w końcu sam był sobie winien, myślałam.
W Niemczech spędziłam kilkanaście lat. Wszystkie były wypełnione ciężką pracą i dokładnie zaplanowane. Początkowo pracowałam u Ferstenów, potem zaczęłam dodatkowo sprzątać u ludzi. Kiedy nauczyłam się języka, przeniosłam się do biura, gdzie mogłam kilkakrotnie więcej zarobić. Udało mi się nawet wyrobić sobie legalne papiery – to był wtedy szczyt marzeń. Jeszcze kiedy mieszkałam pod Monachium, zaczęłam myśleć o własnym domu w Polsce – napatrzyłam się na tutejsze schludne domki, zadbane ogródki, czyściutkie okna, kwiatki w kuchni. Oczami duszy widziałam siebie, jak wydaję polecenia służącym – wielokrotnie tutaj poniżana, nie chciałam już u siebie sprzątać. Zawsze w swoich marzeniach to ja byłam panią sytuacji.

Nie założyłam rodziny, nie miałam dzieci. Oczywiście, spotykałam się z mężczyznami – w końcu byłam dość atrakcyjną kobietą, miałam różne propozycje. Życie nauczyło mnie jednak, że związek to tylko późniejsze problemy przy podziale majątku. Nie mówiąc już o dzieciach – robiłam, co mogłam, by ich nie mieć. Dwukrotnie byłam w ciąży, ale usunęłam je. Czy żałuję? Gdyby człowiek w młodości wiedział choć połowę tego, co na starość...
Zaraz po zmianach w latach dziewięćdziesiątych postanowiłam wrócić do Polski. Moi rodzice już nie żyli, z siostrą nie miałam właściwie kontaktu. Ona próbowała pisać, nawet ze dwa razy dzwoniła, ale ja za wszelką cenę próbowałam uniknąć bliższej zażyłości. Wydawało mi się wtedy, że każdy, kto zwraca się do mnie z cieplejszym słowem, czyha na moje marki. Jakże byłam wtedy głupia!
Za uzbierane pieniądze kupiłam kawałek ziemi i postawiłam dom w rodzinnej miejscowości. Dom, zamczysko właściwie, na wzór tego, co widziałam za granicą. Komu chciałam zaimponować? Dopiero teraz widzę, jaka byłam żałosna. Moim domem matki straszyły dzieci.
– Tam, w tym starym zamczysku, mieszka czarownica – mówiły – jak będziesz niegrzeczny, to cię porwie.
Nie musiałam pracować. Miałam bowiem sporo oszczędności. W zasadzie całe dnie spędzałam na doglądaniu domu i przechadzkach po mojej posiadłości.
Gdyby te, które na mnie się darły, że niedokładnie starłam kurz, mogły mnie teraz widzieć – myślałam. Ale nikt nie widział i nie podziwiał moich włości.
Z czasem marka, a później euro, zaczęło tracić na wartości i spostrzegłam, że moje oszczędności topnieją w zastraszającym tempie. Jak tak dalej pójdzie, będę musiała jeszcze pracować na starość – myślałam z przerażeniem.

Postanowiłam w porę temu zapobiec. Jedynym sposobem wydawało mi się wynajęcie części domu. Lokatorów szukałam niespiesznie – zależało mi, żeby byli dobrze sytuowani, na poziomie, nie palący, bez małych dzieci. Po trzech miesiącach znalazłam ludzi, wydawałoby się, idealnych. Byli to państwo Kamińscy, małżeństwo w średnim wieku z dwoma jedenastoletnimi bliźniakami. Płacili regularnie i sporo, bo czynsz za tak komfortowe mieszkanie nie był mały. Oni wydawali się to rozumieć i nie narzekali na wysokość opłat – przeciwnie, często podkreślali, że na takim mieszkaniu właśnie im zależało. Teraz już wiem dlaczego.
Kilka tygodni po wprowadzeniu się moich lokatorów zaczęłam się jakoś źle czuć. A to w głowie mi się kręciło, a to nogi odmawiały posłuszeństwa, a to zaczęły się jakieś kłopoty żołądkowe. Początkowo lekceważyłam te sygnały, biorąc je na karb zbliżającej się starości, ale po kilku miesiącach, kiedy straciłam siły tak bardzo, że nie mogłam nawet wstać z łóżka, postanowiłam wybrać się do lekarza.
– To może być wszystko – stwierdził młody internista w osiedlowej przychodni i skierował mnie do szpitala.

Przygotowałam się do tego pobytu bardzo starannie – wypisałam moim lokatorom długą listę rzeczy, o które mają dbać podczas mojej nieobecności.Pochowałam wszystkie co cenniejsze przedmioty w jednym pokoju, który zajmowałam, odkąd zdecydowałam się na wynajem, ba, zamówiłam nawet do niego dodatkowe zamki, i spokojna poddałam się leczeniu. Diagnoza była zaskakująca.
Okazało się, że ktoś systematycznie mnie w domu podtruwał! Początkowo uznałam to za absurd. Ba, kłóciłam się nawet z laborantką, która przyniosła wyniki. Potem jednak zrozumiałam, jak to się stało. Odkąd w moim domu zamieszkali lokatorzy, w ogóle przestałam już gotować. Jadłam posiłki, które pani Marta przygotowywała dla swojej rodziny. Teraz, jak sobie przypominam, to od niej wyszła inicjatywa, żebym skorzystała z jej uprzejmości:
– U nas i tak dużo jedzenia się marnuje – tłumaczyła moja lokatorka. – A tak pani nie będzie głodna, a ja niczego nie wyrzucę na śmietnik.
Argumentacja była logiczna, nic dziwnego, że zaczęłam się stołować u moich lokatorów. A oni mieli łatwą sposobność, aby mnie podtruwać. Wystarczało wrzucać coś tylko do mojego talerza. Oczywiście zaraz po tym odkryciu postanowiłam wyrzucić potwornych lokatorów z domu. Okazało się to jednak – niemożliwe!
Kiedy po dwóch miesiącach wróciłam ze szpitala do swojego ukochanego domu, okazało się, że zamki zostały zmienione! Pani Marta oznajmiła mi lodowatym tonem, że od tej pory oni go zamieszkują, a ja, jeśli chcę, mogę przebywać w tym jednym pokoju. Oczywiście wydało mi się to absurdem i od razu wezwałam policję. Tu jednak spotkał mnie pierwszy zawód – policjanci wprawdzie przyjechali, przesłuchali Kamińskich, ale na tym się skończyło.
– Może pani dochodzić swoich spraw w sądzie, ale nie liczyłbym na wygraną – tłumaczył mi policjant. – Trzeba było tych ludzi nie wpuszczać do domu. Pani jest osobą samotną, oni mają dwoje małych dzieci, sąd na pewno przyzna im prawo zamieszkiwania w pani domu!
– Ale przecież to moja własność! – krzyknęłam z rozpaczą.
– No niby tak, ale pani mieszkała przez większość życia za granicą, nie wiadomo, skąd pochodziły pieniądze na postawienie tego domu, a tym państwu trzeba by zapewnić lokal socjalny, miasto na to nie pójdzie...

Wtedy wydawało mi się to koszmarnym snem. Wkrótce jednak miał stać się on rzeczywistością. Oczywiście, że poszłam z tym do sądu.Przyznał mi możliwość zamieszkiwania w jednym małym pokoju i pobierania czynszu od wynajmujących. Czynszu o określonej przez ten sąd wysokości, bardzo niewielkiej, "wziąwszy pod uwagę status bezrobotnych i fakt posiadania dwojga małych dzieci przez wynajmujących lokal". Okazało się bowiem, że Kamińscy mnie oszukali i nikt z nich nie miał dobrze płatnej pracy – imali się dorywczych zajęć.
Początkowo próbowałam nawet mieszkać w tym jednym pokoiku, ale szybko okazało się to piekłem ponad moje siły. Pani Marta wrzucała mi przez otwór w drzwiach robaki, odcinała dostęp do prądu i wody, ich dzieci mnie wyzywały. Kiedy próbowałam komukolwiek się poskarżyć, byłam brana za samotną i starzejącą się wariatkę. W końcu to mną straszono dzieci w tej wsi, a nie Kamińskimi.

Po dwóch latach tej gehenny odezwała się do mnie Milena, dorosła już córka mojej siostry. Zamieszkałam z nią i jej mężem w trzypokojowym mieszkanku. Trzeba przyznać, pokój mój jest ładny, a Milenka dba, żebym czuła się potrzebna – a to dziecko podrzuci, a to ciekawy program w telewizji zaznaczy. Złote z niej dziecko. Niestety, dopiero teraz, na stare lata, odkryłam, co w życiu ważne. Domu, na który zbierałam pieniądze przez całe lata, pewnie nigdy już nie zobaczę – z tym pogodzić się bardzo trudno, a koszmary nie dają zmrużyć oka.
Gdybym ja tak wtedy, czterdzieści lat temu wiedziała, co jest w życiu najważniejsze. Gdybym wiedziała... co innego byłoby moją inwestycją życia. Oj, na pewno co innego. Albo raczej – kto inny...

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)