Dzięki córce nabrałam dystansu

Piegi, burza rudych włosów i równie ognisty charakter, to znak rozpoznawczy popularnej prezenterki tv, Katarzyny Dowbor. Dziś mówi o nowo odkrytej łagodności i o tym, dlaczego kariera już nie jest najważniejsza...
 Dzięki córce nabrałam dystansu fot. Marek Szymański
Marysia zmieniła twoje życie?
– I życie, i mnie. Moja przyjaciółka powiedziała, że jak patrzy na mnie, jest w szoku. Bo teraz ja inaczej się zachowuje, inaczej mówię, co innego jest dla mnie ważne.

A jak się zachowujesz?
– Na pewno nadopiekuńczo. Poza tym nigdy nie sądziłam, że będę miała tyle cierpliwości. Ja, kiedyś porywcza, impulsywna, niepokorna, stałam się oazą spokoju. Dziś na przykład była u nas córka sąsiadów. Przyszła spłakana, że Marysia nie chce jeździć z nią na rolkach, tylko bawi się z inną koleżanką. Przez 15 minut tłumaczyłam dziecku, że to nie jest problem, że jeszcze na rolkach pojeździmy, że ja sobie też je kupię i razem będziemy się uczyć. Gdyby ktoś 10 lat temu powiedział mi, że będę wygłaszać takie przemowy, popukałabym się w głowę.

Urodziłaś Marysię świadomie. To była decyzja bardzo przemyślana?
– Bardzo. Kobieta 40-letnia wie już, czego chce i jakie będą konsekwencje jej decyzji. Z tym, że jednak nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, że całe moje życie zostanie podporządkowane dziecku.

Maćka miałaś jakby mimochodem?
– Maćka urodziłam, mając 19 lat,i nie miałam pojęcia, co to znaczy być matką. Byłam strasznie zbuntowana, walczyłam o swoją karierę. Uważałam, że dziecko trzeba wychować, czułam się za nie odpowiedzialna, ale nie miałam poczucia, że temu dziecku należy cokolwiek poświęcić.

Dużo poświęcasz dla Marysi?
– To nawet nie są poświęcenia. Nie żałuję na przykład, że zamiast spędzać wieczory na salonach, siedzę z Marysią w domu. Zajmowanie się nią sprawia mi ogromną przyjemność. Wole poczytać córce „Dzieci z Bullerbyn” niż wygłupiać się na bankiecie. Dawniej, czytając takie wywiady, uważałam, że matki bujają, że budują sobie pomniki. Teraz wiem, że mówiły prawdę.

Domy też zmieniasz dla Marysi? Przeprowadzka do Konstancina to już chyba trzecia w ciągu paru lat?
– Wszystko, co robię, jest związane z moją córką. Gdyby nie ona, pewnie do dziś mieszkałabym w domku w Pilawie, gdzie było mi wygodnie i miałam piękny ogród. Ale ze względu na Marysię musiałyśmy się przeprowadzić bliżej dobrych szkół. Ona chodzi do szkoły prowadzonej systemem włoskim, w klasie jest dziesięcioro dzieci. Długo szukałam odpowiedniej szkoły. Marysia jest bardzo ciepła, opiekuńcza. Łatwo ją zranić. Obserwowałam kiedyś, jak grała na komputerze, ale jej koleżanka jest od niej w tych grach lepsza. Marysia więc mówi: Wiesz, ja ci odstąpię ten komputer, bo tobie to lepiej wychodzi. A ja pobawię się czymś innym. Ja w jej wieku byłam bardziej zaborcza. Ona nie ma ani grama agresji, za to ogromną wiarę w ludzi.

Może jest taka po ojcu?
– Chyba tak. W Jurku też nie ma agresji i po tylu latach znajomości mogę powiedzieć, że jest dobrym człowiekiem. Nawet gdy coś go zezłości, szybko zapomina o tym incydencie. Marysia jest taka sama, nie pamięta o urazach.

Jak nauczyć dziecko akceptacji, że jego rodzice nie mieszkają razem? Że ojciec ma inną rodzinę?
– Trzeba to robić szczerze, naturalnie. Marysia wie, że ma oboje rodziców, którzy ją kochają i zrobią wszystko dla jej dobra. Myśmy Marysi nigdy nie okłamywali. Od zawsze wiedziała, że tata ma inny dom i że jest przyrodnie rodzeństwo.

Poznała swoich braci?
– Tak i bardzo się lubią. Bywa u nich, oni bywają u nas. Zna też przyrodnie siostry, które już są dorosłe. Marysia otoczona jest duża rodziną. Przez krewnych ze strony ojca, jego matkę, ciocie, wujków. jest wręcz hołubiona. Nigdy nie była dzieckiem odrzuconym. Wychowujemy ją z jej ojcem w atmosferze przyjaźni. Bo my się przecież bardzo przyjaźnimy. Ona nigdy nie była świadkiem awantur, kłótni, wypominań, nie wie, jak to jest, gdy rodzice się na siebie boczą, krzyczą. Tata przychodzi do jej szkoły na zebrania, na zakończenie roku, Jest obecny w najważniejszych momentach jej życia.

Także zabiera ją na wakacje?
– Tak, był z nią na Mazurach u przyjaciół. Ona mówi o nim koleżankom, chwali się nim.

Taka otwartość to pewnie także twoja zasługa?
– Dużo pracy w to włożyłam. I sama się przy tym wiele nauczyłam. Przede wszystkim pokory. Dla Marysi potrafiłam schować własną ambicję do kieszeni, pozbyć się rozgoryczenia. My, dorośli, jesteśmy na drugim planie. Liczy się tylko to, że Marysia jest szczęśliwa, mądra, że budzi się z uśmiechem na buzi. A mnie daje szczęście, gdy słyszę: maminku, kocham cię nad życie. Wiesz, jak się przy niej wyciszyłam? I jaką frajdę sprawia mi macierzyństwo?

Kiedyś rwałabyś włosy z głowy, gdyby zabrano ci teleturniej.
– Kiedyś po ścianach bym chodziła z upokorzenia. Wściekałabym się, że jakim prawem, skoro nie było żadnych merytorycznych zarzutów. Teraz to po mnie spłynęło. Ważniejsza jest wycieczka szkolna Marysi. Jadą autokarem i ja strasznie się denerwuję. Bardzo lubię swoją pracę, ale nie jest już tak ważna, jak kiedyś. Gdyby widzowie uznali, że mam odejść, odeszłabym. Ale na razie dostaję od widzów dużo dowodów życzliwości, więc zostanę w TVP, czy się to komuś podoba, czy nie. Mam 70 procent rozpoznawalności.

Wiem już, co się w tobie zmieniło. Ty się nie boisz.
– Masz rację, już niczego się nie boję. Odkąd jest moja córka, muszę dać sobie radę. Dla niej. Kiedyś przeżywałam każdą zmianę, porażkę: program zdjęli, program dali, nie zgodzili się na scenariusz, zgodzili... Teraz mam do tego dystans.

I wystarcza ci bycie matką? Potrafisz żyć bez mężczyzny?
– A kto ci powiedział, że nie mam faceta? Jest ktoś, z kim czasem chodzę na kolacje. Powiem tak: miłość jest bardzo istotna. Każdy człowiek o niej marzy. Jednym się to udaje, innym nie. Ja ją już miałam. Marysia jest dzieckiem wielkiego uczucia. Dla mnie jest doskonała w każdym calu. Kobieta, mając takie wymarzone dziecko, w jakiś sposób spełnia swoją potrzebę miłości. Ja codziennie czekam na jej powrót ze szkoły, na to przytulenie. Potem jedziemy gdzieś razem: na balet czy do parku, Ona bardzo wypełnia moje życie. Jeśli związałabym się z kimś na stałe, musiałoby to być coś wyjątkowego. Jestem samowystarczalna, mogę utrzymać siebie i dziecko, chociaż ojciec Marysi też da jej wszystko, czego potrzebuje. Jeśli ktoś miałby mnie pokochać, przede wszystkim musiałby pokochać Marysię.

Ale czy Marysia go pokocha?
– Marysia tak lubi ludzi, że o to się nie martwię. Ale nikt nigdy nie będzie dla niej tatą. Ma jednego i on jest jej idolem.

A jeśli nie spotkasz kogoś tak wyjątkowego?
– To nie będę żałowała tylko dlatego, że miło z kimś spędzić jesień życia. Nie muszę za wszelką cenę mieć partnera. Czeka mnie przecież jeszcze tyle nowości. Całe dojrzewanie Marysi, jej pierwsze miłości. Potem wnuki. Już się na to cieszę.


Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
fot: Marek Szymański
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)