„Nasza miłości zaczęła się od reanimacji i wchodzenia do domu przez okno. Tamte walentynki zapamiętamy na zawsze”

Kobieta, którą uratował sąsiad w Walentynki fot. Adobe Stock, Maridav
„Gdy wróciłem po 15 minutach, usłyszałem, że pies skrobie drzwi. Zdziwiłem się, bo przecież pamiętałem, że dopiero co wychodziłaś z Neptunem na spacer, no i że musisz być w domu. To mnie zaniepokoiło. Wiedziałem, że pies nie może szczekać, a gwałtowność tego skrobania była jakaś taka rozpaczliwa. Pukałem i dzwoniłem, ale nie otwierałaś”.
/ 10.02.2022 13:05
Kobieta, którą uratował sąsiad w Walentynki fot. Adobe Stock, Maridav

Każda dziewczyna marzy czasem o rycerzu w lśniącej zbroi, który ratuje ją przed groźnym smokiem. Ja – zdeklarowana feministka i osoba niezależna – też czasem o nim śniłam. Oczywiście nigdy bym się do tego głośno nie przyznała. Nawet przed sobą samą.

Mieszkam w starej kamienicy w Łodzi. Pracuję jako tłumacz języka niemieckiego. Właściwie większość czasu spędzam w domu, wychodzę ze swojej dziupli tylko, aby spotkać się ze znajomymi, wyprowadzić psa na spacer lub zrobić zakupy. Moja rodzina mieszka na Śląsku, więc nieczęsto się z nimi widuję. Zeszłej zimy los postawił na mojej drodze człowieka, którego pewnie nigdy bym nie zauważyła. A jednak on uratował mi życie.

Uwielbiałam swoje mieszkanie

Dwa lata temu kupiłam niewielkie, ale urocze mieszkanie w kamienicy. Zawsze marzyłam o takich wysokich oknach i klimatach retro. Na dodatek mieszkam blisko ulicy pełnej sklepów, klubów i restauracji. Uwielbiam to miejsce. Nie jestem odizolowana od życia kulturalno-rozrywkowego, a przy moim samotniczym trybie życia to ważne, bo od czasu do czasu trzeba trochę „wyjść do ludzi”, żeby nie zdziczeć.

Kocham swoją pracę, jednak czasem, kiedy bolą mnie oczy od wpatrywania się w kolejny tekst albo plecy od siedzenia przed komputerem albo po prostu mam dość bycia sam na sam – wkładam płaszcz i wychodzę.

Kilkadziesiąt metrów od mojej kamienicy jest urocza kawiarenka, gdzie można wypić pyszną kawę. Niedaleko jest też piękny park, gdzie z kolei spaceruję z moim psem. Neptun to groźnie wyglądający rottweiler, ale poczciwy. Wzięłam go ze schroniska. Kiedy opowiedziano mi jego historię, popłakałam się. Ktoś chciał mieć „cichego zabójcę”, więc próbował go wytresować na agresywnego psa i na dodatek wyciął mu struny głosowe. Moi sąsiedzi o tym wiedzą. Mimo to Neptun budzi respekt, bo jest naprawdę potężny.

Moje niewielkie, dwupokojowe, mieszkanie jest bardzo wysokie. Zawsze marzyłam o sypialni na antresoli i tu udało mi się właśnie coś takiego zrobić. Znajomi zachwycają się też wykuszowymi oknami i pięknym starym parkietem, którego nie pozwoliłam polakierować. To lokum miało wiele plusów, ale też i minusy. Jednym z nich była kwestia ogrzewania. W naszej kamienicy zainstalowane są piecyki gazowe. Obawiałam się tego, bo ciągle się słyszy o zatruciach czadem. Jednak gdy porozmawiałam z sąsiadami, uspokoili mnie, że mieszkają tu od lat i nigdy w budynku nie było problemów z instalacją gazową.

– Kochaniutka, trzeba tylko dopilnować, żeby fachowcy co jakiś czas sprawdzali szczelność przewodów gazowych i wentylacyjnych – mówił sąsiad z dołu.
– No i wietrzyć często mieszkanie – doradzała sąsiadka z góry.

Sąsiad nie wzbudzał mojego zainteresowania

 Ponieważ ustalone są regularne wizyty kominiarzy, a na dodatek ja zazwyczaj mam uchylone okno w pokoju, w którym pracuję, przestałam się bać. Miałam też zamiar kupić urządzenie monitorujące poziom tlenku węgla.

W walentynki skończyłam wyjątkowo ważne i pilne tłumaczenie, które zajęło mi całą noc. Rano jeszcze raz je sczytałam i postanowiłam zrobić sobie odprężającą kąpiel, a potem położyć się spać. Wyprowadziłam jeszcze tylko Neptuna na spacer. Kiedy wracałam, spotkałam na schodach sąsiada z tego samego piętra. Mieszkał w kawalerce obok. Mijaliśmy się czasem, wiedziałam, że jest informatykiem, podobnie jak ja, pracuje często w domu.

Pamiętam, jak śmiałyśmy się z koleżankami z germanistyki z chłopaków po informatyce, że to mruki, z twardym dyskiem zamiast głowy, w powyciąganych swetrach i w okularach z grubymi oprawkami. Wiecznie z nosem w komputerze. Ten wyglądał na kogoś właśnie takiego. Dość wysoki, chudy, zazwyczaj w dżinsach i swetrze, choć bez okularów. Kiedyś przyjrzałam mu się bliżej. „Nie jest nawet taki zły” – przemknęło mi przez myśl. „Tyle że potrzeba mu kobiecej ręki”. Był zresztą dość sympatyczny i wcale nie mrukowaty. Czasem miałam wrażenie, że chce nawiązać ze mną rozmowę. Ale jakoś się nie składało.

Tamtego ranka też przystanął, jakby czekał, aż dam mu jakiś znak, może zachętę do dłuższej rozmowy, w każdym razie czegoś więcej niż „dzień dobry”. Byłam jednak strasznie zmęczona. Uśmiechnęłam się tylko i nie zważając na sąsiada, weszłam do swojego mieszkania i zamknęłam za sobą drzwi. Napuściłam wody do wanny, nasypałam tam pachnących soli i po chwili cieszyłam się już odprężającą kąpielą. Byłam senna i wiedziałam, że to niebezpieczne, ale nie chciałam przecież długo się wylegiwać. A zrezygnować z cieplej kąpieli, gdy się przyszło ze spaceru na mrozie? Nie mogłam sobie tego darować.

Obudziłam się… na podłodze w pokoju

Nade mną pochylało się dwóch sanitariuszy pogotowia ratunkowego, a obok, na podłodze, siedział Mariusz – sąsiad z naprzeciwka. Najpierw wydawało mi się, że to sen. Jednak powoli wracało mi poczucie rzeczywistości.
– Co się stało? – spytałam cicho, bo jakoś trudno mi było wydobyć z siebie głos.
Mariusz pogłaskał mnie po głowie.
– Już wszystko dobrze – uspokoił mnie.
A ja chyba znów zasnęłam, bo nic więcej nie pamiętam.

Później, już w szpitalu, opowiedział mi, co się wydarzyło. Cała historia potoczyła się właściwie bardzo szybko. Mariusz nie był pewny, czy najpierw zasnęłam, czy też od razu straciłam przytomność.
– Kiedy spotkaliśmy się na schodach, wychodziłem do sklepu. A gdy wróciłem po jakichś 15 minutach, usłyszałem, że pies w twoim mieszkaniu skrobie drzwi. Zdziwiłem się, bo przecież pamiętałem, że dopiero co wychodziłaś z Neptunem na spacer, no i że musisz być w domu. I to mnie zaniepokoiło. Wiedziałem, że pies nie może szczekać, a gwałtowność tego skrobania była jakaś taka rozpaczliwa. Pukałem i dzwoniłem, ale nie otwierałaś. No więc postanowiłem sprawdzić inaczej.

Okazało się, że Mariusz nie odpuścił.

Przeszedł po balustradzie balkonu, który sąsiadował z moim i wszedł do mojego mieszkania przez uchylone nieznacznie okno, ryzykując atak rottweilera.
– Miałem przy sobie na wszelki wypadek gaz pieprzowy, ale nie chciałem go użyć. Zresztą pies jakby wyczuł, że moje intencje są dobre, bo podbiegł do mnie, złapał mnie za rękaw i zaciągnął do łazienki. A tam byłaś ty, nieprzytomna. Wyłączyłem piecyk, wyciągnąłem cię z łazienki, otworzyłem okna na oścież i zadzwoniłem po pogotowie. Od razu też zacząłem cię reanimować. No i udało się.

W domu czekała na mnie niespodzianka

Nie chciałam powiadamiać moich rodziców o tym, co się stało. Koniec końców wyszłam z tego cało, a oni tylko by się zdenerwowali i znowu biadolili nad moją samotnością.

W każdym razie, kiedy po powrocie otworzyłam drzwi mojego mieszkania, zastałam w nim pięknie nakryty stół, bukiet kwiatów w wazonie i Neptuna z wielką kokardą przy obroży. Od razu się domyśliłam czyja to sprawka. Mariusz, który przywiózł mnie ze szpitala, miał przecież klucze do mojego mieszkania i podczas mojej nieobecności opiekował się Neptunem.
– Nie wiem, jak wam obu dziękować – powiedziałam i rozpłakałam się.
– Możesz zaprosić mnie na spóźnioną kolację walentynkową – powiedział Mariusz. – Zresztą już wszystko przygotowałem i na wszelki wypadek zamówiłem pizzę dla dwóch osób.
– Oczywiście – zgodziłam się.

Odkryłam, że mój sąsiad nie odpowiada stereotypowi nudnego informatyka. Od Goethego i Rilkego woli wprawdzie czytać literaturę fantasy, ale i tak świetnie się dogadujemy.

Od tamtej kolacji, a właściwie od tamtej reanimacji w święto zakochanych, jesteśmy nierozłączni. Kiedy myślę o tym, nasuwa mi się oczywiste skojarzenie. To właściwie historia jak z bajki, która rozegrała się nie w starym zamczysku, a w starej kamienicy. Mój „rycerz na białym koniu”, który miał mnie wyratować z wieży i obronić przed złym smokiem, okazał się sąsiadem z kawalerki obok. Smok też był i to na dodatek ziejący ogniem (i trującymi wyziewami), ale mój rycerz nie uląkł się ani jego, ani zębów wielkiego psa i… uratował mnie. Walentynki zmieniły wszystko w moim życiu. Jakbym urodziła się po raz drugi.

Czytaj także:„Dla rodziny byłam niewidzialna. Tylko przynieś, podaj, pozamiataj. Nawet w moje 40 urodziny byłam dla nich nikim”„Myślałem, że spotkałem tę jedyną. Okazało się, że to córka mojego ojca, który zostawił nas lata temu”„Nie mam szczęścia w miłości. Żony i kochanki mnie porzucają, wolą być w ramionach twardych macho, a ja jestem mięczak”

Redakcja poleca

REKLAMA