Najlepsze brownie i słodkie ptysie - przepisy kulinarne z bloga Kuchnia Szczęścia

"Kucharz jest dostawcą szczęścia" - pod tą frazą z pewnością może podpisać się Magdalena Mierzwińska, autorka bloga Kuchnia Szczęścia.
Marta Kosakowska / 29.04.2011 07:18

"Kucharz jest dostawcą szczęścia" - pod tą frazą z pewnością może podpisać się Magdalena Mierzwińska, autorka bloga Kuchnia Szczęścia.

Proponuję jeden wypiek na pożegnanie zimy, a drugi na powitanie wiosny. Pierwszy to nie za słodki, zabójczo aromatyczny kawałek czekoladowego ciasta, pozwoli każdemu, kto go spróbuje poczuć swój własny kawałek szczęścia, rozgrzać się i nasycić, a jednocześnie przeniesie w egzotyczne klimaty Indii. Druga receptura jest znacznie bardziej osadzona w polskich klimatach, choć modyfikacji jej można wprowadzić tak wiele, że wraz z ptysiami zawitamy nawet do najdalszych zakątków świata - mówi Magdalena Mierzwińska vel. Tilianara, autorka bloga Kuchnia Szczęścia.

 

Najlepsze z najlepszych brownie vel. seksowne brownie

Składniki:
300 g dobrej ciemnej czekolady
150 g masła
175 g cukru (dałyśmy 130 g, a można i mniej - następnym razem wezmę 100 g)
75 ml wody różanej
2 łyżeczki świeżo zmielonego kardamonu
4 średniej wielkości jajka

suszone kwiaty do dekoracji

Przygotowanie: Czekoladę, masło, 1/2 porcji cukru roztopić w kąpieli wodnej, do roztopionej masy wlać wodę różaną, dodać zmielony kardamon. Jajka ubić z pozostała połową cukru na puszystą masę. Do przestudzonej czekoladowej masy dodawać partiami masę jajeczna, dokładnie ale delikatnie wymieszać. Masę wylać do wyłożonej papierem tortownicy (np. 24cm średnicy - ja piekłam w foremce kwadratowej 20cmx20cm). Piekłam w temp. 175 stopni Celsjusza przez 30 minut, po upieczeniu posypuję suszonymi płatkami róży pomarszczonej (u mnie mieszanka suszonych kwiatów).

Ciasto niezależnie czy stygnie w piekarniku, czy wyjmiemy je zaraz po upieczeniu delikatnie opada, ma konsystencję musu, bogatego musu czekoladowego o niecodziennym aromacie (u nas nie popękało - może to kwestia kwadratowej foremki o bardzo grubych ściankach i cienkim spodzie, dzięki czemu ciasto nie wspinało się zanadto po brzegach, za to mocno było grzane od dołu. Tak czy siak brownie mają tendencję do opadania i pękania i nie należy się tym zrażać. Taki ich urok!

 

Słodkie ptysie tysiąca i jednej nocy

Składniki:
125 g wody
125 mleka
100 g masła
1 łyżeczka cukru
1/2 łyżeczka soli
150 g mąki (ja zwykle daję tortową)
4 jajka

opcjonalnie:
- 10 g trawy żubrówkowej
- 3 łyżki suszonej lawendy
- 2 łyżki pyłku pszczelego
- 3 łyżki drobno posiekanej skórki z różnych cytrusów, ew. 1 łyżeczka
naturalnego ekstraktu cytrusowego
- oraz 997 innych możliwości

Przygotowanie: Wodę i mleko zagotować na małym ogniu z masłem, solą i cukrem. Gdy zacznie wrzeć, zdjąć z ognia i wsypać mąkę, cały czas mieszając drewnianą łyżką. Po połączeniu w jednolitą masę postawić na średnim ogniu i mieszać ok. 1 -2 minuty, aż na dnie pojawi się nalot. Przełożyć ciasto do miski, miksować mikserem i wlewać po jednym jajku co ok. 2-3 minut, cały czas miksując, stopniowo zwiększając ilość obrotów, ale nie dochodząc do maksimum.

Ciasto przełożyć do worka i wyciskać zamierzone wielkościowo ptysie. Piec w 180 stopniach Celsjusza z termoobiegiem przez ... 10-25 minut, w zależności od ich wielkości. Jeśli chcecie upiec maluteńskie ptysie do zupy, to tylko 5-7 minut.

Aromatyzowanie i łączenie ptysi na 2 kęsy:

Ja robię ptysie na 2 kęsy, tzn. wyciskam je przez worek z końcówką ok. 1 cm licząc powoli do 4-5. Piekę takie ptysie od 17 do 20 minut. Pamiętajcie, by krem do nich zrobić dzień wcześniej i trzyma
w lodówce, nie w zamrażalniku. Dzięki temu będzie miał dobrą konsystencję.

Jeśli chodzi o aromatyzowanie, to:

Ptysie żubrówkowe - 10 g trawy żubrówkowej zalać 250 g wrzątku, zostawić na 12 minut, potem odlać i znów zalać wrzątkiem, i znów zostawić pod przykryciem na 15 minut. Przecedzić odpowiednią ilość przed dodaniem do mleka, zanim zaczniemy robić ptysie.

Ptysie kwiatowe - 2 łyżki pyłku pszczelego rozetrzeć w moździerzu, a potem podgrzać z mlekiem do temperatury 45 stopni, często mieszając. Pozostawić na kilkanaście minut, mieszając od czasu do czasu, aby pyłek się rozpuścił. Przecedzić przed dodaniem do wody, zanim zaczniemy robić
ptysie.

Ptysie lawendowe - 3 łyżki lawendy utrzeć w moździerzu, a potem przesiać. Powinno zostać
ok. 1 1/2-2 łyżek pyłku. Pyłek ten dodać do mąki.

Ptysie anyżkowe - utrzeć w moździerzu anyżek i dodać do mąki.

Połączenia (wypróbowane oraz te wymarzone):
Ptysie żubrówka połączone z morelą/jabłkiem (tzn. mus/dżem z owocu + krem cukierniczy)
Ptysie kwiatowe połączone z wiśnią (wiśnie w syropie lub z nalewki, rozdrobnione + krem cukierniczy)
Ptysie anyżkowe połączone z cytrusowym kremem

A inne ... są niezliczone możliwości: czekolada i mięta/chilli/trufle/pomarańcza, maliny i migdały, róża i kardamon, gruszka i anyż, morela i tymianek, cynamon i kawa, pistacje i miód i wiele, wiele innych. Puśćcie wodze swej wyobraźni!

 

Rozmowa z Magdaleną Mierzwińską, autorką bloga Kuchnia Szczęścia

Od jak dawna Pani bloguje i skąd pomysł na blogowanie?

"Kucharz jest dostawcą szczęścia" powiedział kiedyś Guy Martin. Nie wiedziałam o nim wtedy wiele, ale kiedy usłyszałam to twierdzenie uśmiechnęłam się, gdyż moja kuchnia jest właśnie takim swoistym laboratorium szczęścia. Na dworze może by pochmurno, a w duszy smutno, ale gdy w mieszkaniu rozejdą się pyszne zapachy, wszystko wydaje się bardziej radosne. Na co dzień zmagamy się z życiem i jego niespodziankami, a w kuchni przy garnku ciepłego gulaszu lub pachnących ciastkach znajdujemy azyl od trosk, spędzamy czas w rodzinnej atmosferze, zbierając siły na kolejne dni. Czasem jest mi smutno, czasem tak ciężko, że postawienie kolejnego kroku wydaje się niemożliwe. Nie twierdzę, że gotowanie i dobry posiłek czy przekąska są idealnym lekarstwem na wszystko, ale danie coś z siebie, włożenie swoich sił i zainteresowania w przygotowywaną potrawę, wraca do mnie niosąc radość, zadowolenie i wdzięczność. Nawet najczarniejsze dni, stają się jaśniejsze, gdy z mężem siadamy do wspólnego obiadu, czy przy szklance ciepłej herbaty pałaszujemy babeczki.

I tak postanowiłam otworzy podwoje swojej Kuchni Szczęścia 7 października 2008 roku, gdyż gotowanie stawało się wraz z biegiem lat coraz ważniejszym elementem mojego życia, aż do czasu, kiedy stało się jego niemalże najważniejszą aktywnością. Stąd też pomysł podzielenia się tym. Lubię dawać i dzielić się z innymi, a wspólne siedzenie przy stole to najprostsza i jednocześnie najwięcej wnosząca forma wspólnego przebywania. Nie zawsze jest jednak możliwość, by z bliskimi – rodziną czy przyjaciółmi – spotkać się przy rzeczywistym stole. Za to nawet oddaleni od siebie, możemy poczuć się blisko w wirtualnym kątku jakim jest Kuchnia Szczęścia. Tak było na początku i tak jest cały czas, ale teraz poza rodziną i przyjaciółmi, do wirtualnego stołu siadają ze mną wspaniali ludzie z najróżniejszych części Polski czy świata. Okazja do poznania się, czasem przekształca się również w możliwość poznania się w tzw. „realu”, gdy goszczę u siebie kulinarnie zwariowane bloggerki i bloggerów.

Jaką kuchnię Pani preferuje - gotować i konsumować?

Jednym słowem – szczęśliwą. Nie ważne, czy gotuję polskie, włoskie, francuskie, czy jeszcze bardziej egzotyczne dania, zawsze staram się wykorzystać to, co jest lokalne i sezonowe. Ten trend rozwijał się we mnie stopniowo, podobnie jak i wrażliwość na smaki, ale teraz gdy zimą mam do wyboru truskawki czy bakłażany, które musiały przejechać wiele set kilometrów, wybiorę warzywa korzeniowe, które rolnik sprzedaje na targu, a przechowywał je w skrzynkach jak jego ojciec czy dziad i wcale nie muszę poprzestać tylko na gulaszu. Wiem, że brzmi to może jak "nawiedzenie", ale głęboko wierzę, że to co mamy wokół nas najbardziej pasuje do naszych żołądków. Nie bez przyczyny polska kuchnia pełna jest masła czy śmietany. Potrzebujemy ich w czasie zimy, ale mamy też piękne warzywa i owoce, którymi najbardziej cieszymy się wiosną i latem, jednak i jesienią czy zimą możemy wyciągać je ze spiżarek, czasem po wcześniejszym zamrożeniu a czasem po przerobieniu ich w najróżniejsze przetwory. Więc jeśli mam odpowiedzieć na pytanie, jaką kuchnię preferuję, powiem, że kuchnię miejsca w którym żyję, a ponieważ żyję w Polsce, preferuję kuchnię polską, która ma tak wiele do zaoferowania i w której jest jeszcze wiele do odkrycia.

Skąd czerpie Pani kulinarne inspiracje?

Kulinarne inspiracje przychodziły z czasem. Zaczęło się, gdy po nieudanej operacji kilka lat temu nie mogłam chodzić, a ilość leków jakie brałam otumaniłaby zapewne konia. Leżałam więc z okładami na nodze i oglądałam telewizję bez większego zainteresowania. To był jeden z czarniejszych okresów w moim życiu. Wtedy to skacząc po kanałach, trafiłam na kuchnia.tv – program telewizyjny całkowicie poświęcony kuchni i kilka programów, które dały mi możliwość wykorzystania ogromnych pokładów energii, jakie kumulowały się we mnie. Sama nie wiem, czy zaczęło się od „Pary w kuchni” rodzeństwa Kręglickich czy od „Przekrętów Jamiego”. Wypróbowywałam wszystkie przepisy jakie mogłam zrobić na siedząco i tak z czasem jak po sznureczku poznawałam najróżniejsze kuchnie, autorów książek kulinarnych czy kulinarnych celebrytów. Teraz mam w domu niezliczoną ilość książek kulinarnych i nie mogę powiedzieć, by któraś z nich była najważniejsza. W każdej najbardziej cenię to, co nowego mogę się dowiedzie
o gotowaniu. Poznać nowe techniki, nowe sposoby przygotowania dań czy obchodzenia się ze składnikami. Jak wiele osób podziwiam książki z pięknymi, inspirującymi zdjęciami, ale to wiedza w nich zawarta jest dla mnie najważniejsza. Dlatego pomimo różnych trudnych do zastosowania w domu aspektów, ogromnie cenię obie książki Wojciecha Modesta Amaro, właśnie dlatego, że to dzięki nim nauczyłam się o stosowaniu niskich temperatur czy kreatywnego podejścia do gotowania, ale i o typowo polskich, czasem niemalże zapomnianych składnikach.
Z wielką chęcią sięgam też po książki Ramsay’a czy Jamiego. Tego pierwszego za dokładne instrukcje dotyczące czasu pieczenia, a tego drugiego za inspiracje sezonowością i naukę zarówno o własnym ogrodzie jak i o tym jak przyspieszyć czy uprościć sobie pracę w kuchni.
Jeśli już wymieniam autorów, to nie mogłabym zapomnieć o moich cukierniczych inspiracjach. Słodkie wypieki to dla mnie zwieńczenie kulinarnych dokonań. Choć nie każdy obiad w moim domu kończy się deserem, to przynajmniej raz w tygodniu na stole pojawia się jakaś przemyślana wcześniej słodycz. Czasem typowo polska, czasem inspirowana kuchnią innych krajów, ale zawsze gdy podchodzę do kolejnej receptury zaglądam do Pierre’a Herme czy Micheal’a Roux.
Nie są to wszyscy autorzy, którymi się inspiruję, ale z pewnością Ci do których zaglądam najczęściej. Jest jeszcze Clarissa Hyman i jej „Kuchnia Żydowska” czy książki Hanny Szymanderskiej – skarbnica wiedzy o polskiej kuchni, jest wreszcie wiele książek okołokulinarnych, jak „Sto odcieni bieli”, „Zupa z granatów” czy „La Cucina” … I oczywiście inspiracja, która pojawia się zupełnie spontanicznie, gdy coś zachwyci mnie na blogach u dalszych czy bliższych znajomych. W ciągu tego czasu, gdy sama prowadzę bloga, ilość takich wirtualnych zakątków ogromnie się powiększyła, a wraz z nimi kulinarne inspiracje. Czasem dowiaduję się o ciekawym składniku, czasem o metodzie, czasem o książce, a zawsze czegoś o czyimś spojrzeniu na kuchnię i to dopiero jest niezwykle inspirujące. Bo kuchnia jest w nas, nie na kartach czy kanałach telewizyjnych, ale w naszych rękach, głowach, a przede wszystkim sercach.

Fot. kuchniaszczescia.blogspot.com