Sztuka odchodzenia z pracy

Kobieta z zapaleniem płuc leży w łóżku i myśli z niechęcią o swojej pracy. Ostatnie zmiany kadrowe przyniosły jej nowego przełożonego oraz pozbawiły najlepszych kolegów. Przedtem nie zdawała sobie nawet sprawy jak dużo przyjemności sprawiała jej praca w tym, a nie innym środowisku, z tymi właśnie ludźmi.
/ 02.12.2007 03:10
Kobieta z zapaleniem płuc leży w łóżku i myśli z niechęcią o swojej pracy. Ostatnie zmiany kadrowe przyniosły jej nowego przełożonego oraz pozbawiły najlepszych kolegów. Przedtem nie zdawała sobie nawet sprawy jak dużo przyjemności sprawiała jej praca w tym, a nie innym środowisku, z tymi właśnie ludźmi.

W nowych warunkach szybko oskarżono ją o brak współpracy i musiała, jak kryminalista, uciekać. Koniec był drastyczny, bolesny i trudny, ale pchnął ją do zastanowienia się nad tym, czego naprawdę pożądała w życiu zawodowym. Zebrała sie w sobie i zaczęła przyjmować zlecenia jako wolny strzelec, bo podświadomie czuła, że pragnie być swoim własnym szefem. Dziś odnosi sukcesy jako niezależny trener przedsiębiorców.

To tylko jedna z wielu tysięcy historii, w których koniec, jest początkiem nowego, lepszego, bardziej świadomego rozdziału w życiu. Rezygnacja z pracy, zwłaszcza gdy nasze nazwisko nie figuruje w notesach wszystkich znaczących head-hunterów jest jednak posunięciem trudnym i często ze strachu lub niewiary we własne siły, po prostu z niego rezygnujemy. Istnieje wszak sporo teorii i sprawdzonych sposobów jak podjąć ryzyko i wykorzystać szansę na rozwój, lepsze pieniądze, mniej stresu.

Każdy koniec, jakkolwiek bolesny, jest dla nas okazją do cennej nauki. Ważne jest jednak, aby stanąć twarzą w twarz ze stratą – uciekanie przed bólem za wszelką cenę nie rozwiąże naszych problemów i nie pomoże nowym początkom.

Zasadniczo są dwie kategorie ludzi – jedni, męczą się w nielubianej pracy, inni po pierwszych niepowodzeniach czy rozczarowaniach, szybko się odcinają i szukają nowej kariery. Każde z tych ekstremum niewątpliwie jest problemem.

Ludzie palący za sobą mosty szukają zwykle definitywnych jednoznacznych odpowiedzi. Wolą zostać wyrzuceni na bruk niż żyć z dnia na dzień w niepewności. To charaktery preferujące porządek i przewidywalność, wykazujące stosunkową łatwość w podejmowaniu decyzji. Niemniej jednak, w perspektywie czasu, wiele z tych nagłych posunięć może okazać się przedwczesnymi. W złożonych relacjach międzyludzkich na gruncie zawodowym, na wypracowanie metod harmonijnej kooperacji i komunikacji potrzeba czasu, podobnie jak na wykazanie się swoimi możliwościami i zdobycie niezależności oraz odpowiedzialności, o jakich marzymy.

Z drugiej strony, szanse marnują często także ci, którzy unikają podejmowania decyzji w ogóle. Czy to z lenistwa, czy niewielkiej odporności na sytuacje stresowe, czy też po prostu ze strachu przed zmianą, pozostają oni w niekomfortowych, często bardzo uciążliwych, ale „swojskich” układach. To osoby, które nie zakończą nudnej rozmowy, aby nie wprawić rozmówcy w zakłopotanie.

I choć opisane typy są zupełnymi charakterologicznymi przeciwieństwami, bardzo często dochodzą do tej samej sytuacji patowej – nie potrafią zyskać na nowym rozpoczęciu. Działając mechanicznie, bez skonfrontowania swoich uczuć i głębszych motywacji, nie mają szans na wyciągnięcie nauczki z zakończenia niesatysfakcjonującej pracy.

Psychologowie mówią o fenomenie obawy przed „wędrówką po pustyni”, czyli znalezieniem się poza dotychczasową codziennością, a nowym porządkiem rzeczy. Zamiast jednak chwytania się pierwszej lepszej nowej oferty, specjaliści radzą, aby jak najlepiej wykorzystać ten pełen okazji okres: zadać sobie ważne pytania, zmienić sposób myślenia o sobie i świecie na bardziej szeroki i elastyczny.

Oprócz wewnętrznego nastawienia do odejścia z pracy, ważna jest również, wbrew pozorom, jego „choreografia”. Czy zdecydujemy się na wyciskającą łzy w oczach mowę z biurka, czy też wymkniemy po cichu tylnymi drzwiami, ważne aby nie palić za sobą mostów. Jakkolwiek dużo bólu, frustracji czy gniewu możemy mieć w sobie na szefa, kolegów czy podwładnych, nie warto wylewać ich z siebie jako ostatni akord naszej obecności w biurze.

Zamiast tej emocjonalnej zemsty, która pozostawi po nas niesmak i nikomu nie pomoże, lepiej przeprowadzić z szefem czy kolegami spokojną uczciwą rozmowę, przedstawiając swoje zastrzeżenia i obserwacje. Nie zapominajmy, że opinia z poprzedniego miejsca pracy bywa często ważnym kryterium oceny przy procesie rekrutacji, zaś danie niesprawiedliwemu szefowi-tyranowi kilku racjonalnych argumentów do przemyślenia, może poprawić atmosferę w miejscu, które opuszczamy.

Wreszcie, jeśli nawet cały proces odejścia był jedna wielką gehenną, najlepszym sposobem, aby przejść nad nim do porządku dziennego jest podsumowanie zysków: mniej nerwów, dłuższe godziny snu, nowi koledzy, większa swoboda, lepsza lokalizacja, ciekawsza praca, smaczniejsze obiady w okolicy – każda zmiana niesie ze sobą olbrzymi potencjał „plusów”. Pamiętajmy zaś nade wszystko, że znacznie częściej żałuje się rzeczy, których się nie zrobiło, niż czynów dokonanych!

Agata Chabierska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)