A ona mi tak ufa...

Nie umiem naprawić zła, ani powiedzieć jej prawdy. A może jestem złą przyjaciółką, tylko nie umiem się do tego przyznać...
A ona mi tak ufa...
Czasem myślę: trudno. Życie bywa twarde i przede wszystkim trzeba dbać o siebie.
Kiedyś to ja byłam przecież pod wozem, a Beata kwitła. Ale wiem, że ona nigdy nie budowałaby swego losu na mojej krzywdzie.


Beata pożegnała się i wyszła. Jeszcze w progu dziękowała, że mam do niej cierpliwość, że zawsze podnoszę ją na duchu. Było mi... tak, czas się do tego przyznać, głupio i wstyd. Za to, co zrobiłam.
Przyjaźniłyśmy się z Beatą od zawsze. Razem w wiejskiej podstawówce na Pomorzu, razem w autobusie, którym dojeżdżałyśmy do liceum ekonomicznego. Razem też wyruszyłyśmy po maturze do Gdańska w poszukiwaniu lepszego życia.

I jej, i moi rodzice krzywo patrzyli na ten pomysł, ale nie dałyśmy wybić go sobie z głowy. Wynajęłyśmy kawalerkę na Stogach i ruszyłyśmy na podbój świata. Nie było łatwo, bo tu nasz ekonomik okazał się niewiele wart. Szybko zrozumiałyśmy, że jeśli chcemy do czegoś dojść, musimy uzupełnić wykształcenie. Najpierw trzeba było jednak znaleźć jakiekolwiek zajęcie.
Ja "zaczepiłam się" w chińskiej budce, Beata miała więcej szczęścia. Zatrudniła się jako opiekunka do dzieci, zajmowała się pięcioletnim chłopczykiem. Jego mama pracowała w dużym banku.
– W mojej firmie szukają takiej dziewczyny do wszystkiego – powiedziała Beacie któregoś dnia. – Wiesz, tu skserować, tam przynieść kawę. Niezła pensja jak na taką pracę, a wiem, że szukasz czegoś w zawodzie. Może to będzie dobre na początek? Szkoda, że będę musiała szukać nowej opiekunki dla Rafałka, ale przecież ludziom trzeba pomagać.
Nie mogłyśmy uwierzyć, że miała takie szczęście! W banku Beata bardzo się spodobała. Do tego stopnia, że po niespełna pół roku opłacono jej zaoczne studia, a po kilku kolejnych miesiącach została sekretarką.

Sukces jej nie zmienił. Nadal była moją najlepszą przyjaciółką.
Zaczęła się inaczej ubierać, zrobiła się zajęta, ale nadal byłyśmy przyjaciółkami. Na szczęście mnie też udało się pójść na zaoczne studia, dzięki temu nie czułam się od niej gorsza. Tyle, że ona miała same piątki, a ja ledwie prześlizgiwałam się przez egzaminy. "Ale to dlatego, że tyle pracuję i nie mam czasu na naukę" – przekonywałam sama siebie. Tak naprawdę byłam chyba mniej od Beaty zdolna, za to bardziej leniwa.
Zazdrościłam jej i myślałam, że nie należy jej się to, co dostaje od losu. Na dodatek niedługo po tym, jak została sekretarką, Beata poznała Tadeusza.
Wcześniej wiele razy rozmawiałyśmy o tym, jak bardzo brakuje nam drugiej połowy i jak trudno poznać kogoś sensownego w wielkim mieście. Na wsi, z której pochodzimy, jest dużo łatwiej – idzie się na dyskotekę albo po prostu wychodzi za chłopaka, którego zna się od dzieciństwa. Tu człowiek jest dużo bardziej zabiegany i zajęty.

I wtedy właśnie, gdy już jakoś odnalazłyśmy się w Trójmieście, ale samotność zaczęła nam doskwierać coraz mocniej, Beata wpadła w sklepie na sympatycznego trzydziestolatka.
– Spytał mnie, co trzeba kupić do naleśników, bo zapomniał kartki, a jego współlokator chce zrobić kolację dla swojej dziewczyny. Oczywiście mu pomogłam. A potem, jakoś tak wyszło, zaprosił mnie na te naleśniki, chociaż to przecież nie on je przygotowywał – opowiadała mi ze śmiechem Beata.
Byli idealną parą. Ona łagodna, gospodarna, on trochę starszy, zaczynał właśnie rozkręcać własny warsztat samochodowy. Szybko uznali, że będą ze sobą na zawsze i zaczęli rozglądać się za własnym mieszkaniem.

To wtedy Beata postanowiła, że zmieni pracę. W banku źle się działo. Przesiadywali po nocach i co rusz ktoś wylatywał z pracy za byle głupstwo.
Ja też dawno dojrzałam do szukania nowego zajęcia. Właśnie (prawda, że cudem) skończyłam studia i chciałam zrobić z nich użytek. Nie uśmiechała mi się perspektywa spędzenia całego życia przy podgrzewaniu sajgonek.
Napisałyśmy wspólnie czterdzieści życiorysów i listów motywacyjnych. Przejrzałyśmy gazety z ogłoszeniami o pracę i wysłałyśmy oferty. Wydawało się, że w ofertach będziemy przebierały, tymczasem... Minęły dwa tygodnie i nic.

Naszym codziennym rytuałem stało się przeszukiwanie internetu, przepytywanie znajomych, a nawet wizyta w pośredniaku. Ale Trójmiasto widocznie roiło się od sekretarek z doświadczeniem w banku i od absolwentek wieczorowych studiów ekonomicznych bez doświadczenia.

Jej szczęście odwróciło się z dnia na dzień. Nagle wszystko się zawaliło...
Na szczęście wtedy jeszcze, jak nam się wydawało, nie musiałyśmy szukać w panice. Obie miałyśmy, nielubianą wprawdzie, ale stałą pracę, obie nie miałyśmy zobowiązań. Do czasu.
W grudniu Beata przyszła ze spotkania z Tadeuszem załamana i spłakana:
– Jestem w ciąży – wyszlochała. – A on mnie zostawił...
Potem powiedziała mi więcej. Była pewna, że wiadomość o dziecku go ucieszy, ale on się tylko rozzłościł. Powiedział jej wiele przykrych słów, a na zakończenie dodał, że nie da się "złapać na bachora".
Jak się wali, to wszystko. Kilka dni później Beata przyszła do domu z wypowiedzeniem. Poszły jakieś plotki, ktoś doniósł, że jest w ciąży i wyrzucili ją, zanim przyniosła zaświadczenie o ciąży. Tłumaczyłam jej, że to bezprawne, że powinna iść do sądu, ale Beata tylko machnęła ręką. Nie chciało jej się już walczyć.

Od tej pory utrzymywałyśmy się tylko z mojej, marnej, pensji. Na szczęście rodzice Tadeusza, dowiedzieli się o wszystkim i co miesiąc przesyłali jej całkiem przyzwoitą sumkę. Jakoś więc dawałyśmy sobie radę.
Miesiące mijały i pod koniec sierpnia przyszedł na świat mały Mateuszek. A trzy miesiące później zadzwonił telefon.
– Dzień dobry – usłyszałam. Jakaś kobieta przedstawiła się, wymieniła nazwę firmy i... spytała o Beatę.
– Przykro mi – odpowiedziałam, bo Beata właśnie poszła na spacer z małym – a w jakiej sprawie? – coś mnie tknęło.
– Przeglądam oferty rekrutacyjne sprzed kilku miesięcy. Pani Beata przesyłała do nas CV. Chcemy zaproponować jej posadę kierowniczki sekretariatu. Nie wie pani, czy byłaby zainteresowana? Zależy nam na czasie.
O Boże. Wiedziałam, że Beata o niczym innym nie marzy. Ale w tym momencie zazdrość wzięła górę. Zobaczyłam siebie za kilka lat – dalej bez rodziny, sprzedającą kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, zgorzkniałą i zirytowaną.
– Niestety, pani Beata ma już inną ofertę – skłamałam gładko. – Ja mam podobne wykształcenie i szukam pracy. Może byliby państwo zainteresowani?
Umówiłam się na spotkanie, troszkę nakłamałam na temat swojego doświadczenia w prowadzeniu sekretariatu i... zostałam przyjęta! Nie bardzo tylko wiedziałam, jak powiedzieć o niespodziewanym uśmiechu losu Beacie. Ale ona przyjęła to bardzo dobrze:
– Zawsze wiedziałam, że ci się uda – powiedziała. – Cóż, może i do mnie los się uśmiechnie... – dodała.

Patrzę na Mateuszka i... tak mi wstyd. To przeze mnie brakuje mu wszystkiego...
Od tego czasu minęło kilka miesięcy. W pracy powodzi mi się bardzo dobrze – wprawdzie wielu rzeczy muszę uczyć się od początku, bo przecież nie mam żadnego doświadczenia, ale od czego spryt i mądrość życiowa. Nikt się nie zorientował, że nigdy wcześniej nie zarządzałam zespołem. Postanowiłam też wziąć się w końcu za swoje życie osobiste: wzięłam kredyt i kupiłam własne mieszkanie. Malutkie i daleko od centrum, ale i tak jestem z niego dumna.
A Beata nadal nie ma pracy. Łapie jakieś dorywcze zajęcia, ale radzi sobie coraz gorzej. Wiem, bo często mnie odwiedza i skarży się na swoje życie. Nie mam pojęcia, gdzie podziała się ta energiczna, zadbana młoda kobieta, którą znałam. Teraz wygląda okropnie.
Wiem, że to moja wina. To ja zrobiłam źle. Czasami po wizycie Beaty wiele godzin nie mogę sobie znaleźć miejsca i zastanawiam się, kiedy zostanę za to ukarana. Beata liczy, że w mojej firmie może zwolni się jakieś miejsce i wtedy...
Niestety, nie mogę do tego dopuścić. Kierowniczka może przecież pamiętać nazwisko Beaty... Co bym zrobiła, gdyby wszystko się wydało?
Czasami myślę, że powinnam skończyć z tymi kłamstwami i przyznać się przyjaciółce do wszystkiego. Ale co wtedy z moimi planami? Co z moim mieszkaniem, co z ułożeniem sobie życia?
Z drugiej strony, coraz trudniej żyć mi z tą tajemnicą. Nie mogę patrzeć, jak Beata się szarpie, jak liczy każdy grosz i czasem nie stać ją nawet na banana dla synka...

Alicja L., 27 lat, kierowniczka sekretariatu

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (4)
/2 lata temu
Hiena!
/12 lat temu
To szczyt...O jakiej przyjaźni Ty mówisz?! Wybiłabym ci zęby za co takiego..
/12 lat temu
jak moglas tak postapic, jak mozesz patrzec na niesczescie twojej przyjaciolki i jej malego synka? nie wstyd ci.. dlaczego jej nie pomozes? moze znasz kogos kto jej pomoze.. twoj czyn byl wstretny ale przeciez mozna wszystko naprawic.. jesli sie chce
POKAŻ KOMENTARZE (1)