Będziemy kochać was obie

Nie rozumiałem, co się dzieje i diabli mnie brali na myśl, że ktoś krzywdzi nasze dziecko!
Chcieliśmy przychylić nieba naszej córeczce, ale zapomnieliśmy, że i w jej dawnym życiu mogło zdarzyć się coś dobrego.


- Pa tatusiu – Juleczka zarzuciła mi ręce na szyję i z całych sił pocałowała w policzek.
– Pa, kochanie – nie kryłem wzruszenia. – Pamiętasz wszystko?
– Tak, tatusiu, mam być grzeczna na lekcjach, słuchać tego, co mówi pani i zjeść całe śniadanie – uśmiechnęła się słodko.
– A potem poczekać, aż mama cię odbierze – pocałowałem ją jeszcze raz i poczekałem, aż zniknie za drzwiami szkoły.
Julka była naszym słoneczkiem, kochanym bąbelkiem, który spadł nam z nieba pół roku temu. Długo staraliśmy się z Dorotą o dziecko. Snuliśmy plany o wielkiej, radosnej i rozkrzyczanej rodzinie, ale kiedy kolejne próby zajścia w ciążę i utrzymania jej przyniosły tylko łzy i ból, musieliśmy zapomnieć o naszych marzeniach. Do czasu, kiedy Dorota powiedziała mi o adopcji. Na początku nie chciałem o tym słyszeć. Jednak z czasem mój opór malał, a kiedy zobaczyłem tę małą kruszynkę z ogromnymi, nad wiek poważnymi oczami, zakochałem się w niej bez reszty.

I już przestało być ważne, czy jest z mojej krwi, czy nie. Cieszyło mnie, gdy znajomi wychwytywali nasze wspólne cechy.
– Zobacz, jaka ta Julka uparta, wykapany Andrzej i usta ma po nim – śmiali się, a ja pękałem z dumy.
Ale prócz szczęśliwych, były i trudne chwile. Julka płakała, moczyła się w nocy, nie chciała jeść. Spaliśmy z nią na zmianę, dużo do niej mówiliśmy i jak najczęściej byliśmy razem, bo gdy tylko ja lub Dorota wychodziliśmy Julcia uderzała w płacz.
– Nie chcę! Nie chcę! – krzyczała.

Z czasem zrozumiała, że wychodzimy, ale zawsze wracamy. Stała się spokojniejsza, weselsza... Kiedy poszła do szkoły, na początku odprowadzaliśmy ją i przyprowadzali, ale po miesiącu chodziła już sama. Lubiła szkołę i gdy wracała buzia jej się nie zamykała. I tylko czasem nagle milkła, robiła się smutna. Tłumaczyłem to sobie rysą jaką pozostawiła w niej okrutna przeszłość wierząc, że kiedyś ta rysa zniknie. Ale mimo to nasza Julka wydawała się szczęśliwą dziewczynką. Brak apetytu minął i teraz na drugie śniadanie do szkoły żądała dużych kanapek i jeszcze większych porcji ciasta.
– Gdzie ty to wszystko mieścisz? – żartowała Dorota, ale wieczorami nie dawała mi spokoju. – Może ona jest chora? Albo w ten sposób przekupuje dzieci. Zobacz, przecież jest chudziutka jak patyk, a je za dwoje. Andrzej, boję się o nią.

Czuliśmy, że z naszą córeczką dzieje się coś niedobrego
– Nie przesadzaj – pocieszałem żonę.
– W dzisiejszych czasach nie przekupuje się dzieci ciastem. W grupie wszystko smakuje lepiej, a może rzeczywiście ma jakąś koleżankę, z którą się dzieli...
– Pytałam ją o to, ale powiedziała, że nie zna jeszcze nikogo tak dobrze.
Minęła jesień i zima, a wiosną Julcia zaczęła jeździć do szkoły rowerem. Na szczęście nie mieszkaliśmy daleko, a ulice, prowadzące do szkoły nie były ruchliwe. Wydawało nam się, że Julka na dobre zaaklimatyzowała się w szkole. Zapisała się nawet na zajęcia dodatkowe z plastyki.

I wtedy zaczęły się problemy. Najpierw, przez przypadek odkryłem, że Julka nie ma piórnika, który przywiozłem jej ze szkolenia w Krakowie. Nie umiała wytłumaczyć, co się z nim stało. Machnąłem na to ręką, ale kiedy zginęły jej inne rzeczy – kolorowy pasek, kredki, piękne skórzane rękawiczki zaniepokoiłem się nie na żarty.
– Córeczko, co się dzieje? – pytałem, a ona tylko spuszczała głowę i milczała. – Nie zgubiłaś ich, prawda? – drążyłem. – Ktoś ci je zabrał? Kto, Julciu? – próbowałem się dowiedzieć, ale wtedy wybuchnęła płaczem. Nie chciała nic mówić, a ja tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że ktoś w szkole ją okrada. Rano zapowiedziałem córce, że porozmawiam o tym z jej nauczycielką, bo tak nie wolno robić.
– Nie tatusiu, nie – zawołała i znów zaniosła się płaczem.
– Kochanie, nie bój się. Zobaczysz wszystko załatwię – próbowałem ją uspokoić, ale ona zaczęła tylko bardziej płakać. Z tego wszystkiego dostała gorączki.

Mimo to poszedłem do szkoły, porozmawiać z nauczycielką.
– Nic złego się z Julką nie dzieje. Jest lubiana w klasie – powiedziała wychowawczyni. – Jest zawsze roześmiana, ale z nikim za bardzo się nie przyjaźni. Młodsze klasy bawią się na innym boisku, niż starsze, więc nikt do nich nie podchodzi. A po lekcjach Julka od razu wskakuje na rower i pędzi do domu – dodała.
– Może na tych dodatkowych zajęciach kogoś poznała? – zapytałem.
– Na jakich zajęciach? – zdziwiła się nauczycielka. – Zapisali ją państwo na coś?
– No przecież mówiła, że chodzi na kółko plastyczne...
– Nie prowadzimy takich zajęć – stwierdziła wychowawczyni. – Jest pan pewien, że tak właśnie powiedziała?
Zamurowało mnie. Stałem i jak otępiały patrzyłem na nauczycielkę.
To niemożliwe, żeby Julka nas okłamywała! W takim razie, co ona robi po lekcjach? Gdzie się podziewają jej rzeczy?! Co się dzieje?! – przez głowę przelatywały mi coraz gorsze myśli.

Wróciłem do domu, zajrzałem do pokoju Julki. Spała wtulona w poduszkę.
– Dowiedziałeś się czegoś? – usłyszałem za sobą głos Doroty.
– Właściwie niczego – cicho zamknąłem drzwi i szeptem opowiedziałem Dorocie o tym, co usłyszałem.
– Boże! Andrzej może ktoś ją szantażuje? – wystraszyła się Dorota.
– Ale czym? Przecież to jeszcze dziecko? Chyba wiem, co muszę zrobić?
– Co?
– Jak wróci do szkoły, wezmę dzień wolnego i będą ją śledził – stwierdziłem.
– Oszalałeś? Nie wierzysz jej?
– Ale w co mam wierzyć? Przecież nie wiemy, co się stało z prezentami od nas, tak samo jak nie wiemy, dokąd jeździ. Dorota, musimy zrozumieć, co się dzieje – byłem coraz bardziej zdecydowany.
– I nie wolno nam jej o niczym powiedzieć, bo jeszcze bardziej się rozchoruje.

Po dwóch dniach Julka była już zdrowa. Ani ona, ani my nie wracaliśmy do tematu kradzieży. Za to, kiedy któregoś poranka poprosiła Dorotę o więcej "tego pysznego ciasta z wiśniami", ja po cichu zadzwoniłem do pracy i poprosiłem o dzień urlopu.
Tego popołudnia czaiłem się w krzakach i kiedy tylko Julka wsiadła po lekcjach na rower, pojechałem samochodem za nią. Trzymałem się z daleka, żeby mnie nie zobaczyła. Za to ona kluczyła najwęższymi uliczkami i kiedy już myślałem, że ją zgubię zobaczyłem jak hamuje przed szarym budynkiem i przypina rower do słupa. Poczekałem, aż zniknie za drzwiami i wysiadłem z samochodu. I dopiero wtedy zobaczyłem, gdzie jestem.
– Halo, Dorota, wszystko w porządku, mam ją na oku, nie uwierzysz dokąd przyjechała! Później ci powiem – uspokoiłem żonę i wszedłem do domu dziecka, z którego już ponad rok temu wzięliśmy Julkę! Otworzyłem drzwi, zobaczyłem tylko jak mignęła w drzwiach prowadzących na plac zabaw. Zdumiony poszedłem za nią, ostrożnie wyjrzałem zza futryny i oniemiałem. Julka wyjmowała z pudełka ciasto i dzieliła się nim z jakąś dziewczynką. Potem zaczęła pokazywać jej kolorowe naklejki.
– Jakie chcesz? Delfinki, czy misie? – spytała. – Albo weź wszystkie.
– Nie, jeszcze mama cię zbije – opierała się tamta. – Nie Julcia, nieee, ale ciasto pycha – dziewczynka ucałowała Julkę.

Wyjaśnienie okazało się proste i... szczęśliwe dla całej naszej rodziny
– Witam pana – za plecami usłyszałem głos dyrektorki domu dziecka. – Julka ciągle odwiedza Basię. Zanim trafiła do państwa, były jak papużki nierozłączki. Cieszę się, że państwo pozwalacie jej na spotkania z przyjaciółką. Uśmiechnąłem się, wziąłem głęboki oddech i podszedłem do dziewczynek.
– Julka ma rację. Jeśli chcesz, weź i misie, i delfinki – zacząłem. Z wrażenia Julka aż krzyknęła, a Basia upuściła ciasto.
– Tatusiu... – jęknęła Julka. – Przepraszam – i uderzyła w płacz.
Długo musiałem ją uspokajać, a potem poprosiłem, żeby razem opowiedziały mi o swojej przyjaźni.
– Jestem Basia proszę pana, ja bardzo kocham Julę – wyznała ze łzami ta druga. – Nie będzie się pan na nią złościł?
– Nie, przecież bardzo ją kocham, a skoro ona ciebie lubi, to ja również – uśmiechnąłem się.

Potem w domu, Julka wyznała nam, że bała się powiedzieć o swoich wyprawach do Basi. Z jakichś dziwnych powodów ubzdurała sobie, że jeśli się dowiemy, oddamy ją do domu dziecka. Kochała Basię, ale jeszcze bardziej kochała nas. Nasze biedne dziecko nie umiało wybrnąć z tej sytuacji i miesiącami żyło między młotem a kowadłem. Długo jeszcze musieliśmy z Dorotą zapewniać ją, że wcale się na nią nie gniewamy. A od tego dnia przybyło nam jeszcze jedno dziecko. Na razie, jesteśmy dla Basi rodziną zaprzyjaźnioną, ale już staramy się o jej adopcję. Może dzięki Julci spełni się nasze marzenie, o domu pełnym dzieci...

Andrzej Z.,
36 lat, elektronik

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/12 lat temu
niczym fabuła jednego odcinka detektywów, tylko tam byli chłopcy..........
/12 lat temu
fntastyczne opowiadanie