rodzice porwali noworodka w Białogardzie fot. Fotolia

O co naprawdę chodzi w sprawie porwania dziecka z Białogardu?

„Rodzice porwali noworodka!” – grzmią jedni. „Totalitarni lekarze chcieli skrzywdzić bezbronne maleństwo”– krzyczą drudzy. Od dwóch dni cała Polska żyje historią dziecka urodzonego w szpitalu w Białogardzie. O co tak naprawdę chodzi w sprawie uprowadzonego ze szpitala dziecka?
Sylwia Niemczyk / 18.09.2017 09:48
rodzice porwali noworodka w Białogardzie fot. Fotolia
Mówi się, że im człowiek starszy, tym mniej go rzeczy dziwi, ale akurat u mnie jest całkiem na odwrót. Czytam te internety, słucham, co mówią ludzie w autobusie i z wiekiem dziwię się coraz więcej. Choćby w ostatni piątek zdziwiła mnie decyzja rodziców, żeby uciec ze szpitala z kilkugodzinnym noworodkiem (chociaż prawdę mówiąc, to wcześniejsza decyzja sądu, żeby im odebrać prawa rodzicielskie, zdziwiła mnie tak samo). 

Rodzice porwali dziecko, żeby lekarze nie mogli go zaszczepić

Jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście (naprawdę?! To gdzie byliście przez ostatnie 48 godzin?!), to krótko opowiem. 14 września, po południu, w szpitalu w Białogardzie urodziło się dziecko w 37 tygodniu ciąży. Rodzice nie zgodzili się na szczepienie dziecka (dla tych, co nie mają dzieci: w Polsce w pierwszej dobie życia dziecko jest szczepione przeciw gruźlicy i żółtaczce typu B, czyli tej, którą noworodek może zarazić się w okresie okołoporodowym od zarażonej matki) ani na podanie mu witaminy K w zastrzyku. Szpital zwrócił się do sądu rodzinnego, sąd zawiesił rodzicom prawa rodzicielskie w kwestiach związanych ze zdrowiem dziecka, rodzice zawinęli dziecko w kocyk i uciekli z oddziału. W pościg ruszyła policja, prokurator i pół Polski – bo drugie pół stanęło murem za rodzicami, krzycząc bzdury typu: "Dziecko należy do rodziców, a nie do państwa!" (na marginesie: dziecko nie należy do nikogo – możemy mówić tylko o tym, kto jest za nie odpowiedzialne, a to zupełnie co innego). 
Cała Polska histerycznie się krztusi, komentarze na Facebooku idą w dziesiątki tysięcy, a media już się cieszą, ile zarobią na całej historii. I tylko nikt jeszcze nie napisał, że tak naprawdę w tej całej sprawie nie chodzi o to jedno małe dziecko, ale o miliony przekłamań, którymi różni wielbiciele tzw. medycyny alternatywnej karmią od lat nasze społeczeństwo.
I na to żadne sądy niestety nie pomogą.

I kiedy szukam winnych, to jednak najbardziej obwiniam samą siebie. Pracuję w mediach dla rodziców od 11 lat. Napisałam tysiące artykułów o dziecięcym zdrowiu i jak widać, wszystkie trzeba o kant potłuc...

Szczepienia są zagrożeniem. Choroba – nie. Czy może odwrotnie?

Niezmiernie współczuję rodzicom dziecka z Białogardu. Nie umiem nawet  wyobrazić sobie, jakimi ogromnymi lękami się kierowali, decydując się na opuszczenie szpitala z kilkugodzinnym noworodkiem (u którego nawiasem mówiąc, wcześniej chcieli wykonać badania na wrodzone niedobory odporności). Nie umiem sobie wyobrazić, jaki stres teraz przeżywają, czytając, jak dziennikarze nazywają ich porywaczami.  Ale jednocześnie nie umiem sobie wyobrazić, jak można dobrowolnie rezygnować z największych osiągnięć medycyny – a szczepionki i witaminy do takich właśnie należą. 
I kiedy szukam winnych, to jednak najbardziej obwiniam samą siebie. Pracuję w mediach dla rodziców od 11 lat. Napisałam setki artykułów o zdrowiu i jak widać, wszystkie trzeba o kant potłuc. Bo ani ja, ani moje redakcyjne koleżanki, ani koledzy z ogólnopolskich mediów opiniotwórczych nie daliśmy rady. Daliśmy się przekrzyczeć ludziom, którzy nie mają dostępu do najlepszych polskich profesorów medycyny, do ekspertów z Centrum Zdrowia Dziecka, Instytutu Matki i Dziecka, uniwersytetów medycznych i profesorów, uczestniczących w międzynarodowych badaniach.
 
Przez lata wydawało mi się, że ci, którzy głośno mówią: "Nie wierzę w szczepionki", kiedy przyjdzie co do czego, pędem ruszą do lekarza. I okazuje się, że jednak nie miałam racji – bo skoro rodzice wolą narazić zdrowie i życie swojego kilkugodzinnego dziecka, niż pozwolić lekarzom na jego zaszczepienie, to coś tu się porządnie popsuło. 

Nie słuchaj lekarza, Facebook prawdę ci powie 

Rodzice to taka specyficzna grupa społeczna, która ze wszystkich stron jest bombardowana sprzecznymi informacjami. Wiem dobrze, jak czasem trudno w tym całym natłoku rozróżnić to, co jest prawdą, a co tylko prawdę przypomina, ale pamiętajmy, moi mili, o jednej ważnej rzeczy. Nauka to nie demokracja, w której wygra ten, kto zbierze więcej głosów. To nie wyścigi, w których kto pierwszy, ten lepszy, ani też nie zawody, w których kto krzyknie głośniej, ten ma rację. Nauka to dyktatura, w której twardą ręką rządzą fakty, badania i metaanalizy – i bardzo dobrze! 
 
Więc jeśli naukowe badania i analizy mówią, że aczkolwiek można podać noworodkowi doustnie krople z wit. K, to jednak podanie jej w zastrzyku najskuteczniej chroni przed wewnętrznymi krwawieniami –  to warto ten zastrzyk wykonać. I cieszyć się przy tym, że w taki prosty sposób możemy zminimalizować ryzyko krwotoku wewnętrznego. 
 
I skoro nauka, czyli badania, fakty, metaanalizy (powtarzam to kolejny raz, bo warto to w naszych czasach powtarzać jak najczęściej) mówią, że szczepienie przeciw gruźlicy jest najskuteczniejsze, jeśli jest wykonane w pierwszych dobach życia – to warto je wykonać. Bo w Polsce – i znowu: fakty, badania, analizy – gruźlica ciągle występuje i zagraża najmłodszym dzieciom. Poza tym, co tam Polska, przecież nie żyjemy w próżni, na Ukrainie i w Rosji, czyli u naszych najbliższych sąsiadów, gruźlica stanowi realny problem, a prątki nie muszą mieć paszportów, żeby się swobodnie przemieszczać. 
 
Tymczasem tak się u nas jakoś dziwnie porobiło, że boimy się szczepionek, a nie boimy się chorób, przed którymi szczepionki chronią. Że boimy się witaminowych zastrzyków, a nie boimy się krwawień, przed którymi witamina K może ustrzec dziecko. Że nie boimy się uciec ze szpitala z maleństwem, które dopiero co przyszło na świat, za to boimy się uwierzyć lekarzowi, który latami uczył się po to, żeby dzisiaj chronić życie i zdrowie pacjentów. 
 
Dla mnie ta historia z Białogardu to historia o porażce nauki. I właśnie tej porażce nie mogę się nadziwić.