Czy Bóg tak chciał?

O tej pielgrzymce Ewa Prunesti marzyła od dawna. Odkładała na nią grosz do grosza. Żeby pojechać. Żeby w Sanktuarium Maryjnym modlić się o zdrowie dla ojca...
wypadek.jpg fot. Andrzej Szkocki

Ewa Prunesti ze Stargardu Szczecińskiego ma 24 lata, studiuje na III roku zoologii Akademii Rolniczej w Szczecinie i pracuje w Tesco.
– Osiem lat temu dowiedzieliśmy się, że mąż cierpi na stwardnienie rozsiane – opowiada mama dziewczyny, pani Jadwiga. – Ewa bardzo to przeżywa. W zeszłym roku postanowiła, że pojedzie na pielgrzymkę. Wierzyła, że w La Salette wymodli ojcu zdrowie...
Pielgrzymka wyruszyła 10 lipca. Trasa obejmowała Lourdes, Fatimę, Montserrat i na końcu La Salette. Ewa była szczęśliwa, że się udało, bo prawie do ostatniej chwili była na liście rezerwowej. Ale ktoś zrezygnował i dzięki temu ona mogła pojechać. W autokarze zaprzyjaźniła się z 21-letnią Karoliną Wachowiak. Trzymały się razem.
Z pielgrzymki Ewa przysyłała entuzjastyczne SMS-y. Że jest cudownie, że bardzo przeżywa każdą mszę, że widoki po drodze zapierają dech w piersiach...
W niedzielę, 22 lipca, koło godziny 12. pani Jadwiga wróciła z kościoła.
– Zadzwonił telefon, odebrałam – opowiada drżącym głosem. – Znajomi usłyszeli w telewizji, że zdarzył się wypadek. „To ten autokar, którym Ewa...” – pytali. „Co się stało? Mów!” – mąż był blady jak ściana. Włączyliśmy radio. „O 9.30 koło miasteczka Vizille autobus z 50 polskimi pielgrzymami stoczył się w przepaść. Są ranni i zabici” – usłyszeliśmy.
Zadzwonili do córki. Jej telefon milczał. Dzwonili więc do MSZ-u, do księży, do znajomych, których bliscy też pojechali na tę pielgrzymkę. Nic, żadnej wiadomości o Ewie.
– To były najgorsze cztery godziny w moim życiu. Nie ma nic straszniejszego niż czekanie – ociera łzy ojciec Ewy.
Nareszcie, trochę po czwartej zadzwonił telefon. Odebrał młodszy brat Ewy, 15-letni Krzysio. „Mama, tata! –krzyknął. – To z konsulatu. Mówią, że Ewa żyje!”
W poniedziałek pani Jadwiga poleciała rządowym samolotem do Grenoble. Chwyciła córkę w objęcia...
– To, co tam się dzieje, jest straszne – mówi. – Nie mam słów podziwu dla francuskich lekarzy, pielęgniarek. I ludzi, którzy tam mieszkają. Pomagają wszyscy. Nie tylko Polacy...
Wróciły do domu tego samego dnia.   Ewa wysiadła z samolotu o własnych siłach,  pana Józefa Mordasa wyniesiono na noszach. Dwoje pielgrzymów z 50, a 26 nie powróci już nigdy...
Ewa niewiele pamięta. Kierowca krzyczał, by się trzymali. Chciała wstać, zobaczyć, co się dzieje. Nie zdążyła.
– Poczułam, że autobus się obraca. Jak karuzela w wesołym miasteczku. Kiedy się ocknęłam, zobaczyłam niebo. Leżałam pod autobusem. Musiałam wypaść przez okno, gdy lecieliśmy w dół. Zobaczyłam Karolinę. Krzyczała, że ma złamaną nogę. Kręciło mi się w głowie, ale zauważyłam, że autobus dymi. Wystraszyłam się, że coś wybuchnie. Złapałam Karolinę i zaczęłam się czołgać. Byle dalej. Chyba nie dałabym rady, ale podbiegło do nas dwóch motocyklistów. Pomogli nam wdrapać się na skarpę...
– Jestem szczęśliwa, że żyję – mówi Ewa. – Ale to, co widziałam, na długo odebrało mi wszelką radość. Wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego...
Dlaczego? – to pytanie powtarzają wszyscy. Rodziny uratowanych i tych, którzy już nie powrócą. Ludzi, którzy pojechali się modlić, odnaleźć szczęście, zdrowie, a odnaleźli ból i zwątpienie... „Niezbadane są wyroki boskie” – mówią niektórzy. „Zawinił człowiek albo maszyna” – twierdzą inni.

Teofil Nogaj i Anna Grzelczak

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/12 lat temu
Żegnaj Przemku ! Bóg tak chciał!! Pamiętam Cię z wesela Magdy... .