Joanna Orleańska: Byliśmy sobie przeznaczeni

Ma teraz dobry czas. Dostaje propozycje ciekawych ról, a jej bohaterka z serialu „Licencja na wychowanie” ma rzeszę wielbicielek. Ale dla Joanny najważniejsze są uśmiech córeczki i miłość męża.
Joanna Orleańska, Paweł Orleański fot. ONS
Tata archeolog nadał jej imię po Joannie D’Arc, Dziewicy Orleańskiej. Jako dziecko biegała z drewnianym mieczem, odtwarzając jej dzieje. Na pierwszym roku studiów aktorskich poznała chłopaka. Przedstawił się jako… Paweł Orleański. Od tej chwili minęło 18 lat. To musiało być przeznaczenie!

- Jesteście młodymi ludźmi, ale macie spory staż małżeński.
Joanna Orleańska:
Poznaliśmy się, będąc jeszcze dużymi dzieciakami. Mieliśmy po 19 lat. Do wszystkiego dochodziliśmy sami, od pierwszego mieszkania, które wyremontowaliśmy we Wrocławiu, po przeprowadzkę do Warszawy i założenie wspólnej firmy. 

- Od razu byliście zgraną parą?
Joanna Orleańska:
Wiele nas różniło. Mieliśmy inne spojrzenie na życie. Ja byłam osobą ruchliwą, dążącą do zmian i łaknącą nowych wyzwań. Paweł cenił stabilizację, lubił planować przyszłość. Jest bardzo zżyty ze swoją rodziną. Na początku wydawało mi się, że aż za bardzo, ale po latach odkryłam, że właśnie to nas łączy. Podobnie jak on pochodzę z dużej wielopokoleniowej rodziny. Jestem Ślązaczką z Bytomia ceniącą dom i bliskich. Oboje lubimy rodzinne życie, choć nadaliśmy mu inny charakter niż nasi rodzice i dziadkowie.

- Co to znaczy?
Joanna Orleańska:
Razem z mężem wiele pracujemy, ale łapiemy każdą wolną chwilę, by spędzić ją we trójkę, z naszą córką Tosią. Tworzymy zgraną paczkę. Naszym rytuałem są wyprawy w ciepłe kraje. Dla nas to jedno z najważniejszych wydarzeń, na które oszczędzamy i czekamy z niecierpliwością po kilka miesięcy. To czas przygód i beztroski.

- A jak udało wam się pokonać dzielące was różnice?
Joanna Orleańska:
Mąż jest klasycznym facetem, jak ma jakieś złe momenty, to tłamsi wszystko w sobie. Nazywam to chowaniem się do jaskini. Ja jestem otwarta, z emocjami na wierzchu, więc w dobrej wierze starałam się go stamtąd szybko wyciągnąć. Dochodziło do kłótni.  Dziś wiem, że należy poczekać, odpuścić, dać mu czas.

- Idziecie na kompromisy?
Joanna Orleańska:
Oczywiście, np. podczas wakacji. Mnie zawsze nosi w nowym miejscu i chcę wszystko zwiedzić, zajrzeć w każdy kąt. Z kolei Paweł pragnie wygrzać się na plaży, popływać, zrelaksować się z książką. Umówiliśmy się więc, że jeździmy na wyspy. Tam moja aktywność jest w naturalny sposób ograniczona. (śmiech) Choć i to nie od razu się sprawdzało. Byliśmy na Malediwach w podróży poślubnej. Podczas odpływu przeszłam po rafach na sąsiednią wyspę. Zrobiłam sobie taki mały spacerek (śmiech).Teraz jednak trzymam się ustaleń. 

- Długo mieszkaliście we Wrocławiu i nagle… przeprowadzka do Warszawy. Źle wam tam było?
Joanna Orleańska:
Bardzo dobrze! Wrocław to przyjazne miasto z mnóstwem imprez kulturalnych, świetnych knajpek, cudowną starówką. Nie chcieliśmy tej przeprowadzki. Jednak najwięcej pracy dla aktora jest w stolicy. Mnóstwo czasu spędzałam więc w pociągach. Byłam wykończona, dłużej tak nie mogłam żyć. Paweł tylko dla mnie zgodził się na przeprowadzkę.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


- W Warszawie urodziła pani córkę. Jej pojawienie się przewróciło wasz świat do góry nogami?
Joanna Orleańska:
Podarowała mi nowe życie. Poczułam, że wreszcie tworzymy prawdziwą silną rodzinę. Dla mnie jako kobiety była to wielka wewnętrzna przemiana. Stałam się silniejsza, bardziej zmotywowana. Wbrew tytułowi mojego serialu nie mam licencji na wychowanie, cały czas jest to dla mnie i męża pole doświadczalne. Córka, spragniona mojej obecności, często wypytuje, czy naprawdę już muszę jechać do Wrocławia do sztucznego męża (serialowy mąż Cezary Kosiński), co wywołuje konsternację wśród postronnych osób. Tosia czasem próbuje nas nabrać. Na przykład udaje, że jest chora, bo nie chce iść do przedszkola. Paweł wtedy mówi: „Tosia, pamiętaj, że twoi rodzice są aktorami, musisz to lepiej zagrać”. (śmiech)

- A jakie były początki życia w stolicy z dala od bliskich?
Joanna Orleańska:
Bardzo trudne. Przez pierwszy rok zrezygnowałam z zawodu. Nie mieliśmy tu żadnej rodziny, więc na początku wynajmowaliśmy niańki. Nie miałam do nich szczęścia. Trafiłam m.in. na alkoholiczkę i złodziejkę. Koszmar. Po złych doświadczeniach zrezygnowałam z pomocy obcych kobiet. Moja mama w tym czasie przeszła na wcześniejszą emeryturę i przeprowadziła się do Warszawy. Zamieszkała w kawalerce po sąsiedzku. Dzięki niej mogłam znowu grać i przyjąć wiele propozycji, które się posypały. Kiedy podziękowałam jej za poświęcenie, mama odpowiedziała: „Nie chcę wdzięczności. Jak byłaś mała, bardzo pomogła mi twoja babcia. Teraz oddaję to tobie. Ty za kilkanaście lat wesprzesz Tosię”.

- Ma pani teraz dobrą passę: dwa filmy kinowe – „Zwerbowana miłość”, „Huśtawka” – nowe odcinki „Licencji na wychowanie”…
Joanna Orleańska:
I paradoksalnie „Licencja” kręcona jest we Wrocławiu. Przez pół miesiąca jestem tam pod skrzydłami rodziców Pawła,
a on tu w Warszawie z moją mamą. Mąż też zaaklimatyzował się w stolicy. Założył firmę postprodukcyjną, prowadzi program „Galileo”, a przed nim nowy projekt. Od wiosny będzie gospodarzem polskiej edycji światowego hitu telewizyjnego „Dragons’ Den – jak zostać milionerem”. Jesteśmy zapracowani, ale podoba mi się nasze życie. Ciągle coś się dzieje, nigdy się nie nudzimy, każde z nas ma szansę realizacji swoich ambicji. A przy tym jesteśmy bardzo związani z naszymi rodzinami. Co kilka lat urządzamy rodzinne zjazdy w pałacyku w miejscowości Rybna na Śląsku, gdzie braliśmy ślub. Tam zrobiliśmy chrzciny Tosi, obchodziliśmy jej 2. urodziny, a teraz szykujemy się do 15. rocznicy ślubu. Jest wesoło i rodzinnie. Tak jak lubimy.
 
Anna Bogdanowicz / Pani domu
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)