Bogactwo tylko dla bogatych

Bogactwo tylko dla bogatych

Jak najszybciej się wzbogacić? Zostań pisarzem, sportowcem, inżynierem. Uważaj przy tym, by zainwestować w zawód, którego nie da się wyeksportować do Azji.
/ 25.01.2011 13:31
Bogactwo tylko dla bogatych
Wyobraź sobie dwa bardzo zamożne światy – różniące się tylko miejscem, w którym mieszkasz. W świecie A wszyscy twoi sąsiedzi mają 100-metrowe domy, a ty – i tylko ty – 200-metrowy. W świecie B sąsiedzi mieszkają w pałacach o powierzchni 500 metrów kwadratowych, a ty żyjesz w mniejszym, 400-metrowym domu.
W którym z tych światów wolałbyś (czy wolałabyś) żyć? Takie pytanie zadał reprezentatywnej grupie Amerykanów profesor Robert H. Frank, ekonomista z renomowanego Cornell University. Frank mówił badanym, że w obu światach mają dość pieniędzy na utrzymanie swojej rezydencji. Teoretycznie odpowiedź powinna więc być prosta, bo większy dom jest wygodniejszy. Przytłaczająca większość respondentów profesora Franka wolałaby jednak żyć w mniejszym domu, pod warunkiem że wszyscy sąsiedzi mieliby jeszcze mniejsze.

Co ciekawe, odpowiedź na podobne pytanie – ale dotyczące nie domów, tylko wakacji – była odwrotna. Ludzie zawsze wybierali dłuższe wakacje. Nie obchodziło ich, że sąsiedzi mogą wypoczywać dłużej.
Dla profesora Franka – specjalisty od "antropologii bogactwa", czyli badania stylu życia bogatych i ich wpływu na społeczeństwo – różnica była oczywista. Wakacje spędzamy samotnie (albo z rodziną). A domy czy samochody są pionkami w społecznej grze o status. Są widoczne dla każdego. Nieustannie porównujemy to, co mamy, z tym, co mają inni. Jak przekonuje Frank, przyjemność z posiadania drogiego samochodu płynie ze świadomości, że innych na niego nie stać, a dopiero w drugiej kolejności z tego, że ładnie wygląda i szybko jeździ.
Co w tym złego? To, że w ten sposób, chcąc nie chcąc, wchodzimy w konsumpcyjny "wyścig zbrojeń". Nieustannie przesuwa się granica tego, co przeciętni ludzie uważają za godziwy poziom życia. W PRL było to M-4 w bloku; w IV RP to dom pod miastem i samochód. W takim wyścigu – przekonuje Frank – ogromna większość z nas jest skazana na frustrującą porażkę. Bo bogatych coraz trudniej doścignąć.

30 września 2005 roku do londyńskiego klubu Aviva przyszło 10 bankierów inwestycyjnych. Oblewali premie, które właśnie wypłacono im w City. Kiedy do klubu weszła znana aktorka, jeden z nich postanowił jej zaimponować: wyciągnął czarną kartę American Express (najbardziej ekskluzywna odmiana, opłata roczna 2,5 tysiąca dolarów), położył ją na barze i powiedział barmanowi, że wszyscy piją na jego rachunek – do rana. Drogi szampan lał się strumieniami. Rachunek za szampana, jedzenie i 851 drinków wypitych przez gości wyniósł ponad 36 tysięcy funtów. Kelnerka dostała 3 tysiące funtów napiwku. Bankier wydał jednak tylko niewielką część z 3 milionów funtów premii... O takich rachunkach w londyńskich restauracjach i klubach gazety piszą kilka razy do roku. W 2001 roku w restauracji Petrus sześciu bankowców zapłaciło 45 tysięcy funtów za wino w czasie lunchu (najdroższe, Chateau Pétrus Pomerol rocznik 1947, kosztowało ponad 12 tysięcy za butelkę). Rekordowy rachunek za jedzenie i picie – ponad 100 tysięcy funtów – zapłacił w tym roku biznesmen z Dubaju, który przyleciał do Londynu prywatnym samolotem na zakupy i zaprosił na kolację grupę przyjaciół. Opróżnili piwnicę z najdroższych win i szampanów.
Na takie konsumpcyjne ekscesy stać tylko najbogatszych, bo przede wszystkim oni zyskują na światowej prosperity ostatnich lat (w tym roku gospodarka światowa urosła blisko o 6 procent). Ekonomiści są zgodni: we wszystkich krajach rozwiniętych średnie płace stoją w miejscu – albo spadają – a bogacą się przede wszystkim najbogatsi. Najjaskrawszym przykładem są Stany Zjednoczone. Na konta jednego procenta najbogatszych Amerykanów trafiło 8,2 procent dochodu narodowego w 1980 roku i 17,4 procent w 2005 roku. Najwięcej zyskało górne 0,1 procent – ścisła elita.
Współczesne fortuny przyćmiewają majątki dawnych krezusów, choć historykom bardzo trudno jest policzyć dochody ludzi, którzy żyli w dalekiej przeszłości. I to nie tylko dlatego, że mają mało wiarygodnych źródeł. Bo jak oszacować dochody ludzi, którzy pieniędzy używali bardzo rzadko albo wcale? Średniowieczny pan feudalny mógł dostawać daninę w postaci zwierząt czy zboża, a także pracy swoich chłopów.

Takich kłopotów jest więcej. Przykładowo, jak podają Philip Hoffman, David Jacks, Patricia Levin i Peter Lindert – historycy i ekonomiści z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis – pomiędzy 1500 a 1790 rokiem ogromnie wzrosła cena zbóż i chleba, czyli podstawowego pożywienia biednych.
To oznacza, że realnie ich koszty życia wzrosły, a więc przepaść pomiędzy biednymi i bogatymi wzrosła. Z uwzględnieniem wszystkich zastrzeżeń historycy szacują – z dużym przybliżeniem – że różnica w dochodach pomiędzy górnym 10 procent Anglików (nie Brytyjczyków!) a dolnym 40 procent wynosiła pomiędzy XVI a XVIII wiekiem od 14 do 22 razy. Kilkaset lat później, w 1894 roku magnat naftowy John D. Rockefeller, najbogatszy Amerykanin, zarobił 1,25 miliona dolarów (ówczesny dolar był dużo więcej warty niż dzisiejszy). Była to równowartość dochodu siedmiu tysięcy przeciętnych obywateli USA. W 2006 roku John Simons, zarządca funduszu inwestycyjnego na Wall Street, zarobił 1,7 miliarda (1700 milionów!) dolarów, czyli tyle, ile 38 tysięcy jego statystycznych rodaków. Równocześnie od ponad 30 lat realna średnia płaca – po uwzględnieniu inflacji – rosła średnio blisko jeden procent rocznie.
"Niemieccy bogacze stają się bogatsi, a niemieccy superbogacze – superbogatsi" – piszą Stefan Bach, Giacomo Corneo i Viktor Steiner z Deutsches Institut für Wirtschaftsforschung w Berlinie. Jedna trzecia Niemców utrzymuje się z wysokich emerytur i "socjalu" i tylko dlatego nierówności dochodów nie osiągnęły jeszcze amerykańskich rozmiarów. W ręce 10 procent najlepiej opłacanych Niemców trafia jednak 40 procent wszystkich pieniędzy wypłacanych jako pensje. "Dolna połowa" niemieckich pracowników dostaje zaledwie 3 procent płacowego tortu. Co więcej, ekonomiści zastrzegają, że dane, z których korzystali, są niepełne i prawdopodobnie... zaniżyli dochody najbogatszych, bo trudno na przykład dokładnie policzyć zyski z międzynarodowych operacji finansowych.
"Jak co roku pragniemy zwrócić uwagę na to, że w Polsce następuje coraz większe rozwarstwienie wynagrodzeń" – pisał w styczniu Kazimerz Sedlak, autor corocznego raportu o zarobkach Polaków z portalu Wynagrodzenia.pl. W przeciętnym polskim przedsiębiorstwie pensja dyrektora równa się dziesięciu pensjom szeregowych pracowników. Pensje rosną wszystkim – ale najszybciej menedżerom i specjalistom. W Polsce – jak na całym świecie – to przede wszystkim w ich ręce trafiają owoce wzrostu gospodarczego.


Zarobki elity wystrzeliły w górę z kilku powodów. Alex Tabarrok, profesor ekonomii w George Mason University i autor popularnego ekonomicznego bloga Marginalrevolution.com, tłumaczy pierwszy z nich, porównując dochody Homera, Szekspira i Joanne K. Rowling, autorki cyklu książek o Harrym Potterze. Wszyscy troje odnieśli ogromny rynkowy sukces i należeli do najsławniejszych artystów w swoich czasach (Tabarrok nie twierdzi, że "Harry Potter" to równie wybitne dzieło jak "Odyseja" – nie o to jednak w tym zestawieniu chodzi).
Technologiczny postęp spowodował, że krąg odbiorców książek Rowling jest znacznie większy niż krąg odbiorców Homera 3 tysiące lat temu czy Szekspira 500 lat temu. Ślepy poeta mógł wyrecytować swój epos kilkudziesięciu osobom przy ognisku. Szekspir zarabiał na druku swoich sztuk i był współwłaścicielem teatru The Globe, który prawdopodobnie mieścił jednorazowo jakieś trzy tysiące widzów. Rowling sprzedaje swoje książki w milionach egzemplarzy na całym świecie (co wcześniej nie było technicznie możliwe), jej prawa autorskie są zwykle chronione (tego nie było w czasach Szekspira, którego sztuki mógł bezkarnie przedrukowywać każdy), a ponadto zarabia krocie na filmach i gadżetach związanych z Harrym. Nic dziwnego, że jest pierwszą pisarką w historii, która zarobiła na swoich książkach ponad miliard dolarów.
Taki sukces ma jednak istotną cenę. W starożytnej Grecji za życia Homera mogło być wielu równie popularnych jak on poetów: jego rynek, jak powiedziałby ekonomista, był ograniczony do jednego, a najwyżej kilku miast-państw. Europa mogła utrzymać wielu równie sławnych artystów jak Szekspir – jego rynkiem była Anglia, a nie Francja czy Hiszpania. Sukces Rowling jest globalny – rynkiem zbytu jej książek jest cały świat. Dlatego nikt jej nie dorówna. Dopiero w przyszłości inny sławny pisarz może ją zdetronizować.
Mamy „gospodarkę gwiazd”. Coraz więcej dzieli "wygranych" nie tylko od przegranych, ale także od przeciętnych. Ten sam mechanizm dotyczy nie tylko gwiazd filmowych, muzyków lub sławnych sportowców, lecz również wybitnych uczonych, sławnych intelektualistów czy korporacyjnych menedżerów. Podobnie jest z firmami – niemal w każdej branży coraz większy dystans dzieli liderów od przeciętniaków.

Pensje przeciętniaków rosną powoli, jeśli w ogóle, także dlatego, że trzyma je w szachu globalizacja. Zawody rzemieślnicze i robotnicze, które kiedyś w bogatych krajach zapewniały w miarę stabilne życie, migrują do Azji albo w ogóle stają się zbędne (Azjaci produkują buty tak tanio, że ich naprawianie traci sens, więc zawód szewca w Polsce zanika). W styczniu 1914 roku Henry Ford z dnia na dzień podniósł dwa razy pensje robotnikom we wszystkich swoich fabrykach. Konserwatywny "Wall Street Journal" oskarżył go, że "przenosi ewangeliczne zasady do świata, do którego nie należą". Reporter "New York Timesa" zapytał go, czy został socjalistą. Ford chciał, żeby robotników było stać na samochody, które produkują (sławny "model T" pracownicy mogli wówczas kupić na raty). W latach 60. robotnicy z fabryk pod Detroit należeli do klasy średniej: stać ich było na przyzwoite domy, samochody i studia dla dzieci.
Te czasy już dawno minęły. Od 35 lat realne zarobki w fabrykach Forda utrzymują się jednak na tym samym poziomie – około 15 dolarów za godzinę (uwzględniając inflację). W dodatku fabryk jest coraz mniej – w zeszłym roku koncern ogłosił, że zamknie 11. Ford, jak wiele innych przemysłowych gigantów, zwalnia pracowników i tnie koszty socjalne. O podwyżkach nikt tam nie marzy. Powód jest prosty: azjatyccy konkurenci produkują tańsze, a często też lepsze, samochody. Chociaż Amerykanie kupują średnio półtora miliona samochodów miesięcznie, coraz większa część z nich jest produkowana za granicą, głównie w Azji.

W tanich krajach chętnie produkują także polskie firmy.
Wittchen, producent luksusowej galanterii skórzanej (między innymi portfeli), od 1996 roku zlecał produkcję w Chinach. W 2002 roku był już głównym odbiorcą zatrudniającej 700 osób fabryki. Polscy producenci odzieży – tacy jak LPP (Reserved) czy Atlantic – od lat szyją ją w Chinach i Indiach.
Amerykańskie czy europejskie firmy zyskują, przenosząc produkcję do Chin. Ich klienci mogą kupić tańsze towary. Z drugiej strony robotnicy amerykańscy, niemieccy czy polscy muszą konkurować z chińskimi, którzy pracują dużo taniej. Ich pensje więc stoją w miejscu albo spadają.
Coraz więcej zarabiają za to specjaliści i menedżerowie, bo to oni, a nie robotnicy, są najcenniejsi dla nowoczesnych korporacji. Apple, producent kultowych komputerów Mac, iPodów i telefonu iPhone (na razie dostępny tylko w Ameryce), nie ma własnych fabryk – produkcję w całości zleca firmom z Chin i Tajwanu. Na każdym pudełku Apple można znaleźć jednak dumny napis "Designed in California". Polski Wittchen swoją galanterię projektuje w podwarszawskich Łomiankach, gdzie mieści się centrala firmy.
Ogromne zyski Apple – 818 milionów dolarów w trzecim kwartale 2007 roku (ostatni, za który dane są dostępne) – wypracowują przede wszystkim inżynierowie i marketingowcy. Tajwańczycy co prawda produkują iPody, ale zarabiają na tym mało. Większość zysku trafia do amerykańskiej centrali. Firma analityczna iSuppli szacuje, że wyprodukowanie sprzedawanego za 599 dolarów w USA iPhone kosztuje 264,85 dolara – i w tym mieści się kilkanaście dolarów zysku chińskiego producenta. Reszta trafia do Apple.

Naj-naj-najbogatsi zyskali najwięcej na boomie ostatnich lat. To także najlepiej widać w Stanach Zjednoczonych. Do kieszeni górnego 1 procenta Amerykanów wpływa 19,5 procent sumy dochodów w całej gospodarce. Połowę z tego zagarnia elita elity – 0,1 procent.
Kim są ci ludzie? W jaki sposób zarabiają tak dużo? To przede wszystkim menedżerowie najwyższego szczebla, bankierzy, szefowie funduszy inwestycyjnych i giełdowi gracze. Dla nich pensja to tylko niewielka część dochodu – o ile w ogóle mają pensję. Steve Jobs, charyzmatyczny szef Apple, zarabia jednego dolara rocznie, ale ma możliwość kupowania akcji firmy po bardzo niskiej cenie. Poza tym jest liczącym się akcjonariuszem Apple. Jeżeli cena akcji rośnie, rośnie też majątek Jobsa, szacowany w styczniu na 4,9 miliarda dolarów.


Astronomiczne zarobki mają także szefowie funduszy inwestycyjnych, dostają bowiem prowizję od operacji finansowych, które wykonują na rzecz udziałowców. 25 najlepiej opłacanych zarobiło w 2006 roku aż 14 miliardów dolarów. To więcej niż cały produkt krajowy – suma wszystkich towarów i usług – wytworzony przez wiele biednych krajów, na przykład Jordanię lub Urugwaj. Dla porównania: cały polski PKB w 2006 roku to 337 miliardów dolarów. Średnio każdy z tych menedżerów przyniósł do domu 570 milionów dolarów. Rok wcześniej – 362 miliony.
W branży finansowej również tylko najlepsi świetnie zarabiają. Tuż przed Gwiazdką 2006 roku potężny bank inwestycyjny Goldman Sachs odnotował rekordowy zysk (9,6 miliarda dolarów) i ogłosił, że wypłaci rekordowo wysokie premie. W sumie każdy z jego 26 467 pracowników zarobił średnio 623 418 dolarów. Według nieoficjalnych informacji każdy z kilku najlepszych maklerów zabrał do domu ponad 100 milionów dolarów premii. Kiedy ujawnił to brukowiec "The New York Post", sprzątacze w biurach banku, którzy od kilku lat nie dostali podwyżki, zagrozili strajkiem.
Dlaczego ludzie, którzy nic nie produkują (ale też nie piszą książek jak Rowling i nie są właścicielami wielkich firm jak Jobs), zarabiają tak wiele? Konserwatywni ekonomiści, między innymi Gary Becker z Uniwersytetu w Chicago, laureat Nagrody Nobla i autor znanego ekonomicznego bloga
(http://www.becker-posner-blog.com), sądzą, że bankierzy, inwestorzy i giełdowi spekulatorzy odgrywają bardzo ważną społeczną rolę: umożliwiają maksymalnie efektywne wykorzystanie kapitału w gospodarce. To tak, jakby wprawiali jej krew w żywszy ruch, pilnowali, żeby żadna czerwona krwinka nie pozostała bezczynna i żeby dopłynęła w to miejsce organizmu, w którym jest najbardziej potrzebna. Bardziej lewicowi ekonomiści, tacy jak Paul Krugman z Princeton, sądzą jednak, że zarobki rekinów finansjery wymknęły się spod kontroli i że może bankierzy pracowaliby równie wydajnie, gdyby płacić im nieco mniej. Na razie jednak tabloidy mogą się rozpisywać o ekscesach superbogaczy. Kiedy 13 lutego Steve Schwarzman, prezes firmy inwestycyjnej Blackstone Group, obchodził 60. urodziny, wydał ponad 3 miliony dolarów. Gościom przygrywał Rod Stewart. Drogo? Dla Schwarzmana, który w 2006 roku zarobił blisko 400 milionów dolarów, to mniej więcej dwie dniówki.

Od lat 40. do 70. na Zachodzie to dochody najbiedniejszych rosły szybciej niż dochody najbogatszych. Być może była to po prostu historyczna anomalia, a dziś, kiedy klasa średnia topnieje, a krezusi zostawiają wszystkich pozostałych daleko w tyle, wszystko tylko wraca do normy.
Do takiego wniosku można dojść, czytając głośną książkę profesora Gregory’ego Clarka, historyka ekonomii z University of California w Davis – jego "Pożegnanie z jałmużną" ("A Farewell to Alms"), które ukazało się w USA w lipcu, natychmiast wywołało sensację. Clark ponad 20 lat badał stare dokumenty handlowe i podatkowe w brytyjskich archiwach, próbując zrekonstruować poziom dochodów i liczbę ludności w Anglii w latach 1200–1800, a więc przed rewolucją przemysłową.
Potwierdziło się to, co historycy ekonomii podejrzewali: przez stulecia gospodarka brytyjska tkwiła w tak zwanej pułapce maltuzjańskiej. Działał mechanizm opisany na początku XIX wieku przez pastora Malthusa. Był on przekonany, że biedni będą żyli zawsze na granicy śmierci głodowej, bo ich liczebność regulowały klęski głodu. Kiedy rolnictwo stawało się bardziej produktywne, biedacy rozmnażali się do momentu, w którym znowu przestawało starczać pożywienia. Malthus był pesymistą – uważał, że opisał mechanizm, który skazywał ogromną większość ludzkości na wieczną wegetację w nędzy.
Miał prawo tak myśleć. W 1846 roku wielki głód w Irlandii zabił półtora miliona ludzi, a w czasach Dickensa, pod koniec XIX wieku, codziennie w Londynie umierało z głodu kilku biedaków. Działo się to w najbogatszym wówczas kraju świata!
Dopiero rewolucja przemysłowa rozmnożyła dobrobyt w sposób wcześniej niewyobrażalny i sprawiła, że Anglia – a za nią reszta krajów rozwiniętych – wyrwała się z maltuzjańskiej pułapki. Dla naszych pradziadków i prapradziadków oczywiste jednak było życie w społeczeństwie, w którym bogactwo jest skoncentrowane w rękach małej grupy.

Nie ma powodu, żeby to się nie powtórzyło, chociaż jesteśmy w o tyle lepszej sytuacji, że dziś mieszkańcy krajów rozwiniętych mają większą szansę umrzeć z przejedzenia niż z głodu. Na wysoki poziom życia w krajach bogatych nie pracują już bowiem masy wykwalifikowanych robotników w fabrykach, jak 40 lat temu, tylko nieliczni inżynierowie i biznesmeni. Nic zaskakującego, że bogactwo koncentruje się w ich rękach.
Jak w takim świecie planować karierę? Po pierwsze – nie licz na to, że ze zwykłej pensji nauczyciela, lekarza czy wykwalifikowanego robotnika będziesz mógł żyć na poziomie prawdziwej klasy średniej. Dom pod miastem i dwa samochody w przewidywalnej przyszłości będą poza zasięgiem większości z nas – inaczej niż w Niemczech czy w Stanach lat 60.
Odważni mogą próbować "wyskoczyć poza skalę", czyli wyjść z grupy tych, którzy dostają pensje, i przeskoczyć do elitarnej grupy tych twórczych specjalistów – programistów, pisarzy, aktorów, sportowców, inżynierów – którzy są tak wyjątkowi, że ich pracę wycenia się na wyjątkowych zasadach.
Na wyjątkowość recepty jednak nie ma. Mniej skłonni do ryzyka mogą próbować wejść w małe grupy specjalistów, w których konkurencja wewnętrzna – czyli presja na obniżenie płac – jest mała. Pracodawca zawsze zapłaci ci tak mało, jak tylko będzie mógł, bo inaczej zje go konkurencja.
I jeszcze jedno – warto zainwestować w zawód, którego nie da się łatwo wyeksportować do Azji.

Janina Karpińska/ Przekrój
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/20.09.2007 16:59
SUPER ZE SA LUDZIE BOGACI JA ICH PODZIWIAM I CIESZE SIE ZE IM NIE BRAKUJE NAPEWNO DOSZLI DO WSZYSTKIEGO CIEżKA PRACA I NALEZY IM SIE JA BUDUJE DOM Z JEDNEJ PENSJI NIEJESTEM BOGATA ALE CHCIAłABYM MOZE MI SIE POSZCZESCI I SKONCZE LEPIC SWOJE GNIAZDKO POWODZENIA ZYCZE WSZYSTKIM BOGATSZYM ODEMNIE I POZDRAWIAM