Całe życie jeszcze przede mną

Bartek Klimek stracił ręce jako siedmioletnie dziecko. Nie zamknął się w sobie ani nie załamał. Skończył szkoły, znalazł miłość swego życia.
Z tamtego dnia pamiętam każdą chwilę, jakby to się działo dzisiaj – wspomina 21-letni Bartek Klimek. Miał siedem lat i bawił się z kolegami przed swoim blokiem w Kielmach. Na polu zobaczyli kombajn i pobiegli za maszyną. – Miała takie miejsce do siedzenia, więc wskoczyłem na nie – opowiada chłopak. Wał wkręcił mu rękawy kurtki, potem ręce. Bartek krzyczał i odpychał się z całych sił. Wszystko na nic. Maszyna wciągnęła go do środka i wyrzuciła. – Wstałem, ale bez rąk. Jedna wlepiła się w wałek, druga została na polu. Nie czułem nic, żadnego bólu, nie leciała mi krew...

Kombajnista nawet nie zauważył zdarzenia. Koledzy uciekli przerażeni. Oszołomiony Bartek ruszył do domu. Uszedł półtora kilometra, nim ktoś go zauważył.
Chłopiec trafił do szpitala w Elblągu. Był w tak ciężkim stanie, że lekarze nie myśleli o ratowaniu jego rąk. Przeszedł dwie wielogodzinne operacje i wciąż nie było wiadomo, czy będzie żył. – Obudziłem się, pamiętam, spytałem mamę, co z moimi rękami. Powiedziała, że odrosną, bo tak kazała jej lekarka – opowiada Bartek.

Tata mówił, że nie
różnię się od innych
Następne miesiące spędził w ośrodku rehabilitacyjnym, gdzie nauczył się samodzielnie jeść, ubierać, myć, pisać i pływać. Po roku od wypadku wrócił do domu i szkoły. – Nie miałem żadnej taryfy ulgowej. Nauczyciele wymagali ode mnie tyle samo, co od innych. Tata też cały czas powtarzał, że niczym się nie różnię od kolegów. Oczywiście nie zawsze było mi łatwo, ale radziłem sobie z zaczepkami. W końcu od czegoś miałem nogi... – śmieje się Bartek.
Skończył podstawówkę i gimnazjum. Zdał do liceum w pobliskim Dzierzgoniu. W poprzednich szkołach koledzy chętnie mu pomagali. Rozpakowywali książki, towarzyszyli w toalecie, bo tutaj Bartek nigdy sam sobie nie radził. W liceum też znalazł się uczynny kolega, ale nie wytrzymał drwin. Bartek próbował radzić sobie sam w toalecie, ale przegrał z własnym pęcherzem i odszedł ze szkoły.
Może poddałby się i zamknął w domu, gdyby na jednej z dyskotek nie poznał o rok starszej Moniki Kierepki. Mieszkała w Gdańsku, 90 kilometrów od jego rodzinnych Kielm, w których miała babcię. Tamtego dnia przyjechała do niej z wizytą, a wieczorem poszła potańczyć. – Od razu mi się spodobała – mówi Bartek. – Ale wysłałeś do mnie kolegę! – śmieje się 22-letnia Monika. – Bo jestem nieśmiały! Zresztą musiałem wiedzieć, czy masz chłopaka – broni się Bartek.
Tamtego wieczoru długo ze sobą rozmawiali. – Spytał mnie, czy chciałabym z nim chodzić. A ja takie sprawy traktuję poważnie, zresztą wtedy myślałam tylko o nauce – mówi Monika. – Tłumaczyłam Bartkowi, że nie chcę się angażować.


Dla mnie
ważny był tylko on
A jednak Monika zakochała się w Bartku. Ale im bardziej poważny stawał się ich związek, tym bardziej on się od niej oddalał. Witał ją chłodno, gdy przyjeżdżała. Zamiast o uczuciu mówił o kalectwie. – Jakby chciał mnie zniechęcić, a dla mnie nieważne było, czy ma ręce, czy nie. W ogóle tego nie zauważałam, nawet na tamtej dyskotece. Dla mnie ważny był tylko on – tłumaczy Monika.
Od tamtej pory minęło pięć lat. Bartek i Monika wciąż są ze sobą i nie zamierzają się rozstać. Ona studiuje zaocznie finanse w Gdańsku. On trenuje biegi. Pierwszy raz wystartował na mityngu w Gdańsku w połowie zeszłego roku. Trafił tam przez przypadek. Chciał grać w piłkę nożną, którą kopał od najmłodszych lat i z tym zamiarem przyszedł do Stowarzyszenia Rehabilitacyjno-Sportowego „Szansa – Start Gdańsk”. Niestety, w Polsce nie ma jeszcze sekcji piłkarskiej, ale jest za to lekkoatletyczna, dlatego prezes zaprosił Bartka na mityng. – A on jak tylko zobaczył sportowców, to się zaciął i chciał wracać do domu. Wtedy naprawdę się na niego zdenerwowałam – mówi Monika. – Zagroziła, że jeśli nie spróbuję, to ode mnie odejdzie, bo nie chce być z kimś, kto się poddaje. To był szantaż, ale skuteczny – tłumaczy Bartek.
Wygrał mityng i zakwalifikował się na Mistrzostwa Polski Niepełnosprawnych w Kozienicach. Pojechał bez przygotowania. Znów nie chciał biec, i znów Monika zmusiła go do działania. W ciągu dwóch dni zdobył dwa srebrne medale. – Tak po prostu, pobiegł i zdobył medal! Nigdy nie przypuszczałam, że jest aż taki dobry – uśmiecha się Monika.
Bo to nie był cud. Bartek oprócz kopania piłki od najmłodszych lat grał w badmintona, siatkówkę, pływał, jeździł na rowerze i motorze. Jednym słowem, robił wszystko co jego zdrowi koledzy. Brakowało mu tylko wiary w siebie, którą dała mu Monika. Teraz oprócz dziewczyny dla Bartka liczy się tylko sport.

Szczęście już mam, potrzebuję pomocy
Co drugi dzień jeździ z Moniką na treningi do Malborka. Choć ma tylko 450 zł renty, nie żałuje pieniędzy na podróże, bo wie, że to jego przyszłość. Co drugi dzień ćwiczy w Kielmach, według zaleceń trenera. Oczywiście pod czujnym okiem Moniki i mieszkańców wsi. Bartek czuje, że trzymają za niego kciuki. Życzą mu, by wygrywał i żeby się stąd wyrwał, wyprowadził do Gdańska, trenował na stadionie z prawdziwego zdarzenia, zdobywał medale, skończył szkołę i założył firmę. – Budowlaną. Mój tata jest cenionym fachowcem, więc on będzie dbał o ludzi, ja o zakład i zlecenia, a Monika o księgowość – tłumaczy Bartek. Na początek muszą znaleźć w Gdańsku mieszkanie. Niewielkie i niedrogie. – Może ktoś przeczyta o mnie w „Przyjaciółce” i mi pomoże – Bartek spogląda na Monikę. – Bo szczęście już mam, siedzi obok mnie.
– Plany na przyszłość? Najpierw Monika musi skończyć szkołę, ja rozkręcić firmę. Udowodnię całemu światu, że niepełnosprawność nie przekreśla żadnych szans. Życie przede mną!

Anna Grzelczak

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)