POLECAMY

Okiem taty - gdy przychodzą "te" dni

Bywa, że Daniel rano otworzywszy ślepka, od pierwszych chwil daje znać, że nadchodzący dzień będzie „mendowaty”. I już! W całym tego słowa znaczeniu. Biada rodzicom, którzy bez należytego przygotowania taki dzień będą starali się przetrwać.
Bywa, że Daniel rano otworzywszy ślepka, od pierwszych chwil daje znać, że nadchodzący dzień będzie „mendowaty”. I już! W całym tego słowa znaczeniu. Biada rodzicom, którzy bez należytego przygotowania taki dzień będą starali się przetrwać.

To nie jest zwykły „nie-dzień”, w którym zaprzeczamy wszystkiemu. To jest „dzień upierdliwca”, kiedy ostatkiem siły woli człowiek powstrzymuje się przed wywrzeszczeniem z całych sił sakramentalnego „A daj ty mi wreszcie święty spokój!!!”, trzaśnięciem drzwiami i wyjściem, tudzież obdarciem ścian z tynku i wbijaniem zębów w lakierowaną podłogę. To czas, kiedy w rodzicu budzą się najgorsze instynkty i poza powtarzaną w kółko mantrą typu „zabierzciegowreszcieodemnieboniewiemcomuzarazzrobię!” po chwilowym zamknięciu się w na cztery spusty w łazience pada pytanie „I na co mi to było?”.

Okiem taty - gdy przychodzą "te" dni

Czego można się spodziewać w takim dniu? Przede wszystkim ogólnie pojętej przekory, złośliwości i marudzenia na potęgę.

Przy śniadanku w takim dniu Młody każe sobie zrobić kanapeczki z serkiem, zapieczone i polane keczupem, a jakże, po czym po dwóch gryzach kręci głową, że „nie” i wędruje do lodówki, gdzie otworzywszy sobie sprawnie drzwi pokazuje paluszkiem stojące na półce Danio. Z westchnieniem otwiera się pudełeczko, podaje się na łyżce progeniturze, przy czym ta łaskawie raczy otworzyć buzię na szerokość może dwóch milimetrów i rób co chcesz, człowieku, nakarmić musisz! O tym, jak malowniczo serek wówczas rozłazi się dookoła łyżki, ścieka po brodzie i kapie na ubranko wspominać chyba nie trzeba?
Dalej... Siedzi sobie Daniel na kanapie, a ojciec próbuje mu wcisnąć syropek od kaszlu, bo dziecko chrypi niemiłosiernie.
- No już, otwieraj buźkę, trzeba to wypić – tłumaczę łagodnie.
Młody nie zaszczyciwszy mnie nawet spojrzeniem, w żaden sposób nie dając znać, że w ogóle słyszał moje słowa, wpatruje się bez ruchu w telewizor, gdzie jakieś różowe stworki właśnie biegają za innym, koloru zgniłozielonego. Totalnie mnie ignoruje.
- Nie to nie – wzruszam ramionami – to ja idę wylać syrop, a Ty będziesz chorował i trzeba będzie iść do pani doktor!
- Łeeeeeee! - rozdziera się mały, gdy tylko podnoszę tyłek i raczy wreszcie łyknąć syropu.
Czas na przekąskę przed drzemką popołudniową. Daniel łaskawie przełyka trzy kęsy, po czym zdecydowanie „ne!”. Na próbę dalszego karmienia odpowiada zaciśniętą buzią i odwracaniem głowy z wyrazem najwyższego obrzydzenia na twarzy. Spróbuj jednak człowieku wstać i wynieść jedzenie do kuchni – dziecko leci za Tobą, drąc się wniebogłosy, jakby je ze skóry obdzierali... Po czym zjada dwa kolejne kęsy, by powtórzyć cyrk od nowa... I tak razy kilkanaście!
Uśpić takiego drania to też wyzwanie z gatunku szkoły przetrwania. Ledwo stoi na tych nóżkach, oczka praktycznie zamknięte, potyka się przy każdym kroku, leci na podłogę, ale spać nie pozwoli się położyć. Wzięty zaś na ręce krzyczy, drapie, odpycha się, generalnie prezentuje najwyższy możliwy skrzywdzenia rodzica przez dziecko, aż obawa czasami zachodzi, czy za chwilę sąsiedzi nie zaczną się do drzwi dobijać z umundurowanymi funkcjonariuszami po bokach. W końcu podrapawszy ojca po twarzy, przyłożywszy mu parę razy z główki w nos, spowodowawszy totalną głuchotę swoimi wrzaskami, spłakane dziecko ze zmęczenia samo z siebie zasypia. Należy wówczas samemu również udać się na spoczynek, liżąc rany i mając nadzieję, że zbyt szybko nie będzie trzeba tej walki powtarzać.

Zabawki leżącej na wyciągnięcie ręki też sobie w takie dni samodzielnie nie podniesie. Siedzi, pokazuje palcem i wzdycha „Y! Y! Y!”, czasami wspierane pełnym pretensji „tata!!!”. Na nic łagodne tłumaczenia, że przecież wystarczy lekko się wychylić, by chwycić zabawkę. Nie i już! Podobnie rzecz się ma z odstawianiem butelki z piciem. Oczywiście wyciąga małe toto ręce przed siebie, trzymając w nich butelczynę i znów jęczy „Y! Y! Y!”, co ma oznaczać, „zabierz to ode mnie jak najszybciej!”. Choćby tylko po to, by postawić na podłodze czy stoliku pięć centymetrów obok dziecka. Ale inaczej nie wolno, bo ryk!

Kąpiel wieczorna to kolejna droga przez mękę. Najpierw umorusany, spocony dzwoniec przez pół godziny ryczy, że nie będzie się kąpał, ucieka przez całe mieszkanie, wciskając się we wszelkie możliwe zakamarki nadające się na kryjówkę, a gdy wreszcie gołe, wierzgające i wrzeszczące dziecko dotaszczy się do wanny okazuje się... że podobny cyrk dzieje się przy próbie wyciągnięcia go z wody. Histeria na całego... a w łazience się niesie...

Gdy wreszcie marudne dziecko po całym dniu „mendzenia” zasypia, człowiek ma wrażenie, że przebywał z nim nie czternaście, a czterdzieści godzin bez przerwy. I tylko w momencie, gdy patrzy na spokojnie śpiącego malucha, który leciutko wzdycha przez sen lub nawet się uśmiecha, pojawia się myśl, że na szczęście „te dni” nie zdarzają się codziennie... Bo chyba nikt by nie dał rady na dłuższą metę...

Rafał Wieliczko
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)