To miał być chrzest a nie pogrzeb...

Grzegorz wiózł siostrę i jej dwójkę dzieci do rodzinnej wsi. Mieli dokończyć przygotowania do chrztu Radusia. Nagle zza zakrętu wypadł polonez. Wprost na nich. Pijany kierowca nie dał im szans. W wypadku zginął sześciotygodniowy chłopczyk i kierujący autem Grzegorz.
To miał być chrzest a nie pogrzeb... fot. R. Wilczyński

Bogusia wychowała się w  położonym niedaleko Włoszczowy Seceminie. Potem skończyła szkołę pielęgniarską i wyszła za mąż za Marcina Grelewicza z sąsiedniej wsi. Wkrótce urodziła im się córeczka Magdusia. Dziewczynka niedługo skończy pięć lat, jest śliczna i mądra, ale z powodu porażenia mózgowego nie chodzi. – Trzeba jej poświęcać zdecydowanie więcej czasu niż zdrowemu dziecku, dlatego dość długo wstrzymywaliśmy się z decyzją o drugim maluchu – mówi Bogusia.
Jednak w zeszłym roku uznali, że nadeszła już pora, aby powiększyć rodzinę i Bogusia zaszła w ciążę. Radość w domu była wielka, a rosła jeszcze z każdym badaniem USG, które potwierdzało, że dziecko będzie zdrowe. Pierwszego kwietnia urodził się śliczny, dorodny chłopczyk.
– Marcin po prostu oszalał ze szczęścia – wspomina Bogusia. – Nosił na rękach raz synka, a raz mnie. I obcałowywał w nieskończoność.
Rodzice nazwali chłopca Raduś, ale prawdziwe nadanie imienia miało odbyć się 19 maja, podczas uroczystego chrztu w Seceminie, rodzinnej miejscowości Bogusi.
– Mieszkamy z mężem i córką we Włoszczowie, ale sercem jesteśmy związani z naszą rodzinną wsią, bardzo często tu przyjeżdżamy. Dlatego właśnie w naszym kościółku  postanowiliśmy ochrzcić synka – wyjaśnia Bogusia ze łzami w oczach.

Trzymałam synka na rękach i błagałam o cud

We wtorek, cztery dni przed wyznaczonym terminem uroczystości, niemal wszystko było już dopięte na ostatni guzik. Ale Bogusia chciała jeszcze pojechać na chwilę do rodziców i ustalić ostatnie szczegóły. Jej mąż, Marcin, z zawodu spawacz, tego dnia musiał zostać dłużej w pracy, zadzwoniła więc do mieszkającego z rodzicami brata i zapytała, czy nie mógłby jej podwieźć. Z Secemina do Włoszczowy jest jakieś 15 km.

– Jasne – odpowiedział zawsze chętny do pomocy 26-letni Grzesiek i za pół godziny już był swoim autem pod domem siostry.
Razem z Grześkiem przyjechała jego żona Iwona. Po chwili wszyscy zapakowali się do samochodu. Bogusia zabrała ze sobą Magdę i Radusia.
Grzesiek prowadził, obok siedziała Iwona. Bogusia z dziećmi usiedli z tyłu. Wszyscy byli przypięci pasami, maluchy, oczywiście, w fotelikach. Droga była wyboista, więc ze względu na maleńkiego Radusia jechali powoli, nie szybciej niż 50–60 km. Widzieli tego jadącego z przeciwka poloneza, ale nie zwrócili na niego większej uwagi.
Potem... Bogusia pamięta tylko huk i krzyk. Do dziś nie wie, czy to ona krzyczała. A może bratowa? Albo Grzesiek? Impet zderzenia odrzucił od siebie zmasakrowane samochody na odległość 30 metrów.
– Byłam w szoku. Nie wiedziałam, co robię – opowiada Iwona, która pierwsza wygramoliła się z auta.
Podczas wypadku zablokowały się drzwi, więc wyszła przez okno. Z przerażeniem patrzyła na męża. Grzesiek był nieprzytomny. Klepała go po twarzy. – Grzesiek, Grzesiu, co ci jest? Obudź się! Spójrz na mnie, kochany! – krzyczała. Nie odpowiadał...
Przerażona podniosła głowę i zobaczyła Bogusię: miała zakrwawioną twarz i trzymała na rękach sześciotygodniowego synka.
– Nie ruszał się, nie oddychał - szlocha Bogusia. – Zaczęłam go reanimować. Ale jego usteczka zrobiły się sine, potem posiniała twarz… Trzymałam moje dzieciątko na rękach, a ono umierało – płacze matka.

Kierowca miał we krwi dwa promile alkoholu
Karetka pogotowia była na miejscu wypadku już po 15 minutach. Lekarz jeszcze raz podjął próbę reanimacji maleństwa. Bez skutku, uderzenie głową w fotelik okazało się dla niemowlęcia za silne.
Lekarz stwierdził również, że zderzenia nie przeżył Grzegorz. Jego żona Iwona oraz siostra Bogusia i jej córeczka Magda zostały zabrane do szpitala. Magda miała złamaną nogę i była mocno wystraszona. Bogusi i Iwonie oparzono rany twarzy i stłuczenia. Nie były one jednak zbyt poważne, wszystkie trzy po kilku dniach wypisano do domu.
– Nigdy nie wybaczę temu człowiekowi, że zabił mojego synka i szwagra – zaciska usta Marcin Grelewicz, mąż Bogusi. – To chłopak tylko rok młodszy ode mnie, ma 25 lat. Mieszka kilka wsi dalej, kawaler, bez dzieci. Ludzie w okolicy mówią, że często widywali go pijanego. I podobno wcale nie pierwszy raz kierował w takim stanie samochodem.
Policja ustaliła, że sprawca wypadku od razu po zderzeniu wyskoczył z samochodu i chciał uciec. Doznał jednak uszkodzenia kręgosłupa i zdołał przebiec zaledwie kilkadziesiąt metrów, zanim upadł na polu. Został aresztowany. W czasie wypadku miał we krwi 2 promile alkoholu. Razem z nim jechał, również pijany, 31-letni kolega. Jemu udało się uciec, jednak po kilku godzinach również został aresztowany. Polonez caro, którym jechali pijani mężczyźni, w chwilę po zderzeniu stanął w płomieniach i doszczętnie spłonął.
– Sprawcy wypadku grozi do 12 lat więzienia, zatrzymanie prawa jazdy, może nawet dożywotnio, i dodatkowo kary pieniężne – mówi aspirant sztabowy Artur Szkot, rzecznik prasowy Komendanta Powiatowego Policji we Włoszczowie. – Pasażer, który jechał razem z nim i uciekł z miejsca wypadku, odpowie za nieudzielenie poszkodowanym pierwszej pomocy. Grozi mu kara do sześciu lat więzienia – dodaje.
– Co to są za kary? – kręci głową Bogusia. – Odsiedzi może połowę i wyjdzie za dobre sprawowanie. Będzie sobie żył. A mój synek już nigdy nie wróci…

Jeden pijany, dwie tragedie
Równie zrozpaczona jest Iwona, bratowa Bogusi, która w wieku 21 lat została wdową.
– Byliśmy małżeństwem 10 miesięcy, nawet nie zdążyliśmy się sobą nacieszyć. A teraz? Tylko to mi zostało – Iwona patrzy na rozsypane na stole zdjęcia i choć bardzo stara się nie płakać, łzy same płyną po policzkach.
Na tych fotografiach jest cała kronika ich miłości: roześmiane twarze na studniówce, Grzesiek wręcza jej kwiaty, są też zdjęcia ze ślubu, z wesela...
Siedmiomiesięczna Kinga siedzi na kolanach mamy i z zainteresowaniem  przesuwa pulchną rączką błyszczące fotografie. Kiedyś tylko z nich dowie się, jak wyglądał jej tata. Nie będzie go pamiętać. Gdy zginął, miała pół roku...
– Grzesiek za nią przepadał. „Moja   księżniczka” – mówił.
W sobotę, 19 maja 2007, tak jak było wcześniej zaplanowane, w kościele w Seceminie zebrała się cała rodzina, przyjaciele, znajomi Bogusi i Marcina Grelewiczów. Tylko atmosfera była nie taka, jak planowano. Miało być pięknie, serdecznie, radośnie. A było pięknie i serdecznie, ale strasznie smutno. Bo zamiast chrztu małego Radusia, był jego pogrzeb.

Monika Wilczyńska
fot: R. Wilczyński

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)