Izabela Kielczyk psycholog biznesu, certyfikowany coach ICC, Ypsilon Media Sp. z o.o. fot. Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta

Po pracę bieg z przeszkodami

Praca ważna rzecz. Ale żeby ją dostać, trzeba się uzbroić w cierpliwość oraz odporność na widzimisię pracodawcy. Dumę schować do kieszeni, a poczucie humoru rozciągnąć jak gumę do żucia.
/ 31.07.2012 00:00
Izabela Kielczyk psycholog biznesu, certyfikowany coach ICC, Ypsilon Media Sp. z o.o. fot. Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta

Rozmowa kwalifikacyjna to także dobra szkoła umiejętności sprzedawania siebie, swoich zalet i kompetencji.

Moja pierwsza rozmowa kwalifikacyjna odbyła się na parkingu stacji benzynowej, w samochodzie przyszłego szefa. Byłam wówczas studentką i chciałam sobie dorobić, najchętniej w jakimś biurze. W firmie, do której zadzwoniłam, zaproponowano mi spotkanie już następnego dnia, ale nie podając konkretnej godziny i miejsca.

- Proszę czekać pod telefonem - powiedział zdawkowo głos po drugiej stronie słuchawki.

Od rana siedziałam więc wystrojona i w pełnej gotowości. W południe zadzwonił sam szef:

- Proszę być za 15 minut na stacji benzynowej BP na Gaju. Będę czekał w zielonym volkswagenie - oświadczył. Trochę mnie tą informacją rozbawił, ale, przyznaję, także zaintrygował.

Rozmowa była krótka. Pan na mnie popatrzył, spytał, czy mam dużo energii i czy chcę pracować. Chciałam. I... pracowałam w jego firmie przeszło dwa lata. Ale nie wszyscy ubiegający się o pracę mają takie szczęście.

KARALUCHY I PRZESŁUCHANIA

Agnieszkę, zielonooką drobną blondynkę, dziś trzydziestolatkę, kilka lat temu dyrektor do spraw personalnych, mężczyzna grubo po pięćdziesiątce, spytał podczas rozmowy kwalifikacyjnej, co by zrobiła, gdyby w delegacji w hotelu był tylko jeden pokój z podwójnym łóżkiem. A jechałaby z nim.

- Odpowiedziałam, że na pewno poprosiłabym go o poszukanie innego hotelu. I to była zła odpowiedź, bo tylko prychnął i podziękował za spotkanie. Nie spędziłam u niego nawet pięciu minut. Oczywiście, pracy nie dostałam - kobieta wzrusza ramionami.

Katarzyna, czterdziestolatka z dużym doświadczeniem, która starała się o pracę specjalisty PR w dużej spółce handlowej, najpierw usłyszała, że jest już na to stanowisko za stara.

- A potem spytano mnie, które z dzieci - syna czy córkę - wybrałabym i dlaczego, gdyby jedno z nich musiało umrzeć. Zupełnie jak w „Wyborze Zofii” - Katarzyna wzdryga się na samo wspomnienie. - W tym momencie sama im podziękowałam i wyszłam.

Trzydziestoletni Piotr starający się o pracę informatyka musiał udzielać pierwszej pomocy udającemu zasłabnięcie przyszłemu przełożonemu. Sprawdzano, czy potrafi zachować zimną krew.

Młodziutkiej Agnieszce, która na pierwszym roku studiów szukała pracy w pubie, wypuszczono na bar karaluchy i pająki.

A Alicję, przyszłą księgową, przesłuchano. W okolicznościach rodem z filmów kryminalnych.

- Posadzili mnie na twardym stołku bez oparcia, świecili prosto w oczy lampą i miałam po dziesięć sekund na każdą odpowiedź. Nie rozumiem, po co niektóre firmy urządzają te szopki - dziwi się Alicja.

RYWAL RYWALOWI WILKIEM

Do Michała, 26-letniego studenta ostatniego roku ekonomii zadzwoniono z dużej firmy finansowej. Ponieważ wcale nie składał podania o pracę, tym bardziej był dumny, że tak znana firma ubiega się właśnie o niego.

Michał wbił się więc w garnitur, choć wolał dżinsy i glany, długie włosy związał w kucyk i poszedł. W recepcji firmy podano mu szeroką naklejkę z numerem 15 i skierowano na siódme piętro do sali konferencyjnej. W środku siedziało już kilkanaście osób. Wszyscy zestresowani, nerwowo stukający palcami w torby, teczki z dokumentami lub stół. Do godziny 12.00, o której miała się odbyć rozmowa kwalifikacyjna, zostało jeszcze dziesięć minut.

- To były chyba najdłuższe minuty w moim życiu - wspomina Michał. - Nikt się do nikogo nie odzywał, jeden patrzył na drugiego wilkiem. Wiadomo: każdy chciał zdobyć tę pracę, więc każdy był rywalem. Serce zaczęło mi walić, choć przecież nic złego się nie działo. Doszło jeszcze kilka osób, w sumie było ponad trzydziestu kandydatów.

Punktualnie o 12.00 do sali weszła kobieta w średnim wieku. Przywitała się i poleciła, żeby plakietki z numerkiem nakleić sobie na ubranie.

- Kilka dziewczyn oburzyło się, bo miały bielusieńkie, cienkie bluzeczki. Gdy jedna z nich spytała, czy to konieczne, kobieta się żachnęła i powiedziała, że jeśli jej się nie podoba, zawsze może zrezygnować - opowiada dalej Michał.

Dziewczyny wykonały polecenie już bez szemrania. Gdy rozdano pliki z testami, Michał się załamał. Łącznie było do rozwiązania około trzydziestu zadań, a na wszystko zaledwie dwie godziny. Bez żadnej przerwy. Zamiast nazwiska należało u góry pierwszej kartki wpisać przypisany numer.

SELEKCJA NATURALNA

- Kobieta co chwila nas upominała, uderzając linijką o blat stołu: jedynka nie ściągaj od szóstki, siódemka, jeśli nie wiesz, jak zrobić zadanie, zostaw i rób następne - opowiada Michał. - Poza tym podśpiewywała sobie, szeleściła gazetami i co rusz coś jadła.

W sali było bardzo duszno i mimo wielu próśb nie można było otworzyć okna. Kandydaci siedzieli ściśnięci jak sardynki w puszce. Kartki przyklejały się do dłoni, druk rozmazywał się pod wpływem wilgoci, pot kapał z czoła. Po godzinie salę opuściło pięć osób z komentarzem, że nie tak sobie wyobrażały rozmowę kwalifikacyjną w renomowanej firmie. Michał też miał ochotę wyjść, ale stwierdził, że tak łatwo się nie podda.

- Nasza strażniczka tylko się roześmiała i powiedziała, że to selekcja naturalna i tchórze nie mają tu szans. Poczułem się jak śmieć, któremu można zrobić wszystko. Odechciało mi się pracować dla firmy, która nie szanuje potencjalnego pracownika - Michał kręci głową. - Niby krzywda nam się nie działa, ale czy tak to powinno wyglądać?

Gdy zadzwonił, by sprawdzić wynik testu, spytano go nie o nazwisko, tylko o numer. Oblał. Na trzydzieści zadań zdążył zrobić dwadzieścia dwa, z czego ćwierć błędnie. Dziś pracuje w Londynie. Tam każdy z kandydatów na czas rozwiązywania podobnych zadań dostał swój klimatyzowany boks. I butelkę wody.

GRUNT TO PEWNOŚĆ SIEBIE

To było dwa lata temu. Justyna, dziś 26-latka po romanistyce, szukała pracy jako tłumacz w spółce polsko-francuskiej. Prezencję ma świetną, więc pierwsze wrażenie murowane. Była pewna siebie i ta pewność biła z całej jej postawy. Energicznie podawała rękę, energicznie chodziła i pewnie mówiła. Ogłoszenie, że firma poszukuje tłumaczy na stały etat znalazła w gazecie. Taka oferta nie trafia się często, więc jeszcze tego samego dnia wysłała aplikację przez internet. Oprócz francuskiego zna angielski i włoski. Zrobiła również kurs z zarządzania i marketingu, żeby mieć większe szanse na dobrą pracę.

- Jak każdy po studiach, uważałam że jestem rewelacyjna i pracę znajdę bez problemu - uśmiecha się z pobłażaniem Justyna. - Wyobrażałam sobie też, że już na starcie dostanę furę pieniędzy, no bo przecież do zaoferowania mam niemało.

Pierwszy etap kwalifikacji odbył się w dużej sali. Przy stolikach ustawionych jak na maturze siedziało około pięćdziesięciu osób.

- To był test językowy, bardzo prosty. A potem mieliśmy się pisemnie zareklamować. Dla mnie pestka, bo nie mam problemów z chwaleniem samej siebie - otwarcie przyznaje dziewczyna. - Ale potem zaczął się koszmar.

TEST Z KANAPKI

Z początkowej pięćdziesiątki po tygodniu została tylko dziesiątka. Z nimi rozmawiano już indywidualnie. Justyna mówi, że nawet się nie denerwowała, ale gdy dziewczyna, która była przed nią, wyszła z sali z płaczem, pierwszy raz w życiu poczuła się niepewnie. W komisji rekrutacyjnej siedziało siedem osób - czterech mężczyzn i trzy kobiety. Na stoliku dla kandydata położono kilka przedmiotów: nożyczki, klej, tekturowe talerzyki, trzy bułki, wędlinę i żółty ser w plastrach, masło, pomidory i ogórki.

- Na wstępie starszy facet spytał mnie, czy mogłabym pracować jako call girl, bo taka jestem śliczna i pociągająca. Wzbudził tym śmiech reszty komisji - mówi Justyna. - Było mi przykro, ale odpowiedziałam, że gdybym już pracowała, uznałabym to za molestowanie. Facet spoważniał i poprosił, żebym z tego, co mam na stoliku, zrobiła kanapki, a on będzie ze mną rozmawiał.

Justyna wyjęła wsuwkę z włosów i najpierw rozłączyła nożyczki. Komisja wyrywkowo zadawała jej pytania, w żaden sposób ze sobą nie powiązane, np. ulubione miejsce na wakacje, dlaczego słoń ma trąbę, na czym polega przewaga koloru białego, jaka jest jej ulubiona piosenka, dlaczego studzienki od kanalizacji są okrągłe i czy czym się różni konserwa od komisarza. Dziewczyna odpowiadała, ale ręce jej się trzęsły i kilka razy plasterki pomidora, krojone połówką nożyczek, spadały na blat stołu.

Cała rozmowa wraz z produkcją kanapek zajęła 45 minut. Na koniec musiała podpisać oświadczenie, że to, co się działo na rozmowie, pozostanie tajemnicą. Justyna mówi, że wyszła z niej wymęczona, jakby przebiegła maraton.

- Cała lepiłam się od potu. Pracy w tej firmie wtedy nie dostałam, ale teraz z nią współpracuję - dodaje. - Dziś mam wrażenie, że komisja po prostu chciała się kosztem kandydatów troszkę pobawić, bo jaki był sens robienia tych cholernych kanapek? Ale nie powiem - ta cała dziwna rekrutacja trochę mnie sprowadziła na ziemię. I nabrałam pokory.

*Imiona bohaterów na ich prośbę zmieniono.

- Izabela Kielczyk psycholog biznesu, certyfikowany coach ICC, Ypsilon Media Sp. z o.o.

Do Polski wkroczyła moda na udziwnione rozmowy kwalifikacyjne. Idąc na taką rozmowę, należy przyjąć, że tak jest i że coś nieoczekiwanego może nas spotkać. Oczywiście, nie musimy się godzić na różne testy, ale trzeba mieć świadomość, że jest to sygnał dla pracodawcy, że nie jesteśmy elastyczni i nie lubimy niespodzianek. Spotkałam się z sytuacją, gdy kandydatowi do pracy kazano wejść pod stół i szczekać. To uwłacza ludzkiej godności. Jedynym wyjściem wówczas jest powiedzieć rekrutującemu: Stop, nie chcę w tym uczestniczyć. Ale jeśli sytuacja nam nie uwłacza, potraktujmy ją normalnie, czasem jako zabawę, a czasem jako sprawdzian naszych umiejętności. Powtarzam moim klientom: bądź handlowcem własnej osoby, potraktuj rozmowę kwalifikacyjną, choćby nie wiem, jak była dziwna, jako transakcję handlową i spróbuj się jak najlepiej sprzedać, pokazując, że stać cię na wiele. W granicach rozsądku oczywiście.

Istnieje jeszcze w nas takie przekonanie, że jeśli nie zrobimy tego, o co prosi pracodawca lub rekrutujący (bo nie potrafimy lub zwyczajnie się wstydzimy), to jesteśmy do niczego. Idźmy na rozmowę jak na spotkanie równego z równym, a nie króla z poddanym i nie róbmy z siebie ofiary, bo rekrutujący od razu to zauważy i będzie badał granice naszej wytrzymałości. Nie przybierajmy postawy wiernopoddańczej. Przygotujmy się do rozmowy na temat firmy, w której chcemy pracować, zgromadźmy wszelkie możliwe infromacje i nie pozwólmy się zaskoczyć niewiedzą. I pamiętajmy, że na rozmowę kwalifikacyjną idziemy do człowieka, któremu możemy się przecież nie spodobać. Tak po prostu, jak w życiu. Równie dobrze nam się może nie spodobać rekrutujący i jeśli się na wstępie uprzedzimy, nic z tego nie będzie. Gdy usłyszymy pytanie, które wyda nam się dziwne lub niestosowne, nie okazujmy zdenerwowania i nie martwmy się, czy właściwie na nie odpowiedzieliśmy. Nie wiemy bowiem, co rekrutujący poprzez to pytanie chce uzyskać. Dlatego warto mówić prawdę, ale być na tyle kreatywnym, by pozytywnie zaskoczyć pracodawcę. Często przedziwne sytuacje na rozmowach są po prostu sprawdzianem naszych możliwości i umiejętności zachowania się w stresie i w sytuacjach nietypowych.

Warto przeczytać:

Ros Jay „Rozmowa kwalifikacyjna”

Ken Langdon „Rozmowa kwalifikacyjna. Jak zdobyć wymarzoną pracę?”

Lynn Williams „Rozmowa kwalifikacyjna bez tajemnic. Zrób imponujące wrażenie i zdobądź wymarzoną pracę.”

Angelika Śniegocka „Rozmowa kwalifikacyjna. O czym nie wiedzą kandydaci do pracy, czyli sekrety rekrutujących.”

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)