POLECAMY

Okiem taty - W koszyczku po mieście

Do ortopedy Młodego zapisałem. Takie lekkie i przyjemne to nie było, bo wymagało zerwania się o wiele wcześniej niż zazwyczaj w dzień roboczy i jazdy do centrum. Przed siódmą trzeba było być w rejestracji. A i tak cztery osoby przede mną.
Do ortopedy Młodego zapisałem. Takie lekkie i przyjemne to nie było, bo wymagało zerwania się o wiele wcześniej niż zazwyczaj w dzień roboczy i jazdy do centrum. Przed siódmą trzeba było być w rejestracji. A i tak cztery osoby przede mną.

Na szczęście numerek szósty i polecenia przyjazdu z dzieckiem jeszcze przed dziewiąta. Też lekka paranoja, bo okazuje się, że telefonicznie lub na zapis wcześniejszy, to możliwy jest najbliższy termin za miesiąc. Każdego dnia jednak rejestrują dwadzieścia numerków, które przyjmowane są między ósmą a jedenastą. Ważne, że zarejestrować się udało...Okiem taty - W koszyczku po mieście

Dzień wolny sobie wziąłem, coby małżonce pomóc w trudach poruszania się z dzieckiem po mieście. Bez wózka, jako że do przychodni samochodem teścia, ale za to z fotelikiem. Dzięki poręcznemu uchwytowi można go jak koszyk nosić. Otworzyłem więc firmę przepisowo o ósmej rano, po czym poinformowawszy szefa o dzisiejszej absencji na żądanie, czekałem, aż mnie transport odbierze stamtąd. I pojechaliśmy...

Nasze szczęście – nikogo nie było w poczekalni, gdy przyszliśmy, tak więc z marszu weszliśmy do gabinetu. Doktor, Arab, szybko i sprawnie przebadał Małego, po czym zalecił zakładanie majtek ortopedycznych oraz spanie w ciągu dnia „na żabkę”. Dziesięć minut i po sprawie...

Ubierając Daniela w poczekalni doszliśmy wspólnie do wniosku, że co by jednak nie mówić, to trafiło nam się bardzo grzeczne i spokojne dziecko. A to dlatego, że podczas badania praktycznie cały czas był cicho – dwa razy tylko miauknął, jak mu zimny żel na nóżkach rozsmarowywano. A porównanie mieliśmy, gdyż zaraz po nas weszła para z dziewczynką może parę miesięcy starszą od Daniela. Ledwo się drzwi za nimi zamknęły – rozległ się zza nich opętańczy wręcz wrzask. Jakby dziecko obdzierali ze skóry. Pierwsze i jednoznaczne skojarzenie, jakie nam obojgu przyszło do głowy – jakby ktoś świnkę zarzynał. Tak to brzmiało. Słysząc te nieziemskie ryki przy skądinąd banalnym badaniu, z dodatkową dumą na synka spoglądaliśmy...

Po wyjściu z przychodni jednak wpadłem na samobójczy pomysł i zaproponowałem, żebyśmy w oczekiwaniu na przyjazd teścia zrobili jeszcze zakupy oraz podeszli do Urzędu Miasta celem odebrania pesela dziecka. W sumie to niedaleko – pięć minut zwykłym marszem do obydwu punktów.

Aha! Pięć minut! Tyle że nie wziąłem pod uwagę faktu, że muszę nosić ten cholerny koszyczek. A on z każdym krokiem stawał się coraz cięższy i cięższy. Mały swoje już waży (chyba do czterech kilogramów dobija) a i sam fotel z pewnością nieco więcej. Nic więc dziwnego, że ręce mi omdlewały już po wizycie w sklepie. Przeklinałem swoją wielkoduszność, dzięki której mieliśmy jeszcze pójść do urzędu. Jakoś go jednak dotaszczyłem na miejsce, z ulgą odstawiłem w cieniu i wysłałem żonę do załatwienia sprawy...

Czekaliśmy pół godziny. Miałem chwilę, by stuknąć się w głowę. A dlaczego? Otóż całkiem niedawno doszedłem do wniosku, że być może na odwiedziny u brata wziąłbym dla Daniela ten właśnie fotelik, a potem, w ramach spaceru po łąkach czy do lasu zabrałbym go w tym koszyczku. Aha! Akurat! Ładny byłby mi to spacer – z zadyszką co dwie minuty, odstawianiem co chwilę i stanem przedzawałowym. Spacerek, psiakrew! Z koszyczkiem, cholerka! Mimo wszystko dobrze, że trafiło mi się to wyjście do przychodni. Dzięki temu uświadomiłem sobie własną głupotę!

Do brata zabierzemy wózek... O! I już!

Rafał Wieliczko
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)