Zamiana dzieci w szpitalu fot. Adobe Stock

„Zamieniono mi dziecko w szpitalu. Ja od początku czułam, że to nie jest moja córka. Matka to wie i już!”

Myślałam, że takie sytuacje zdarzają się tylko w filmach. A jednak przyszło mi tego doświadczyć w moim życiu. Teraz bardzo cierpię...
/ 17.10.2020 17:00
Zamiana dzieci w szpitalu fot. Adobe Stock

I co ja mam teraz zrobić? Wszystko wygląda ładnie w filmie: rzucamy się sobie w ramiona i żyjemy potem długo i szczęśliwie. Życie jednak nie zawsze bywa tak proste, a serce matki nie wybiera. Kocham Zuzę całą sobą. A Sylwia, czy ona też nie zasługuje na miłość? To wszystko dlatego, że ktoś wiele lat temu popełnił straszny błąd.

Bardzo się cieszyłam, kiedy 23 lata temu zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreseczki. Nie przypuszczałam wtedy, że moje życie tak bardzo się skomplikuje. Najpierw odszedł ode mnie Marek, mój mąż. Byliśmy małżeństwem zaledwie 2 lata, wydawało się, że to wielka miłość. Kto przypuszczał, że okaże się wprawdzie wielka, ale i krótkotrwała, spali się jak płomień przedwcześnie zapalonej zapałki. Na szczęście narodziny Zuzi miały mi te trudne chwile wynagrodzić. Przyszła na świat w piękny, letni dzień i od razu okazała się prawdziwym słoneczkiem. Pogodna, śliczna, zdrowa, z malutką główką z blond włoskami, podobna do mnie i do swojego ojca jak dwie krople wody. Ufna, delikatna, cichutka.

Niestety, trzy doby po narodzinach Zuzi dowiedziałam się, że żółtaczka fizjologiczna przedłuża się i malutka będzie musiała zostać kilka dni dłużej w szpitalu. Nie robiłam z tego powodu paniki – wiedziałam, że takie rzeczy zdarzają się u niemowląt. Za kilka dni odbiorę Zuzankę i będziemy już zawsze razem. Jak bardzo się myliłam...

Po dziesięciu dniach przyjechałam z mamą po córeczkę. Może trudno w to uwierzyć, ale nic wtedy nie wzbudziło moich podejrzeń. To były inne czasy – teraz matki mają wiele dni i godzin, żeby leżąc wspólnie ze swoimi niemowlętami, studiować ich buźki, uczyć się na pamięć dołeczków w policzkach, całować po milion razy włoski.

Podczas pobytu w szpitalu musiało wystarczyć mi przebywanie raz dziennie w tej samej sali, co Zuzia – nie było mowy o tuleniu jej czy gładzeniu włosków. Kiedy więc po tych dziesięciu dniach, wzięłam ją po raz pierwszy na ręce, tylko dwie rzeczy nieco mnie zdziwiły.

O jedną od razu zapytałam pielęgniarkę:
– Proszę pani, córeczka miała na sobie własne śpioszki, kiedy ją zostawiałam, a te nie są jej – zaniepokoiłam się.
Pielęgniarka, starsza, oschła kobieta, szybko to wyjaśniła:
– A kto ma czas prać te wasze ubranka? Zakłada się, co przyjdzie z pralni i już.
Trochę mnie to zdziwiło, bo kilka miesięcy wcześniej moja kuzynka urodziła dziecko i nie było mowy o zamianie ubranek. Tak widać musiało być, wytłumaczyłam sobie. Zapytałam wtedy również, czemu moja córka tak bardzo przytyła – kiedy ją ostatnio widziałam, wyglądała normalnie, a teraz przypominała małego zawodnika sumo.
– Nie ma, to jak nasze jedzenie – powiedziała ta sama pielęgniarka. – Niech się pani cieszy, że dziecko pani utuczyliśmy, a nie odchudziliśmy. Wam, matkom, to trudno dogodzić, naprawdę.

Zuzia okazała się wcale nie takim spokojnym dzieckiem. Im była starsza, tym chętniej rozrabiała. Bardzo burzliwie przechodziła również wiek dojrzewania – z jednej szkoły ją wyrzucili, drugą sama rzuciła, później związała się z podejrzanym towarzystwem. Przejmowałam się bardzo tym wszystkim, przepłakałam niejedną noc i często zadawałam sobie pytanie:
– Po kim ona to ma?
Bo córka, im stawała się starsza, tym mniej była podobna do kogokolwiek z naszej rodziny. My wszyscy jesteśmy jasnymi blondynami, taki był również jej ojciec, tymczasem Zuzia miała długie, proste włosy i ciemną karnację. Wyglądała tak egzotycznie, że często brano ją za cudzoziemkę.
– A nie miałaś jakiejś przygody wakacyjnej? – zażartowała nawet raz moja siostra.

Tak na nią wtedy naskoczyłam, że więcej już tego tematu nie podejmowała. Przecież wiedziałam, że nie zdradziłam męża. Zaczęłam mieć złe przeczucia. Jak to jest bowiem możliwe, myślałam sobie czasami podczas kolejnej bezsennej nocy, czekając na spóźniającą się z imprezy córkę, że u nas w rodzinie wszyscy są uzdolnieni humanistycznie, dużo czytają, a Zuzę ciężko zapędzić do książki, jest dyslektyczką i nie cierpi polskiego, za to, trzeba przyznać, pięknie maluje. Po kim ona to ma?
– Co ty wymyślasz?! W każdej rodzinie może się zdarzyć, że dziecko jest inne niż rodzice, przecież większość cech dziedziczymy po przodkach – rozwiewała moje wątpliwości przyjaciółka, której się zwierzałam. – A skąd wiesz, że prababcia Marka nie była malarką?

Prawda, nie miałam o tym pojęcia. Takie wyjaśnienie na jakiś czas mnie uspokoiło. Zdołałam nawet przekonać siebie, że rzeczywiście to normalne i szukam dziury tam, gdzie jej nie ma. To jednak wystarczało do czasu, kiedy znowu nie spojrzałam na drugą córkę. Tak się bowiem zdarzyło, że kilka lat po rozwodzie z Markiem spotkałam cudownego mężczyznę, Jarosława. Założyliśmy rodzinę, on przysposobił moją córkę, a ja dałam mu drugie dziecko, pięć lat młodszą siostrzyczkę Zuzi, Adę. Gdy ujrzałam ją po raz pierwszy w szpitalu, nie mogłam powstrzymać się od okrzyku:
– Przecież to, wypisz wymaluj, Zuza jak się urodziła!

Faktycznie, Adusia miała malutką główką, blond włoski, była pogodna, ufna i cichutka. Przeciwnie jednak niż Zuzia, im była starsza, tym bardziej te cechy się w niej uwydatniały, zamiast zaniknąć jak u siostry. Wprawdzie włosy jej z wiekiem troszkę ściemniały, ale cera dalej pozostała mlecznobiała i podobna do mojej. Również charakter córeczki się nie zmienił. Była cicha, zgodna, bezkonfliktowa. Prawdziwe słoneczko. Na zaczepki ze strony Zuzi reagowała spokojnym, ufnym uśmiechem.

Kochaliśmy Adusię bez pamięci. Dlatego wielkim ciosem była dla nas wiadomość, że w wieku jedenastu lat nasza córka zachorowała na ciężką postać cukrzycy.
– To często jest genetyczne – tłumaczyła lekarka i kazała nam przebadać pod tym kątem całą rodzinę.
Po dwóch tygodniach zgłosiliśmy się po odbiór wyników.
– Nosicielem wadliwych genów jest pani mąż – stwierdziła lekarka. – To pan musi teraz się dokładniej przebadać – zwróciła się do Jarka. – Pojawiła się jednak jeszcze jedna sprawa, o której powinnam państwu powiedzieć. To dość delikatna kwestia i dotyczy głównie pani, proszę panią do mnie do gabinetu.

Byłam wprost nieprzytomna ze strachu. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Wyobrażałam już sobie, że lekarka chce mnie poinformować o nieuleczalnej chorobie, jaką u mnie wykryła. Na pewno jednak nie byłam przygotowana na to, co usłyszałam:
Pani starsza córka, Zuzanna, w świetle przeprowadzonych badań genetycznych na sto procent nie może być z panią spokrewniona. Czy pani potajemnie adoptowała dziecko?
– Ja... Nie... – byłam tak zaskoczona, że nie mogłam w pierwszej chwili nic z siebie wydusić. – Oczywiście, że nie!
– W takim razie nie wiem, jak to wyjaśnić – lekarka wzruszyła ramionami. – Myślę jednak, że powinna pani to wiedzieć.

Ja już wiedziałam. Momentalnie wszystkie niejasne podejrzenia i przeczucia, które rosły we mnie od lat, znalazły swoje wyjaśnienie. O, Boże! Zamieniono mi dziecko w szpitalu. Gdzieś żyje moja córka, a ja wychowuję cudze potomstwo. Dziecko rodziny, która prawdopodobnie nie ma pojęcia o tym, co się stało.

Wieczorem opowiedziałam o wszystkim mężowi. Postanowiliśmy na razie nie mówić nic Zuzi. Mógłby to być dla niej zbyt wielki szok. Od razu skontaktowałam się ze szpitalem, aby wyjaśnić, jakie dziewczynki urodziły się w tym dniu. Okazało się to nietrudne – tego samego dnia na świat przyszły jeszcze trzy dziewczynki. Jedna z nich, Sylwia, leżała ze swoją mamą na tej samej sali, co moja Zuzia.

Jak przez mgłę pamiętałam tę kobietę. Z trudem, ale przypomniałam sobie, jak opowiadała mi, że jej rodzina nie akceptuje Roma, ojca dziewczynki. To by wyjaśniało karnację mojej córeczki... Siedem dni zajęło mi ustalenie, gdzie w tej chwili mieszka Sylwia z rodziną. Było to prawie trzysta kilometrów od naszego miasta, ale to nie miało żadnego znaczenia. Postanowiłam najpierw ich poznać, a dopiero potem podjąć decyzję, czy ujawniać całą sprawę. Czułam, że nic nie powstrzyma mnie przed zobaczeniem mojego dziecka.

To był zimny, deszczowy dzień. Miejscowość na Kujawach, w której się znalazłam, sprawiała wrażenie wymarłej. Na rynku, oprócz kilku miejscowych pijaczków, były tylko dwie dziewczyny z wózkami, które bez wahania wskazały mi, gdzie mieszka Sylwia.
– O tam, na końcu ulicy. Pewnie jest w domu, bo ona nigdzie nie chodzi, tylko ciągle się uczy. Dziwna jakaś – skomentowała jedna z nich, a druga zaśmiała się głośno.

Dom był niewielki i widać, że dość wiekowy, ale czyściutko pobielony. Przed nim niewielki ogródek warzywny i ławeczka, na której, rzeczywiście z nosem w książce, siedziała młoda dziewczyna. Już z daleka wiedziałam, że to Sylwia. Miała spięte w kucyk na czubku głowy długie, jasne włosy i identycznie jak u Ady kręcące się na końcach. Wyglądała jak starsza wersja mojej młodszej córki. Z wrażenia zrobiło mi się tak gorąco, że zachwiałam się, z trudem utrzymując równowagę.
– Pomóc pani? – dziewczyna zerwała się natychmiast.
Miała cichy, nieśmiały głos.
– Sylwia, prawda? – zapytałam, choć odpowiedź już znałam.
Potwierdziła zaskoczona.
– Chciałabym porozmawiać z twoją mamą.
– Ale ja nie mam mamy – Sylwia spojrzała na mnie smutno. – Pani pewnie obca, nie wie, ale tu, w miasteczku, wszyscy by pani powiedzieli. Mama wyjechała, jak miałam pięć lat i nie wróciła po mnie. Wychowywali mnie dziadkowie, ale kilka lat temu zmarli i teraz sama tu mieszkam. Może ja będę mogła w czymś pomóc?

Nie mogłam powstrzymać łez, które napłynęły mi do oczu. Ta dziewczyna była taka podobna do Ady, do mnie, jak byłam mała, do Marka... Nie miałam wątpliwości, to moja córka.
– Posłuchaj, Sylwio – objęłam ją serdecznie. – Masz mamę. Mnie.
A potem jej o wszystkim opowiedziałam. O zamianie w szpitalu, o rodzeństwie, o Zuzi. O tym, jak ją zobaczyłam na tej ławce i już wiedziałam, że to ona. Później Sylwia opowiedziała mi o swoim życiu. Jej mama wiązała się z kolejnymi mężczyznami, ale dla niej nie miała czasu ani miejsca w sercu. W końcu wyjechała do Niemiec i już nie wróciła. Przysyłała tylko czasem pieniądze. Dziadkowie ją kochali, ale sami byli starszymi ludźmi, więc szybko musiała wydorośleć.

Mój Boże, ile łez wylałam, słuchając tej historii. To przecież moja córka, krew z krwi, kość z kości! Nie wahałam się ani chwili. Sylwia musi jechać z mną do domu, poznać ojczyma, Adę i Zuzę. Nie przewidziałam tylko jednego, że Zuza nie będzie chciała jej znać. I że tak na to wszystko zareaguje.

To Zuza nalegała, by zrobić badania genetyczne. Tak jakby ciągle miała nadzieję, że to właśnie ona jest naszą biologiczną córką. Kiedy wyniki potwierdziły, że to jednak Sylwia jest moim dzieckiem, Zuzia zamknęła się w sobie. Zaczęły się ucieczki z domu, a nawet przez jakiś czas problemy z narkotykami. Nic nie dawały zapewnienia, że razem z Jarkiem bardzo ją kochamy.
– Jesteś naszym dzieckiem tak jak Ada i Sylwia – powtarzam jej wielokrotnie.
Niestety, to nie pomaga. Sytuacji nie ułatwia również to, że Ada bardzo zaprzyjaźniła się z Sylwią i odnalazła w niej prawdziwą siostrę, której nie miała w Zuzie.

W końcu wpadłam w depresję. Nie wiem, co mam robić. Ta cała sytuacja mnie przerasta. Kocham Zuzę, wychowałam ją, ale jest mi tak obca, taka trudna... A Sylwia jest taka dobra, kochana, tak podobna do nas. Staram się pomóc Zuzi, ale myślę, że ona nas już przekreśliła. Sylwia na razie likwiduje swoje sprawy na Kujawach. Czas pokaże, czy zamieszka z nami...

Przeczytaj więcej listów do redakcji:
„Czekaliśmy na dziecko 12 lat. Syn urodził się 10 tygodni wcześniej z poważną wadą serca. Dlaczego los tak mnie pokarał?”
„Moja żona zmarła przy porodzie. Ja nie byłem gotowy zostać samotnym ojcem i po prostu oddałem córkę do adopcji”
„Zaszłam w ciążę w wieku 15 lat i bardzo długo to ukrywałam. Bałam się reakcji rodziców”