Ojciec sam z dziećmi fot. Adobe Stock

„Żona tylko siedzi w domu z dziećmi. Czym ona jest zmęczona? To ja zarabiam na ich utrzymanie”

Zawsze wydawało mi się, że tylko ja mam prawo być zmęczony, bo zarabiam na utrzymanie rodziny. A żona? Przecież ona zajmuje się tylko domem i dziećmi...!
/ 17.10.2020 18:40
Ojciec sam z dziećmi fot. Adobe Stock

W naszej rodzinie życie od wielu lat toczyło się według utartego schematu. Na utrzymanie zarabiałem ja, domem i dziećmi zajmowała się żona. Pracowałem w dużej firmie farmaceutycznej. Klientów odwiedzałem głównie w godzinach przedpołudniowych, potem do wieczora porządkowałem dokumenty. Kładłem się spać po północy.

Dzieci – pięcioletniego Marka i ośmioletniego Sławka widywałem rzadko. Gdy chłopcy wychodzili do szkoły, ja jeszcze spałem, gdy wracali, już mnie nie było, a kiedy przychodziłem z pracy – zwykle chłopcy już spali.

Czasem zazdrościłem żonie, że nie pracuje i nie musi wychodzić z domu na długie godziny, ma na wszystko czas.
– Jestem już taka zmęczona – powiedziała kiedyś Ewa. – Pragnęłabym raz się porządnie wyspać, ale nasi chłopcy są złośliwi i w niedzielę też wstają o siódmej rano.
– Czym ty możesz być zmęczona? – zdziwiłem się szczerze. – Przecież cały dzień siedzisz w domu.
A nie zauważasz przypadkiem, co robię, „siedząc w domu” – Ewa aż poczerwieniała z oburzenia. – Otóż: odprowadzam i przyprowadzam chłopców do przedszkola i szkoły oraz na angielski, jestem w trójce klasowej w szkole i w komitecie rodzicielskim w przedszkolu, co zajmuje mi kilkanaście godzin w tygodniu, robię zakupy, sprzątam, piorę, prasuję, gotuję, pomagam Sławkowi w lekcjach, uczę Marka czytać, sadzę kwiatki i warzywa, pielę ogródek, odbieram liczne telefony do ciebie, pełniąc funkcję osobistej sekretarki. Czy to jeszcze mało?

Ewunia tak się zaperzyła, że dla świętego spokoju, pocałowałem ją i już nic nie powiedziałem. W cichości ducha liczyłem, że jak Marek pójdzie do szkoły, żona wreszcie wróci do pracy i szybciej spłacimy kredyt, który wzięliśmy na dom. Ale to chyba będzie niemożliwe.

No a teraz Ewa nagle wyjechała na kilka dni do chorej krewnej, w wielkim pośpiechu i zdążyła tylko zostawić mi różne karteczki z dyspozycjami. Wziąłem 3 dni urlopu i pomyślałem, że nareszcie sobie odpocznę.

Następnego dnia rano budzik dzwonił jak oszalały. Otworzyłem oczy i spojrzałem na zegarek – 6.10. Spać! Spać! Przecież to świt. Wyłączyłem dzwonek. Głowa opadła mi na poduszkę i zasnąłem.
O 6.15 zaterkotał telefon. Natrętny, ostry dzwonek wwiercał się w mózg, ogłuszał. Wzywał do rzeczywistości, do której nie chciałem wrócić. Było po prostu za wcześnie. Przecież ja od kilku lat kładłem się o 2. w nocy i wstawałem najwcześniej o 8. rano.

Usłyszałem, jak Sławek wstaje z łóżka, odbiera telefon i podaje swoje nazwisko. Za chwilę szarpnął mnie za ramię.
– Tatusiu, jakaś pani powiedziała, że jest 6.17, że muszę wstać i zapytała, jak się nazywam, ale to chyba był telefon do ciebie.

Zerwałem się z łóżka na równe nogi. Nie ma Ewy. Wyjechała. Chłopcy. Szkoła. Śniadanie. Przedszkole. Nie zdążę. Straszna rzeczywistość wreszcie dotarła do mojej świadomości. Przeleciałem po domu jak tornado, ubrałem Marka, z umycia go zrezygnowałem, Sławek umył się sam, przeczytałem kartkę na lodówce: „na śniadanie lane kluski na mleku”, więc wcisnąłem im bułki i po kawałku kiełbasy. Gdy wkładałem Sławkowi kurtkę, syn protestował, lecz nie miałem czasu go słuchać. Na drzwiach wejściowych wisiała karteczka: „włóż im polarki”. Jakie polarki?
– Gdzie są wasze polarki? – zapytałem zrezygnowany.
– Już nam założyłeś, ale tato... – próbował coś powiedzieć Sławek.
– Prędko, nie ma czasu. Nie widzieliście kluczyków od samochodu?
– Przecież samochód wzięła mama – zauważył przytomnie Sławek.
– Biegniemy do taksówki. Szybko!
– Hurra! – wrzasnęli chłopcy. – Do szkoły gablotą – dodał dumnie Sławek.
– Ale ja mam na sobie kurtkę Marka! – poskarżył się Sławek.
– A ja Sławka! – dorzucił Marek.
– Tato, ja nie wziąłem bloku rysunkowego!
– A nam pani kazała przynieść dzisiaj modelinę!

Udawałem, że nie słyszę. Gdy Sławek wysiadł, w taksówce zapanowała błoga cisza. Ale niestety, tylko na chwilę. Zaraz przerwał ją Marek.
–Tatuś, powiedz, dlaczego chmury nie spadają?
– Eee... no... chmura... wiesz, w powietrzu jest para wodna, która się kondensuje w kryształki i z tego robi się chmura – przebąkiwałem niepewnie.
– Ale dlaczego nie spada taka chmurka, przecież powinna zlecieć na ziemię – nie ustępował malec. Milczałem dyplomatycznie.
– Już wiem, chmurki podpiera wiatr – wytłumaczył Marek mnie i sobie, po dłuższej chwili.
Z ulgą przekazałem spóźnionego Marka wychowawczyni w przedszkolu.
– Proszę pani, Marek chce wiedzieć, dlaczego chmury nie spadają. Nie zdążyłem mu wyjaśnić, może pani... – cmoknąłem osłupiałą kobietę w rękę i już mnie nie było.

Wróciłem do domu i nie zwracając uwagi na nieład, jaki tam panował, postanowiłem się trochę zdrzemnąć. Z błogiego snu ponownie wyrwał mnie telefon. Dzwoniła nauczycielka Sławka, że lekcje dawno się skończyły i powinienem odebrać syna co najmniej godzinę temu.

Do szkoły pojechałem znów taksówką. Aby ułatwić sobie życie, postanowiłem także zabrać z przedszkola Marka, chociaż było jeszcze za wcześnie. Nie wyjąłem wcześniej klopsików z zamrażarki i nie mieliśmy obiadu. Ku uciesze chłopców zamówiłem telefonicznie wielką pizzę.

Po obiedzie Sławek odrabiał lekcje, Marek zajął się komputerem. Ja uciąłem sobie drzemkę, gdyż zerwany tak wcześnie rano nadal odczuwałem niedosyt snu. Ledwo przyłożyłem głowę do poduszki, zadzwonił mój klient, a potem Sławek poprosił, żeby mu pomóc w lekcjach.
– „Asia dostała od koleżanki małego kociaka. Zwierzak miał pięciu braciszków, a każdy z nich miał dwie siostry. Ile kociąt miała kotka?” – przeczytał podchwytliwe zadanie. Jęknąłem rozpaczliwie i w duchu krzyknąłem: „żono wracaj!” Przyznam szczerze, że z niejakim trudem udało mi się obliczyć potomstwo płodnej kotki.

Ewa przyjechała po czterech dniach. Obiady miała gotowe, gdyż z zawartości zamrażarki nie korzystałem. Stołowaliśmy się w McDonald’s. Przynajmniej kulinarnie ją „odciążyłem”, ale mieszkanie było nie posprzątane, pranie nie zrobione, piramidy brudnych naczyń stały w zlewozmywaku, a lodówka świeciła pustymi półkami. Ja po prostu nie mogłem z tym wszystkim zdążyć.

Z ulgą powitałem żonę po powrocie. Jak i kiedy ona to robi? W dodatku jest zawsze pogodna i uśmiechnięta. Uświadomiłem sobie, jak ogromnie ważna jest żona w moim życiu i jak bardzo ją kocham. I powiedziałem jej to. Z przyjemnością pomyślałem, że jutro pójdę już do pracy. No i wreszcie się wyśpię.

Przeczytaj więcej listów do redakcji:„Jadę na pierwsze wakacje ze swoim facetem i wstydzę się włożyć bikini. Nienawidzę swojego ciała”„Mój syn należy do społeczności LGBT. Przestańcie mówić mi, że nie jest człowiekiem”„Koledzy mojego faceta śmieją się, że jestem gruba i brzydka”