POLECAMY

Dzięki pracy uwierzyłam w siebie

"Przez 20 lat nie czułam się inna, dopiero gdy zaczęłam szukać pracy, zrozumiałam, że moja niepełnosprawność to przekleństwo"
Dzięki pracy uwierzyłam w siebie fot. KOSMA
Przez dziesięć lat Monika bezskutecznie szukała pracy, bo wszyscy większą uwagę zwracali na jej niepełnosprawność niż na umiejętności. Dopiero po szkoleniu współfinansowanym z Funduszy Europejskich dostała pierwsze wymarzone zajęcie.

Już od progu słychać jej pełen radości głos i pytania. Mnóstwo pytań, którymi zasypuje koleżanki. Gdy jednak trzeba przypomnieć sobie dokładną datę podpisania umowy czy wysłania listu z ważnym ubezpieczeniem, każda zgłasza się do niej. Bo 32-letnia Monika Barska jest nie tylko dociekliwa i skrupulatna, ale ma też fenomenalną pamięć.

– Bez niej byśmy sobie nie poradziły – twierdzą pracownice wrocławskiej firmy ubezpieczeniowej, w której zatrudniona jest Monika. Kiedy po trzech miesiącach stażu, szefowa „Mady” Elżbieta Czerwonogóra zapytała je, czy chcą, by Monika z nimi została, usłyszała, że nie wyobrażają sobie lepszej koleżanki. – W takich sytuacjach zawsze zasięgam opinii zespołu – mówi pani Elżbieta. – Ja jestem w biurze tylko przez chwilę, podpisuję dokumenty i jadę do kolejnych klientów, a dziewczyny zostają na miejscu i powinny czuć się ze sobą dobrze, więc to one musiały zaakceptować Monikę. I tak się też stało...

Dziewczyna aż promienieje, słysząc te słowa. Jeszcze niedawno sądziła, że jej życie nie ma sensu i oprócz bliskich nikomu na niej nie zależy. Wszystko zmieniło się po projekcie „Praca bez barier” realizowanym przez Centrum Integracji Społecznej we Wrocławiu, współfinansowanym z środków unijnych.

Bo zniechęcę klientów...


Monika Barska od urodzenia cierpi na zespół trzaskającego biodra, co objawia się przeskakiwaniem stawów biodrowych i kolanowych oraz potwornym bólem. Przeszła już sześć operacji. Z powodu ostatniej przerwała studia z marketingu i zarządzania. Z wykształcenia jest więc technikiem gastronomem, ale to praca, której z powodu inwalidztwa wykonywać nie powinna.

– Nie mogę długo stać ani chodzić bez kul – mówi Monika, ale w jej głosie nie słychać żalu. – Nauczyłam się żyć ze swoim schorzeniem. Miałam roczek, kiedy pierwszy raz na kilka tygodni trafiłam do szpitala.

– Wraz z tą chorobą pojawił się u niej zespół złego wchłaniania – wspomina jej mama Małgorzata Barska. – Nie mogła jeść. Próbowałam wszystkiego: odstawiłam mleczne produkty, stosowałam dietę bezglutenową, ale to nie pomagało. Lekarze analizując jej wyniki, obawiali się, że umrze, lecz poznawszy ją, stwierdzili, że nie widzieli jeszcze tak żywotnego dziecka.

Monika o swej niepełnosprawności mówi jak o stanie naturalnym, bo tak była traktowana przez rodzinę, znajomych czy nauczycieli. Gdy jednak zaczęła szukać pracy zrozumiała, jak bardzo się myliła. – Przez dziesięć lat wysłałam niezliczone ilości podań i życiorysów. Pracodawcy owszem umawiali się ze mną na rozmowy, ale wycofywali się, gdy przychodziłam o kulach. Tłumaczyli, że łatwo mogę się przewrócić lub zniechęcić klientów. I nigdy nie oddzwaniali.

Chciałam wyjechać, aby móc godnie żyć


Z każdym rokiem traciła wiarę w siebie. Nie pobierała renty, uważając, że są ludzie bardziej poszkodowani przez los. Chciała być samodzielna. Nie wyobrażała sobie życia na koszt rodziców, więc zarejestrowała się
w urzędzie pracy. Przeglądała oferty, chodziła na spotkania z doradcą zawodowym, skończyła kurs komputerowy, ale niczego to nie zmieniło.

– Miałam chłopaka, Mariusz był pół Włochem, pół Polakiem. Widział, że chodzę przybita i zaproponował, żebyśmy wyjechali i we Włoszech poszukali zajęcia. Ale zanim tak się stało, zginął potrącony przez pijaną kobietę...
Długo nie mogła się otrząsnąć. A gdy jeszcze brat Mariusza pokazał jej pudełeczko z zaręczynowym pierścionkiem, pytając, co ma z nim zrobić, bo ukochany nie zdążył się jej oświadczyć, załamała się na dobre. – Cierpiała, a ja nie umiałam jej pomóc. Nie znajdowałam słów, którymi mogłabym ją pocieszyć – wspomina pani Małgosia. – Pomyślałam, że tylko praca może ją wyrwać z tego stanu.

Przypadkowo wpadła jej w ręce gazeta z ogłoszeniem o szkoleniu aktywizującym zawodowo osoby niepełnosprawne organizowanym przez Centrum Integracji Społecznej. Było całkowicie bezpłatne, bo współfinansowane
z Funduszy Europejskich. Monika jakby tylko na to czekała, lecz gdy na miejscu zobaczyła tłum chętnych, przeraziła się, że znowu odeślą ją z kwitkiem. – A jednak się dostałam! – uśmiecha się. – Przez dwa miesiące codziennie przyjeżdżałam na zajęcia ze specjalistami, a potem zostałam skierowana do pracy, którą znaleźli dla mnie pracownicy Centrum. I tak trafiłam pod skrzydła pani Elżbiety.

Miała 31 lat, gdy przekraczała próg swojej pierwszej pracy. Na pytanie, czy bardzo się stresowała, zamiast Moniki odpowiada jej mama: – To ja bardziej przeżywałam! Ona była przekonana, że sobie poradzi, jeśli tylko pozwolą się jej wykazać. – Miałam tylko jeden problem – przyznaje Monika. – Musiałam nauczyć się pracy w zespole. I nie zadręczać koleżanek pytaniami w momencie, gdy nie mają czasu, żeby na nie odpowiedzieć, tylko poczekać i wrócić do tematu w odpowiednim momencie.

W firmie Monika odpowiada za korespondencję z ubezpieczonymi. Dba, aby każda umowa doszła na czas, nim włoży ją do koperty sprawdza dane i podpisy, aktualizuje adresy. – Wystarczy jeden błąd i możemy stracić zaufanie klientów, ale przy Monice mogę spać spokojnie – mówi jej szefowa. – Wiem, że sprawdza wszystko po sto razy i woli zapytać, niż miałaby się pomylić. Taki pracownik to skarb – i zaraz dodaje: – Nie rozumiem tych, którzy dzielą świat na chorych i zdrowych. Dla mnie nie liczy się wygląd, ale to czy ktoś jest dobrym i uczciwym człowiekiem.

Dlatego pani Elżbieta po wysłuchaniu opinii zespołu przedłużyła Monice umowę na czas nieokreślony. Dziewczyna o swoim sukcesie powiadomiła wszystkich, także znajomych, z którymi nie rozmawiała od lat. – Dawno nie widziałam jej tak szczęśliwej – wspomina jej mama. – I pewnej siebie! – dodaje Monika. – Nie tylko dostałam się na staż, ale nadal pracuję w tej samej firmie i to już półtora roku!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/3 lata temu
Podziwiam Monikę w jej dążeniu do upragnionej "normalności " i życzę dalszych sukcesów nie tylko w pracy, ale również w życiu osobistym. Jednak w całej tej historii trudno mi jest uwierzyć w pracodawcę, ponieważ znam osobiście tą osobę, wydającą się być szczerą a przede wszystkim uczciwą, a oczy sama mówi. Była dla mnie znajomą, która licząc na moje dobre serce uraczyła mnie swoją smutną historią o prywatnym życiu i problemach. Rozwiązaniem miała być gotówka, na którą wziełam naiwna kredyt na ponad 3 lata. Zapewniana była, że w kilku ratach kredyt zostanie spłacony i wszystkie jego koszty. I zaczęły się schody ze spłacaniem już od pierwszej raty. Prośby o spłaty były naprawdę upokarzające, tym bardziej że sama od lat wychowuję syna, o czym wiedziała p.Czerwonogóra. Niestety kredyt jest tylko w połowie spłacony, bank nachodzi i upomina mnie, a przez telefon dostaję tylko odpowiedź, że ta ani mnie nie zna i nie wie o co chodzi. Mój płacz, zaciskanie pasa abyć mieć za co żyć z synkiem aby spłacić zobowiązanie tej Pani nie wzrusza, wręcz przeciwnie pokazuje się jako uczciwy i pełen wyrozumiałości pracodawca, a przede wszystkim człowiek z wielkim sercem. Szkoda tylko, że krzywda ludzka nie idzie w parze ze spłatą swoich zobowiązań, a tylko reklama na innych potrzebujących. Moniko, życzę Ci powodzenia i szczęścia, ale uważaj na ludzi, pod przykryciem sztucznego uśmiechu i słów (które ja też otrzymywałam gdy brałam kredyt), jest człowiek obłudny i fałszywy.