„To nie bunt. To niewidzialna depresja” - coraz więcej polskich nastolatków popełnia samobójstwo

730 prób samobójczych, w tym 116 z nich zakończonych śmiercią. To tylko statystyki z Polski, z jednego roku. Depresja wśród nastolatków zbiera coraz większe żniwo. Rodzice nie zwracają uwagi. Mylą chorobę z nastoletnim buntem. A potem jest już za późno.
Magdalena Bury / 13.02.2019 15:18
Smutna kobieta leżąca w łóżku fot. Adobe Stock

Nastoletnia depresja

Jaka jest „nastoletnia” depresja? Niewidzialna. Koleżanki z klasy jej nie zauważają. Przecież konto na Instagramie zapełnione jest zdjęciami z różnych imprez, a 18-letnia dziewczyna na każdym z nich jest uśmiechnięta. Możesz nie wiedzieć, że na tych imprezach ona tylko siedzi skulona pod ścianą.

Swojego kumpla widziałeś przecież ostatnio na zakupach z rodzicami. Wyglądali na szczęśliwych, wybierali takie drogie kurtki narciarskie, pewnie wybierają się gdzieś na ferie za granicą. Skąd możesz wiedzieć, że ojciec wydaje większość swojej wypłaty, by zaspokoić swoje wyrzuty sumienia, bo kilkanaście kilometrów od domu mieszka jego kochanka? Matka już wie, ale boi się rozwodu. Stąd te wieczne kłótnie.

Depresja jest niewidzialna, bo rodzice nie wiedzą nawet, że ich dziecko ma problem. Nastolatkowie nie mówią o tym, że dzieje się coś złego. Nie wspominają, że nie mogą się skupić na nauce i dostają same jedynki. Nie dodają, że są gnębieni przez rówieśników, że w szatni znowu ktoś wyśmiewał ich bieliznę i robił im zdjęcia bez ich zgody. Boją się, że dorzucą rodzicom problemów. Nie chcą, żeby nazwali ich „wariatami”.

Czym jest depresja?

To stan długotrwałego zobojętnienia, obniżenia nastroju, braku chęci i motywacji do życia.

Depresja u dzieci i młodzieży może objawiać się w sposób nieoczywisty. Pojawiają się problemy z koncentracją i nauką, wycofaniem, zniechęceniem, drażliwością i złością, ale także agresją do siebie i innych osób z otoczenia. Tym trudniejsze staje się jej rozpoznanie, ponieważ to spektrum zachowań przypisywane jest często naturalnemu w okresie dojrzewania buntowi nastolatka
– dodaje prof. dr hab. n. med. Filip Rybakowski, Kierownik Kliniki Psychiatrii Dorosłych UM w Poznaniu

 „Weź się w garść!” nie pomaga

Lucyna Kicińska z Fundacji „Dajemy Dzieciom Siłę” mówi, że każdego dnia pod numer telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży (116 111) dzwoni 14 nastolatków z myślami samobójczymi, a 17 kolejnych zgłasza silne objawy depresji. Dlaczego nastolatkowie wolą zadzwonić do nieznajomej osoby, skoro w domu czeka na nich kochająca rodzina?

Z rozmów z nastolatkami wynika, że często słyszą oni w domach zdania typu „Weź się w garść”, „Obiecaj mi, że nie będziesz już miał tych myśli samobójczych”. Do dorosłych tak nie mówimy, prawda? Od nastolatków wymaga się samodzielności, więc dzieci wolą milczeć. Uważają, że lepiej nie mówić o swoich problemach. W ten sposób wydaje im się, że są samodzielne. Tak naprawdę stają się samotne...
- dodaje Lucyna Kicińska.

Więź na wagę życia

Współcześni rodzice nie mają czasu. Utwierdzają więc swoje dziecko w przekonaniu, że nastoletnie problemy są mniej ważne. Przecież nie dotyczą pracy ani pieniędzy, a jedynym obowiązkiem dziecka jest się uczyć. Co więc może pójść nie tak?

Rodzice wywierają na dzieciach ogromną presję, stawiając wysokie, często nie do osiągnięcia przez młodego człowieka wymagania. Niestety, słabość, nieradzenie sobie z obowiązkami i tym samym niespełnianie oczekiwań oznacza niezadowolenie rodziców, zmartwienie, kłopoty. A przecież dzieci chcą zadowolić rodziców, być akceptowane i kochane. Starają się często ponad swoje siły i nie zwierzają się rodzicom, że nie dają rady, że są coraz bardziej zmęczone
– tłumaczy dr Artur Wiśniewski z Kliniki Psychiatrii Wieku Rozwojowego WUM.

Jest też druga strona medalu. Rodzice są przekonani, że gdy ich dziecko będzie miało problem związany z depresją, przyjdą do nich i to powiedzą. W rzeczywistości nic nie jest tak oczywiste. Od początku funkcjonowania telefonu zaufania dla nastolatków w Polsce aż 1,2 mln dzieci potrzebowało rozmowy.

Nastolatkowie będą się buntować. Z badań wynika, że buntu doświadczy aż 30 % dojrzewających nastolatków. Ale rodzice nie mogą wierzyć w to, że „moje dziecko takie nie jest, że jemu nic się nie przydarzy”
- dodaje Kicińska.

Antonina czuła się inna

Depresję ma za sobą Antonina, która chorowała jako nastolatka.

W szkole podstawowej przechodziłam przez bardzo trudny okres. Codziennie byłam nękana przez inne dziewczyny z mojej klasy. Wszystko, co zrobiłam, nawet to, jak wyglądałam, było krytykowane. Było mi przykro i codziennie wracałam z płaczem do domu, jednak dopiero w gimnazjum poczułam, jak duży to miało na mnie wpływ. Diametralnie spadło moje poczucie własnej wartości, konsekwencją czego były zaburzenia odżywiania
– opowiada dziewczyna.

Wtedy Antonina poznała grupę dziewczyn, z którymi się zaprzyjaźniła. Miało być lepiej. Była na pogrzebie kilku kolegów. Też chorowali na depresję.

Każda z dziewczyn miała jakieś swoje problemy. Wtedy wydawało mi się, że one mają w życiu gorzej, więc moje problemy zeszły siłą rzeczy na drugi plan. Zaczęłam bać się o zdrowie i życie moich koleżanek. Gdy przestawały odbierać telefon, jechałam do nich, żeby - w razie potrzeby - je uratować. Gdy po raz kolejny zmieniłam środowisko, idąc do innego liceum, dotarło do mnie, że sama potrzebuję pomocy. Nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział, że coś mi się dzieje, dlatego codziennie udawałam, uśmiechałam się i szłam do szkoły. Aż w pewnym momencie już dalej nie mogłam, nie byłam w stanie wstawać rano, nie byłam w stanie skupić się na nauce
– dodaje Antonina.

Na depresję dziewczyny złożyło się m.in. nękanie w podstawówce. Spowodowało to obniżone poczucie własnej wartości, poczucie bycia zaszczutą, inną. Z anoreksji przeszła do depresji. Wokół siebie nieustannie odczuwała też presję na doskonałość.

Na poziomie gimnazjum, zamiast zająć się sobą, wcisnęłam własne problemy pod dywan. Moi rodzice wiedzieli - od zaburzeń odżywiania - że coś się dzieje, jednak nie naciskali na leczenie. Wiedzieli, że siłą mnie nie wyleczą. Dali mi czas i wsparcie, obserwowali mnie i to, jak się zmieniałam, ale nie zmuszali do niczego. O depresji i chęci leczenia powiedziałam im od razu. Wiedziałam, że nie ma już na co czekać i że każdy dzień się liczy. Ucieszyli się, że w końcu dojrzałam do tej decyzji
– wspomina dziewczyna.

Antonina była leczona przez psychoterapeutę, a cały proces wspomagany był dodatkowo farmakoterapią przepisaną przez psychiatrę.

Bardzo często miałam myśli samobójcze, nie widziałam sensu w niczym, nie widziałam dla siebie żadnej przyszłości. Byłam bezsilna. Bezsilność jest w tym wszystkim najgorsza. Wiem, to brzmi stereotypowo, ale tak było
- dodaje.

Antonina ma obecnie 19 lat. Jej chęci do życia i radość z codzienności wróciły. Nie musi już też udawać uśmiechu. Stara się pomagać innym. Do niedawna działała w organizacji Non-Profit „Porcelanowe Aniołki”, która zajmowała się pomaganiem dzieciom i młodzieży w radzeniu sobie z zaburzeniami. Antonina pokazuje innym, że z depresji da się wyjść. Jest zdrowa.

Zobacz także:Jak poznać depresję u nastolatka?Depresja z powodu nadwagi? To częsty problem u nastolatków...

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)