Ma tylko trzynaście lat... Ocalił rodzinny dom!

Ma tylko trzynaście lat... Ocalił rodzinny dom!

Nie zrobił nic wielkiego. Po prostu zauważył, że pali się jego dom, ugasił ogień, zadzwonił po straż pożarną i na końcu po mamę, żeby się nie denerwowała. Czy czuje się jak bohater? Może troszeczkę…
/ 31.05.2019 16:57
 Ma tylko trzynaście lat... Ocalił rodzinny dom!

Kilka tygodni temu strażacy z Koniakowa uroczyście wręczyli trzynastoletniemu Marcinowi Fiedorowi ze wsi Fibaczka brązową odznakę Ochotniczej Straży Pożarnej. Prawdziwą! Taką, jaką dostają tylko zasłużeni w akcji ochotnicy. Gminni radni zrezygnowali z kwietniowych diet i złożyli się, żeby chłopiec mógł razem ze swoją klasą pojechać na zieloną szkołę, na którą jego rodziców nie było stać. Ktoś nawet zaproponował, żeby wystąpić do premiera o przyznanie chłopcu medalu za ofiarność i odwagę.
Marcin odznakę od strażaków przyjął, na zieloną szkołę z radością pojechał, ale zapowiedział, że żadnego medalu nie chce. Bo przecież nie zrobił nic nadzwyczajnego. Po prostu ocalił dom swojej rodziny.

Szmatkę w zęby
Dom Fiedorów stoi na zboczu Ochodży, na samym skraju Beskidów, tuż przy granicy z Czechami.
Piętrowy, obłożony białym, łatwopalnym sidingiem, z przylepionym do jednego boku stareńkim, drewnianym, jeszcze bardziej podatnym na ogień, domem dziadków Marcina.
– Gdyby nie chłopak, oba domy spłonęłyby, jak zapałki – mówią strażacy.
Kiedy przyjechali do Fibaczki, nie mieli już co gasić, więc tylko zabezpieczyli pogorzelisko – osmalone ogniem, zadymione pokoje dziewiątki dzieci Fiedorów.
Strażacy mówią, że w pokoju, gdzie wadliwa instalacja elektryczna spowodowała iskrzenie, od którego zaczął się pożar, temperatura musiała sięgać kilkuset stopni. Ściany spaliły się do gołych cegieł, stopił się telefon, wieża i kolekcja ulubionych płyt techno Marcina. Po meblach, ubraniach, książkach i zeszytach dzieci nie został nawet ślad…
Pożar wybuchł 17 kwietnia, tuż po  czternastej. Marcin akurat wrócił ze szkoły i razem z młodszą o rok siostrą, Basią, z pięcioletnim Pawełkiem i trzyletnim Kubusiem usiedli do obiadu, który mama przygotowała jeszcze rano. Reszta rodzeństwa była w szkole, tata w pracy – na kopalni Zofiówka, a mama poszła do sąsiadów pomagać przy ziemniakach. Nagle w grzejnikach jakoś tak dziwnie zabrzęczało...
– Od razu pomyślałem, że coś dzieje się z centralnym ogrzewaniem – opowiada Marcin. – Poleciałem do pieca, ale temperatura była normalna, czterdzieści stopni. Wróciłem do stołu, a wtedy Basia poszła na górę, sprawdzić czy tam wszystko w porządku. „Marcin, pali się!” – krzyknęła ze schodów.
Chłopak popędził do siostry. Na piętrze dym był wszędzie, paliło się już łóżko i biurko. Bez chwili wahania pognał na dół, do piwnicy. Razem z siostrą wyciągnęli wąż do podlewania. Basia lała wodę do wiaderek, a Marcin biegał z nimi na górę i polewał płomienie. Żar był straszny, ogień palił gardło. Chłopcu mignęło w pamięci coś, co widział na jakimś filmie – że dym może „wgryźć się” w płuca. Złapał więc jakąś szmatkę, zanurzył w wiadrze, włożył do ust i mocno zagryzł zębami. A potem już tylko biegał z góry na dół i gasił.

Numer miałem w głowie
– To nie trwało długo, jakieś piętnaście minut, choć wydawało mi się, że biegam po tych schodach bez końca – tłumaczy Marcin. – Kiedy już było po wszystkim, zadzwoniłem na 998 po straż, a potem do sąsiadów, po mamę.
Joanna Fiedor nie pamięta, jak dobiegła do domu. W głowie kołatała jej tylko ta jedna myśl. Dzieci! Co z dziećmi! Zapłakana, z krzykiem wpadła na podwórko. Zobaczyła dym. Pobiegła na górę. Nic nie widziała, więc najpierw z ręką wzdłuż ściany, potem na czworakach zaczęła szukać dzieci, wołać. Nikogo.
Przerażona zbiegła na dół. Co za ulga... Dzieci były całe i zdrowe. Zajął się nimi sąsiad, Marcin Kukuczka, który przybiegł, gdy tylko zobaczył dym. Rzuciła się do telefonu, dzwonić po strażaków.
– Byłam w takim szoku, że zapomniałam numeru, pamiętałam tylko, że jakieś dziewiątki – opowiada pani Joanna. – Wykręciłam trzy i dodzwoniłam się na pogotowie, a oni zawiadomili straż – wspomina kobieta.
Spogląda na syna z podziwem, bo on, mimo szoku, numer do straży pamiętał. Skąd go znał?
– Sam nie wiem – wzrusza ramionami Marcin.
– W głowie go miałem.
– My też pamiętamy – młodsze rodzeństwo Marcina, jedenastoletnia Ewelina, dziesięcioletnia Kasia i ośmioletnia Karolina z dumą chórem recytują: dziewięć, dziewięć, osiem.
– Dzielne dzieciaki – uśmiecha się pani Joanna. – Najważniejsze, że nic im się nie stało. – Gorzej z maluchami – wzdycha. – Pawełek i Kuba uciekli na pole. Strasznie się przestraszyli. Do dziś płaczą, gdy tylko usłyszą sygnał wozu strażackiego.

Nie bałem się o siebie
– Ja też się bałem, ale nie o siebie, tylko o dom – przyznaje Marcin.
Trochę jest speszony tym całym zamieszaniem, ale teraz już wie, że walka z ogniem to jego żywioł. Dwa tygodnie po pożarze usłyszał, że pali się gdzieś koło Wisły, wsadził za pasek klapki, wskoczył na rower i pojechał do straży, do Koniakowa, zapytać, czy nie trzeba w czymś pomóc.
– Bałem się, że mnie wyśmieją, ale nie – mówi w zadumie. – Zaproponowali, żebym wstąpił do Ochotniczej Straży Pożarnej i chyba spróbuję – mówi i z dumą obraca w rękach kartonik uprawniający go do noszenia brązowej odznaki.
– Pozwolę mu na to, jeśli dalej będzie chciał – mówi Marcinowa mama. – Wcześniej taki wiercipięta był z niego – dodaje. – Nawet panie w szkole narzekały, że chwili w miejscu usiedzieć nie może. Po pożarze bardzo się zmienił. W jeden dzień wydoroślał, spokojniejszy się zrobił, bardziej chętny do pomocy. A w domu, przy dziewięciorgu dzieciach, kiedy mąż ciągle w robocie, samej trudno sobie poradzić…
Na szczęście na brak pomocy rodzina Fiedorów narzekać nie może.
– Nikt u nas nie zostaje sam z nieszczęściem czy choćby z kłopotem
– mówi pani Joanna. – Ludzie pomagają sobie przy koszeniu zielonki, sadzeniu ziemniaków, to co dopiero przy takim nieszczęściu jak pożar.

Pracowała cała wieś
A było co naprawiać. Ogień narobił sporo szkód. Spaliło się wszystko na górze i cała rodzina musiała zmieścić się w dwóch pokojach na parterze.
– Niedługo to trwało – mówi ze wzruszeniem pani Joanna. – W długi, majowy weekend, zamiast odpoczywać, cała wieś pracowała u nas od świtu do nocy. Trzeba było się spieszyć, bo zbliżała się komunia Karolinki. Zdążyliśmy – wzdycha z ulgą i wdzięcznością, bo pomagali nie tylko swoi. Ciotka, ewangeliczka, opowiedziała o pożarze w swoim kościele. Zrobili zbiórkę odzieży i pieniędzy, przywieźli, i jeszcze pytali, czy czegoś więcej nie trzeba. Nawet ewangelicy z Niemiec pomagali. I proboszcz
z Koniakowa. Bo nieszczęście jednoczy...
– A wszyscy, którzy przychodzili, Marcina chcieli oglądać – śmieje się pani Joanna. – Bo taki dzielny, bo głowy nie stracił. Wielu dorosłych nie wiedziałoby, co robić. A on wiedział. Może dzięki niemu i inni się nauczą? Dobrze by było…

Agata Bujnicka

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)