Zostaniemy aż do skutku

Nie chcą kokosów. Nie mają wygórowanych marzeń. Chcą tylko żyć zwyczajnie. Żeby starczało do pierwszego. Żeby nie trzeba było pożyczać na węgiel ani dorabiać na budowie. Marzenia protestujących pielęgniarek są bardzo, bardzo zwyczajne…
Zostaniemy aż do skutku fot. Krzysztof Wojda

Przyjechała, żeby przez kilka godzin podtrzymać na duchu protestujące koleżanki, ale kiedy zobaczyła, jak koczują na ulicy, postanowiła, że z nimi zostanie.
– Zupełnie nie byłam do tego przygotowana – mówi Katarzyna Biedrzycka, 18 lat w zawodzie. – Nie miałam ze sobą nic, nawet termosu z kawą ani zmiany bielizny – wylicza i kręci głową, bo wciąż nie może się nadziwić, że od razu, gdy tylko powiedziała, że zostaje, dostała od koleżanek wszystko, nawet nowe majtki... Do głodówki się przyłączyła, bo jest zwolenniczką stanowczych, zdecydowanych posunięć. I postanowiła, że zrobi wszystko, żeby tylko nie wyjeżdżać z Polski...
– Znam dobrze francuski, jestem w trakcie załatwiania międzynarodowej licencji zawodowej i w każdej chwili mogłabym wyjechać. Przed laty zaliczyłam międzynarodowy kurs geriatryczny i praca w Szwajcarii na mnie czeka, bo tamtejsze szpitale potrzebują pracowników. Nie mam wyższego wykształcenia, więc byłabym tylko pielęgniarką drugiej kategorii, ale i tak zarabiałabym kilka razy więcej niż w Polsce. Tylko że ja nie chcę. To znaczy, chcę więcej zarabiać, ale nie chcę wyjeżdżać  – tłumaczy.
Jej rodzina nie bardzo rozumie to wahanie, bo oni są gotowi jechać w każdej chwili. Mąż jest poliglotą i wie, że poradzi sobie w każdych warunkach. Dzieci są podobnie uzdolnione, więc też szybko by się zaaklimatyzowały. 17-letni Krzysiek, 14-letnia Sabina
i 10-letnia Marysia w lot łapią każde nowe słówko i strasznie chcą żyć lepiej niż teraz, w ich wiejskim domu, oddalonym o 30 km od Płocka.
Cóż z tego, skoro ona nie chce nigdzie wyjeżdżać... Żeby wytłumaczyć, dlaczego chce zostać, Katarzyna musi sięgnąć daleko w przeszłość. Pracuje w zawodzie, o którym zaczęła marzyć, kiedy była jeszcze zupełnie mała. Jej ukochana prababcia ciężko chorowała, miała bolesne odleżyny. Mała Kasia przysięgła sobie wtedy, że jak już będzie duża, zrobi wszystko, by nikt tak nie cierpiał.
Postanowiła, że zostanie wielką pielęgniarką, która poradzi sobie ze wszystkim, będzie pracować we wspaniałym szpitalu i pomagać ludziom.
– Wielką pielęgniarką nie jestem - Katarzyna uśmiecha się do dawnych marzeń. – Mam tylko średnie wykształcenie, a za sobą kilka przerw w pracy – miałam poważny wypadek, potem rodziłam dzieci. Ale pracuję w znakomitym zespole, we wspaniałym szpitalu, na endoskopii, oddziale, który jest na tak wysokim poziomie, że nie powstydziłby się go żaden kraj. Pamiętam moje dziecinne marzenia, i chcę je realizować. W Polsce, w Płocku, w moim szpitalu...
Opowieść przerywa telefon. Katarzyna rozmawia z córką, Sabiną.
– Kiedy wracam? – powtarza pytanie córki. – Nie wiem. Jak długo tu będę? Tyle, ile będzie trzeba. Aż do skutku...



Dorabiam sobie na budowie
– Nigdy w życiu nie byłam z rodziną na wakacjach, ciągle jestem w pracy – mówi Ewa Ejkszto ze szpitala w Giżycku.

Energiczna, ruchliwa jak żywe srebro, zawsze uśmiechnięta, bo według niej uśmiech jest takim samym lekarstwem jak tabletki czy zastrzyki. Takim samym albo nawet ważniejszym… Niewysoka blondynka z prędkością karabinu maszynowego wyrzuca z siebie opowieść o swojej rodzinie. O mężu, który w pełnym bezrobocia Giżycku szczęśliwie ma pracę i może się dołożyć do jej 1200 zł pensji. O synu, 11-letnim Michałku, któremu bardzo dokładnie wytłumaczyła, po co jedzie do Warszawy, żeby rozumiał, dlaczego mama protestuje. I o wymarzonej córeczce, której nie ma, bo jej najzwyczajniej w świecie na drugie dziecko nie stać...
Kiedy mówi o pracy, zaczyna staranniej dobierać słowa. Bo po 15 latach w zawodzie praca wciąż jest jej pasją. Powołaniem. I to nie żaden frazes, choć przez pracę właśnie nie była nigdy na takich prawdziwych, rodzinnych wakacjach. Tylko na jednym biwaku z mężem, ale to było dawno, jeszcze w narzeczeńskich czasach.
Jak więc spędza urlopy? Przy robocie. Ale nie w szpitalu, tylko na budowie.  
– Od siedmiu lat, co roku, przez pięć tygodni maluję ściany, kładę glazurę, gres, robię wykończeniówkę – wylicza, pokazując poznaczone odciskami ręce. Śmieje się, że to jej sposób na odreagowanie szpitalnego stresu. I metoda na zarobienie pieniędzy, żeby nie tkwić w pożyczkach. – Muszę je brać, żeby starczyło nam do pierwszego – tłumaczy. – Gdyby nie to, że dorabiam, nie mogłabym sobie pozwolić na pracę w służbie zdrowia.
Ewa od dziecka wiedziała, że kiedyś zostanie pielęgniarką. Taka była chorowita, tak często lądowała w szpitalu, że czuła się tam jak w domu. Pielęgniarkom przy kolejnych zastrzykach, stawiała ultimatum – zgodzi się na kłucie, pod warunkiem, że dadzą jej później strzykawkę. Dawały. A ona „leczyła” potem wszystkie swoje misie. Nie miała ani jednej plastikowej lalki – nie były jej potrzebne, zbyt trudno wbić igłę...
Kiedy złożyła papiery do szkoły pielęgniarskiej, dotarło do niej, jak wielka odpowiedzialność wiąże się z tym zawodem. Przez lata, które przepracowała, wiele się o tej odpowiedzialności dowiedziała. Zrozumiała, że nikt nie jest nieomylny, że każdy może popełnić błąd.
– Tylko trzeba umieć się do tego błędu przyznać, niczego nie ukrywać, i starać się naprawić – tłumaczy.
Pracuje z pacjentami balansującymi na granicy życia i śmierci. Mówi do nich, nawet kiedy są nieprzytomni, i ciągle się  do nich uśmiecha. Bo uśmiech leczy…



Chcę zobaczyć wnuka i... wygrać
– Jestem działaczką związkową z krwi i kości – mówi Grażyna Gaj ze szpitala w Olkuszu.

Uczestniczy w proteście od pierwszego dnia, od pierwszej nocy, którą razem z koleżankami spędziła na asfalcie Alej Ujazdowskich. Po 34 latach pracy o zawodzie pielęgniarki wie wszystko, a zaangażowanie w sprawy społeczne jest w jej rodzinie dziedziczne (po tatusiu). Dlatego nikogo nie zdziwiło, że natychmiast znalazła się w komitecie organizacyjnym protestu. Każdego dnia całymi godzinami wędruje wzdłuż szeregu namiotów „białego miasteczka” rozłożonego przez koleżanki--pielęgniarki i przez megafon przekazuje im najnowsze informacje i komunikaty.
– Nie mogę przestać myśleć o domu i o synowej, która lada chwila urodzi mi drugiego wnuka – mówi z żalem w głosie, bo tym razem przy porodzie na pewno nie będzie. Nie zostawi koleżanek.
Kiedy została babcią po raz pierwszy, cztery lata temu, asystowała przy narodzinach Kubusia, żeby od pierwszych sekund życia był w kochających rękach. Teraz stara się być dla niego jak najlepszą babcią, ale... Nie ma czasu, bo dla niej to towar jeszcze bardziej deficytowy niż pieniądze, których mimo długiego stażu pracy zarabia śmiesznie mało, mniej więcej 1500 zł miesięcznie. I ciągle jest na minusie, bo co roku musi brać pożyczkę, żeby kupić węgiel. Po 500 zł za tonę…
Kiedy zdecydowała się na zawód pielęgniarki, nie zastanawiała się, ile będzie zarabiać ani ile czasu będzie mogła poświęcić bliskim. Może to i dobrze, bo tylko dwa razy w życiu spędziła z rodziną całe święta Bożego Narodzenia i jeden raz Wielkanoc. Wcześniej ciągle wypadały jej dyżury albo zastępstwa.
– Mimo wszystko nie żałuję żadnej przepracowanej minuty, bo pielęgniarstwo to praca jak żadna inna. Wymagająca czujności, ofiarności, a ja to lubię. Lubię działać i pomagać.
Grażyna nie zdołała zarazić synów swoją pasją, ale przekazała ją bratanicy. Dziewczyna już dziewiąty miesiąc pracuje na OIOM-ie, bo ciotka ją przekonała, że jeśli tam wytrzyma, to da sobie radę wszędzie. Uparta jest, jak ciotka. Do szkoły medycznej startowała dwa razy. Z Grażyną było podobnie, tylko że kiedy ona nie dostała się do wymarzonego liceum, to poszła do technikum energetycznego, a dopiero potem na studium medyczne. Zresztą nadal się uczy. Zaliczyła już pierwszy rok szkolenia dla pielęgniarek rodzinnych i planuje, co będzie robić dalej, do emerytury, a może i później, bo ona jest
z tych, co pracują póki im sił wystarczy. Teraz walczy o to, żeby mogła pracować w bardziej godnych warunkach, za godną płacę. Wygrana to jej wielkie życiowe marzenie. A prywatne? Na jeden dzień wyrwać się do domu, wykąpać się, przespać noc we własnym łóżku, uściskać Kubę i może jeszcze… Zobaczyć nowego wnuka, bo on chyba pojawi się na świecie wcześniej niż zmiany w służbie zdrowia...


Agata Bujnicka

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)