Jak wyjść za mąż po czterdziestce

To dzięki miłości nie bała się porażki w programie „Jak oni śpiewają”. Marzena Sztuka opowiada, jak, dlaczego i dla kogo zmieniła się w kobietę udomowioną...
ONS_189974_Marzena Kipiel-Sztuka 02.JPG fot. ONS
Amerykanie twierdzą podobno, że łatwiej kobiecie zostać postrzeloną przez terrorystę, niż wyjść za mąż po czterdziestce. Pani, kobieta 42-letnia, znalazła na to sposób. Jaki?
Najprostszy na świecie – na zabój się zakochałam. Doszłam do takiego etapu w życiu, że koniecznie chcę do kogoś należeć. I odwrotnie. Mój mąż powiedział mi kilka dni temu, że jest karą nasłaną mi przez los, i to do końca życia. Świetnie. Mam już dosyć bycia Zosią samosią. A szczęśliwie wreszcie trafiłam na faceta, który toleruje mój temperament. Jak każda artystka mam totalnie poprzewracane w głowie i jestem zapatrzona w siebie. Potrzebuję faceta, który złapie mnie za kark i – kiedy trzeba – porządnie potrząśnie. Przemek pokazuje mi, że istnieje na tym świecie mniej wariackie życie. Dlatego nie przerażała mnie perspektywa odejścia z programu „Jak oni śpiewają”. Kiedy Przemek nie mógł mi kibicować w studiu, dzwonił i mówił: Pamiętaj, nawet jeśli odpadniesz, masz u mnie dożywocie! Reszta mnie nie obchodzi.

Postawiła pani w życiu na miłość?
Poszłabym za nią w ogień. I zresztą poszłam w świat. Wychowałam się w Legnicy, potem zaś mieszkałam we Wrocławiu. A Przemek pochodzi z Kołobrzegu. Co mi pozostało? Wzięłam kundla Luśkę pod jedną pachę, kota Wacka pod drugą i przeniosłam się nad morze. Przemek postawił moje życie na głowie. Nikt nie chce mi wierzyć, ale kiedy przyjeżdżam z Warszawy do Kołobrzegu, zamieniam się w kurę domową. Pytam Przemka: Kochanie, które skarpety ci wyprać, którą koszulę uprasować? Muszę zasłużyć czymś na jego miłość!

Psychologowie mówią, że chemia trwa najwyżej trzy, cztery lata. Co potem?

Na balkonie w domu w Kołobrzegu mamy duży młotek. Na wypadek, gdyby którekolwiek zdradziło (śmiech). Ale tak naprawdę oziębienie uczuć nam nie grozi, bo oboje jesteśmy bardzo „chemiczni”. Mówimy sobie: Niech to trwa pięć minut, ale niech będzie na stówę.

A podobno boi się pani samotności?
Jestem nią przerażona. Cały ubiegły rok zadręczałam się, że do końca moich dni zostanę sama. Byłaby to dla mnie tragedia. Na szczęście w tych trudnych momentach była przy mnie przyjaciółka Alicja. Kiedy jest mi źle (a ona zawsze to wyczuwa), wysyła mi anioły nad głowę. Ale nie ma co kryć, że najszybciej z samotności leczą faceci. Tylko trudno znaleźć wśród nich pokrewną duszę. Kiedyś zdarzyło mi się, że dostałam od mężczyzny pierścionek z brylantem. Gdybym z nim została, byłabym paniskiem do końca życia... Ale brakowało mi właśnie tej chemii.

Nigdy nie zdarzyło się pani pomylić?
Jak to nie?! Dwa razy tak się pomyliłam, że aż zrobiło mi się słabo. A za każdym razem wydawało mi się, że to będzie do końca życia. Trudno, jestem życiowym frajerem. Popełniam błędy, bo kompletnie nie mam nosa do ludzi. I dostaję po tyłku. Pocieszam się, że jeżeli ktoś tak totalnie wie, co robi, i wyciągnął wszystkie możliwe wnioski, to po prostu nie żyje.

A pani nie wyciąga żadnych nauk?
Aż tak to nie. Jak ktoś mnie uderzy, nadstawiam drugi policzek, bo mam wrażenie, że ta osoba się pomyliła. Ale po drugim ciosie nie czekam na kolejny, tylko sama złamię mu rękę. A siłę mam, bo skończyłam szkołę budowlaną.

To kolejny błąd młodości?
O tak. Zrujnowałam nerwy większości wykładowców technikum budowlanego w Legnicy. Robili, co mogli, by przepchnąć mnie do następnej klasy. Musiałam im jednak obiecać, że dyplomu nigdy nie użyję. Zrobię go i zapomnę. Znalazłam się w tej szkole, bo tam był jedyny kryty basen w mieście. A ja pływałam. Poza tym mój tata, z zawodu matematyk, miał samych braci. I mnie też wychowywał na chłopaka. Męski zawód wydawał mi się odpowiedni...

Córka w męskiej szkole? Co tata na to?
Kiedy w ciągu tygodnia odwiedzało mnie czterech kolegów, tata był zadowolony. Ale jeśli cztery razy pojawił się ten sam, pytał: A pan do kogo?
Był przerażony, gdy w wieku 20 lat uparłam się, że wyjdę za mąż. Miał rację, choć zrozumiałam to z dziesięć lat później.

Pani szkolny kolega napisał na blogu, że faceci w szkole bali się pani i stawali się pantoflarzami.
Nie przypominam sobie. Pamiętam coś zgoła innego – oni chodzili na imprezy z dziewczynami z innych szkół i potem opowiadali mi, jak było. Mnie nie zapraszali. Ze mną palili w męskim kiblu, który potem za karę musiałam posprzątać. Nie wyglądało na to, że się mnie boją. Ale kto to chłopów zrozumie? A pantoflarzy nie lubię.

W takim razie jaki typ mężczyzny robi na pani wrażenie?

Jak mój Przemek. Ma do mnie dystans, potrafi zrugać, ale też przynieść bukiet kwiatów. No i pomaga mi żyć. Bo ja nienawidzę zajmować się sobą. Nienawidzę zakupów, zawsze marzyłam, by dać komuś kartkę, żeby kupił mi krem do twarzy. To teraz daję ją Przemkowi. On ustala, co będziemy jeść na obiad. Po prostu się mną zajmuje, tak jak ja nim, gdy ostatnio miał grypę. Czasami jeździ ze mną na koncerty. Przemek ma fajny fach, jest właścicielem gabinetu odnowy biologicznej. Mam więc osobistego masażystę. A brat Przemka, Tomek, jest weterynarzem. Ustawiłam się!

Mąż nie ma z pani żadnego pożytku?

Ależ ma! Potrafię w domu zrobić wszystko. Ugotuję fantastyczną fasolówkę i naprawię kolanko w zlewie. No i mam znakomite pomysły. Na przykład w środku nocy, zamiast gadać, biorę go pod rękę i ciągnę nad morze. Świetny sposób, by odreagować stresy po pobycie w Warszawie, która mnie męczy i wpędza w nerwicę.

Jak wygląda zmęczona Marzena Sztuka?

Jak aniołek. Cicha i łagodna. Przemek rozwiązuje mi sznurówki w butach i mówi: Masz dzień dziecka. Zero mycia zębów, zero zmywania makijażu.

Jako mężatka zmieni pani nazwisko?
To bez sensu. Sztuka nazywam się po moim pierwszym mężu. Po rozwodzie zostawiłam to nazwisko, bo po pierwsze, widnieje ono na moim dyplomie aktorskim, a po drugie, dla aktorki jest w sam raz. A dzięki „Kiepskim” znane jest w całej Polsce. Kiedy moi rodzice zmarli, dołożyłam sobie panieńskie nazwisko – Kipiel. Ale nie figuruje ono w żadnych papierach. Kipiele to górale spod Nowego Sącza. Ale nigdy nie czułam w sobie tej góralskiej krwi. Jak mam wejść na jakąś górę, to od samego patrzenia robię się zasapana. Zresztą, jestem totalnym mieszańcem. Moja mama pochodziła z Litwy. Miałyśmy cudowny kontakt. Trochę mnie skrzywdziła, bo kiedy umarła, straciłam najlepszą przyjaciółkę. To było 12 lat temu. A ja mam jej geny. Wydaję się twardzielką, bo ubieram się w dżinsy, skórzane kurtki. Ale to tylko mundur, bo tak naprawdę wszystko, co się dzieje, kołacze mi się po głowie, nie daje spać.

O takim życiu pani marzyła?

Kiedy miałam 16 lat, wydawało mi się, że będę wielką artystką i będzie mnie znała cała Polska. Ależ byłam naiwna! Kiedy mi się udało wygrać casting do „Świata według Kiepskich”, nie mia łam już 170 cm wzrostu. Wagowo też byłam słuszna. I dopiero wtedy otworzyła się puszka z propozycjami. Szkoda, że przychodzi ich tyle dopiero teraz, kiedy ja nie mam już takiego „parcia na szkło”. Przy Przemku się uspokoiłam, przestałam zamartwiać się przyszłością. Bo przecież mam już dożywocie.

Rozmawiała: Ewa Tokarczyk

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)