Okiem taty - kontrola

Przykazane mieliśmy, by w momencie, gdy Młody zacznie samodzielnie chodzić, stawić się na kontrolę u ortopedy. I chociaż Daniel skutecznie roczek podeptał, to wizyta wypadła nam już po ukończeniu przez niego roku, tak więc „przeszliśmy” do innego lekarza.
Przykazane mieliśmy, by w momencie, gdy Młody zacznie samodzielnie chodzić, stawić się na kontrolę u ortopedy. I chociaż Daniel skutecznie roczek podeptał, to wizyta wypadła nam już po ukończeniu przez niego roku, tak więc „przeszliśmy” do innego lekarza.

Wizyta została umówiona tydzień wcześniej, w słoneczny, lekko ciepły dzień wiosenny, wybraliśmy się zatem. Młody w nowej spacerówce dumnie świat oglądał, nie marudził nawet zbytnio, bez większych przygód dotarliśmy autobusem do centrum i odczekawszy jeszcze kwadrans ruszyliśmy do przychodni.

Okiem taty - kontrola

Oczywiście nie jest to już spokojnie leżące dziecko, więc natychmiast po przybyciu na miejsce zażądał wyciągnięcia go z wózka i puszczenia samopas po korytarzu. Łaził od krzesełka do krzesełka, klepał rączką w deseczki (im więcej hałasu tym lepsza radocha), tuptał w tę i z powrotem bez trzymania, ciągnął mnie za rękę do innych dzieci, które koniecznie musiał zobaczyć i dotknąć – generalnie żywe sreberko, w miejscu ani chwili nie zatrzymujące się. Na dodatek im bardziej się rozbawiał, tym głośniejsze krzyki wydawał i wkrótce już niewątpliwe cały budynek słuchał echa radosnych wykrzykiwań mojego synka.

Dreptał więc Młody sobie w różne strony, a ja z lekkim powątpiewaniem na niego patrzyłem...
- Jak znam życie, to w momencie, gdy trzeba się będzie lekarzowi pochwalić, on się zaprze i ni kroku nie uczyni – mruknąłem do żony.
- Pewnie tak – potwierdziła, gdyż i ona liczne dowody na przekorę naszej progenitury już otrzymywała.

Wkrótce jednak przyszła nasza kolej i wkroczyliśmy do gabinetu lekarskiego. Młody rozebrany został do pieluchy i postawiony na długim dywaniku, celem zaprezentowania swoich samodzielnych kroczków i umiejętności naprzemiennego stawiania nóżek (czynność popularnie zwana chodzeniem). Okazało się, że pan doktor przewidujący jest i zapewne niejedną sytuację z dziećmi przechodził, ponieważ Daniel, ledwo dotknął stópkami chodniczka, pewnie i z ochotą ruszył na jego drugi koniec. Powód? Na krzesełku stał piszczący, zabawkowy piesek, którego – rzecz jasna – natychmiast musiał dostać w swoje łapki. Piesek był widocznie wysłużony i niejedno dziecko dotykało go swoimi rączynami podczas badań w owym gabinecie, w niczym jednak nie umniejszało to jego atrakcyjności. Zadowolone dziecko chwyciło zabawkę, odwróciło się i pomaszerowało dumnie pokazać mamie swoją zdobycz. Następnie wróciło do mnie, prezentując piszczący kawałek radości i znów w drugą stronę, całkowicie ignorując przyglądającego się temu ortopedę...

Niezadowolenie swoje jednak Młody raczył wyrazić przy bezpośrednim badaniu ułożenia nóżek, jako że kazano mu położyć się spokojnie na leżance i jeszcze wyginać w różne strony kończyny. Zostało to jednak lekarzowi wybaczone (chyba za możliwość pobawienia się pieskiem), bo na odchodnym nawet zrobił klasyczne „pa-pa” z lekkim uśmiecham.

Generalnie, po kontrolach z racji ukończenia roku, możemy stwierdzić, że – powtarzając za panią doktor prowadzącą Daniela – mamy wzorcowe dziecko!

A potem poszliśmy we trójkę w miasto, gdzie udowodniliśmy jakimi to nieodpowiedzialnymi i mało wzorcowymi my jesteśmy rodzicami. Ale to już zupełnie inna historia...

Rafał Wieliczko
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)