Sprzątanie fot. Adobe Stock

„Po kilku latach małżeństwa wygląd i tak nie ma znaczenia. Ważne, żeby chłop miał uprane, ugotowane i uprasowane”

Nie ma nic złego w tym, że lubię porządek. I skoro mój własny mąż tego nie docenił, na pewno zrobią to inni mężczyźni...
/ 29.07.2020 12:40
Sprzątanie fot. Adobe Stock

Marzyłam o jasnej podłodze w moim nowym domu. Ale wiadomo, jak to jest z białymi kafelkami. Raz się przejdzie w zabłoconych butach i trzeba czyścić. Dlatego zarządziłam: zostawiamy obuwie na klatce.

Jeszcze pod telewizorem trzeba zetrzeć kurz. Chociaż ścierałam we wtorek, wiadomo: przy dzieciach już się zdążyło zabrudzić. Za chwilę leci w telewizji mój ulubiony serial. Nic nie szkodzi, obejrzę go kiedy indziej, pewnie będą powtarzać… Sprzątanie ważniejsze. Najważniejsze. Czysto musi być i już!

Odkąd pamiętam, zawsze lubiłam czystość. Co poradzę, że taka już jestem? Denerwują mnie typowo polskie niedoróbki, dziury w jezdni, byle jak sklecone baraki, tynk sypiący się na głowy. Zaraz bym to wszystko posprzątała, pomalowała, odkurzyła… Zawsze wydawało mi się, że to dobra cecha. Kobieta powinna być przecież schludna. Rodzice chwalili mnie zawsze, że do mojego pokoju można bez obaw zaprosić gości. Wszystko było czyste, poukładane w szufladach, pachnące. Nie to co u reszty rodzeństwa.

Mojemu przyszłemu mężowi też się to na początku podobało, nie powiem. Jak przychodził, to na widok Danki czy Agaty tylko się krzywił. One wymalowane, wystrojone… A ja – skromna, czysta, schludna, marząca tylko o tym, żeby mieć prawdziwy dom, męża, dziecko lub dwoje. Inne sprawy schodziły na dalszy plan.

Bo i co z tego, że nie jestem wyfiokowaną lalunią, jak inne? Czy to źle być perfekcyjną panią domu? Po kilku latach małżeństwa wygląd i tak nie ma specjalnego znaczenia. Ważne, żeby chłop miał uprane i uprasowane – tak przynajmniej do niedawna myślałam. I o to starałam się zadbać w swoim małżeństwie przede wszystkim. Po ślubie kupiliśmy na kredyt małe mieszkanko do remontu. Sami ten remont przeprowadzaliśmy. Wymogłam na mężu jasne podłogi i od razu zapowiedziałam, że aby były naprawdę długo jasne, to wszyscy domownicy muszą się starać. Paweł na początku nie protestował: wszystko, co wybrałam, mu się podobało. Białe kafelki na podłodze także. Lecz kto miał w domu takie kafelki, ten wie, jak wygląda codzienność.

Człowiek raz przejdzie w zabłoconych butach i już trzeba czyścić. Po tygodniu miałam dość. Nic innego nie robiłam, tylko jeździłam mopem w tę i z powrotem. Postanowiłam zatem wprowadzić prostą – jak mi się wydawało – zasadę.
– Od tej pory nie będziemy wchodzili do domu w butach – oznajmiłam pewnego dnia zdumionemu mężowi – Będziemy je zostawiali na klatce schodowej.
Paweł nie przyjął tego pomysłu dobrze.
Co sobie ludzie o nas pomyślą, kobieto?! – krzyczał. – Że sobie zrobiliśmy w domu muzeum, do którego nie możemy nawet normalnie wejść?!

Ja jednak byłam nieugięta. Z czasem, zgodnie z moimi przewidywaniami, Paweł przyzwyczaił się do nowej zasady. Po domu chodziliśmy tylko w kapciach. Jeśli przychodzili do nas goście, już od progu słyszeli, że mają zdjąć obuwie. Od tej reguły nie było wyjątków. Jak któryś gość choćby się skrzywił na myśl, że będzie paradował w naszych znoszonych papuciach albo zwyczajnie w skarpetkach – drugi raz po prostu nie był zapraszany. Wprawdzie w ten sposób nasz krąg znajomych dość szybko ograniczył się do zaledwie kilku najbliższych osób, lecz ja specjalnie nad tym nie ubolewałam.

Tym bardziej że niebawem zaszłam w ciążę bliźniaczą. Oczywiście w błogosławionym stanie nie miałam tyle siły co przedtem, więc do jak największej liczby zajęć zaprzęgałam Pawła. Nie był z tego powodu zadowolony. Wracał wieczorem z pracy i czekało go pranie, prasowanie, mycie podłóg… A nie robiliśmy tego wybiórczo albo co kilka dni jak moje niektóre koleżanki! O nie, nie ze mną takie numery. Jak już prasowałam, to wszystko: od koszuli po majtki i skarpetki. A potem jeszcze dochodziło układanie wszystkiego w szafie kolorami, wzorami, rozmiarami… Takiej samej staranności wymagałam od męża. Do tego codzienne mycie podłóg, szorowanie łazienki i kuchni, ścieranie kurzu. Byłam dumna z tego, że zanim położyliśmy się spać, nasz dom lśnił czystością.

Czasami przed zaśnięciem zamartwiałam się, co to będzie, gdy na świat przyjdą dzieci, które, jak wiadomo, nie mają zamiłowania do porządku we krwi, ale pocieszałam się, że przecież jestem silna i dam sobie radę ze wszystkim. Zarówno z wychowaniem maluchów, jak i utrzymaniem domu w dotychczasowej harmonii. I jakoś dałam radę, choć przyznam, że pierwsze miesiące po urodzeniu Julki i Jarka wspominam jako koszmar. W końcu nie jestem Terminatorem...

Dzieci bez przerwy płakały, chciały wszystkiego naraz, trzeba je było nosić, miały kolki. Wszystkie poradniki w takich sytuacjach radziły matce, a szczególnie matce bliźniaków, za wszelką cenę szukać odpoczynku i na przykład spać, kiedy dzieci śpią. Ja jednak działałam dokładnie wbrew tym zaleceniom. Każdą chwilę wolności od moich słodkich skarbów wykorzystywałam na sprzątanie. Kiedy Julka ucinała sobie poobiednią drzemkę, szorowałam wannę. Gdy wieczorem udało mi się uśpić Jarka, brałam się do gruntownego mycia okien i prania zasłon. Robiłam wszystko, żeby dom lśnił, nawet za cenę swojego snu, dobrego samopoczucia i zdrowia. Niestety, nikt tych moich wysiłków nie doceniał...

Pewnego dnia, kiedy byłam wyjątkowo zmęczona i w ogóle nie miałam ochoty na jakikolwiek kontakt ze swoim ślubnym, usłyszałam nawet od niego:
– Czy ty jesteś nienormalna, kobieto?! Komu potrzebne to całe pucowanie? Lepiej zajmij się dziećmi i mną. To jest ważniejsze niż wypucowany zlew czy wanna, z której można jeść!
Przepłakałam wtedy całą noc. Czułam, że Paweł potraktował mnie wyjątkowo niesprawiedliwie. Przecież wszyscy wiedzą, jak istotna jest sterylna czystość, kiedy w domu są małe dzieci… Jak on mógł tego nie widzieć, egoista jeden!

Rano, nie zważając na podkrążone oczy, nakarmiłam dzieci, a później przez dwie godziny segregowałam kolorami ich ubranka. To mnie uspokajało. Wtedy nie widziałam w swoim zachowaniu niczego dziwnego. Dopiero teraz dociera do mnie, że w pierwszym okresie życia bliźniaków bardzo mało się z nimi bawiłam, a na spacer wychodziłam dopiero, gdy skończyłam wszystko, co sobie na dany dzień zaplanowałam w domu, gdy wszystko już umyłam, uprasowałam, odkurzyłam. Zdarzało się, że rezygnowałam ze spaceru z dziećmi, bo zanim byłam gotowa, pogoda psuła się na tyle, że nie warto już było nigdzie wychodzić.

Myślałam, że sytuacja nieco się poprawi, gdy dzieci będą starsze. Niestety, choć wówczas nie zdawałam sobie z tego sprawy, w moim małżeństwie z każdym miesiącem działo się coraz gorzej. Gdy maluchy poszły do przedszkola, zamierzałam wrócić do pracy. Zaczepiłam się nawet w sklepie z używaną odzieżą, ale wytrzymałam tam tylko dwa miesiące. Mimo że myśl o dodatkowych pieniądzach była kusząca, nie potrafiłam pogodzić pracy z prowadzeniem domu. Po robocie do późnego wieczora zajmowałam się dziećmi, a gdy one szły spać, brałam się do porządków. Czasami te wszystkie czynności zajmowały mi czas do pierwszej, drugiej w nocy. Dosłownie padałam z nóg... Wiadomo, że w takiej sytuacji nie da się ciągnąć tego długo. Po dwóch miesiącach po prostu zrezygnowałam z pracy. Teraz mogłam cały dzień zajmować się sprzątaniem.

Niestety, ta moja pedanteria nie została doceniona przez nikogo. Dzieciom i Pawłowi było tak jakby wszystko jedno, choć wymagałam, by brali udział w domowych porządkach. W dodatku nie ograniczyłam się, jak większość matek i żon, do przypominania im o obowiązkach. Gdy np. któryś z domowników nie odniósł po sobie talerza na miejsce, urządzałam dziką awanturę, a raz nawet rzuciłam brudnym talerzem o podłogę! Testowałam coraz to nowe płyny do kafelków. W naszym domu – jak podkreślałam z dumą – zawsze pachniało jak w najlepszym hotelu. Jednak moich wysiłków nadal nikt nie szanował…

Pewnego dnia Paweł wrócił z pracy, rzucił kurtkę na podłogę (co samo w sobie było surowo zabronione, bo należało ją odwiesić do szafy) i warknął:
– Dość mam tych chemicznych zapachów. Dość mam tego sterylnego domu.
Spojrzałam na niego zdumiona.
– Co ty wygadujesz? – zirytowałam się. – Zamiast mi tu pleść głupoty, lepiej weź się do zmywania. Gary czekają…
– Kobieto! – mąż chyba w ogóle mnie nie słuchał. – Ja bym chciał choć raz przyjść do mieszkania jak normalny facet, poczuć, że moja żona pachnie dobrymi perfumami, a nie mopem do podłogi, przytulić się do ciebie, a nie ciągle słyszeć: „Wytrzyj nogi”, „Nie opieraj się o ściany” i inne bzdety. Z tobą nie da się już normalnie pogadać! Kiedyś wychodziliśmy razem, mieliśmy życie towarzyskie, znajomych, odwiedzaliśmy rodzinę. A teraz co się z nami stało?!
– Teraz mamy dzieci i własny dom, o który musimy dbać, jeżeli chcemy, żeby coś z niego zostało – warknęłam wściekła, przełykając łzy.

Oczywiście, choć czułam się niesprawiedliwie potraktowana przez męża – nie wzięłam sobie jego słów do serca. Nie zamierzałam zmienić swojego postępowania. Wiedziałam, że to, co robię, jest dobre i on musi się zmienić. Rozwiązanie nasuwało się samo… Doszłam do wniosku, że mój mąż ma po prostu za dużo wolnego czasu i dlatego wymyśla, jak mi dokuczyć. „Już ja mu ten czas zagospodaruję. Z pożytkiem dla rodziny…” – pomyślałam mściwie.

Wieczorem, gdy już opadły emocje po sprzeczce, poprosiłam go o rozmowę:
– Wiesz, trochę myślałam o tym, co powiedziałeś po południu – zaczęłam.
W oczach Pawła zapaliły się ogniki, których tak dawno u niego nie widziałam… Chyba miał nadzieję na odzyskanie dawnej żony – dziewczyny, w której się zakochał i którą poślubił. A ja miałam zamiar pozbawić go tych złudzeń.
– Jak słusznie zauważyłeś, w naszej rodzinie nie dzieje się dobrze – ciągnęłam. – Doszłam zatem do wniosku, że powinieneś bardziej angażować się w prace domowe. Może wtedy docenisz, jak wiele wysiłku wkładam w to, żeby utrzymać porządek i przestaniesz ciągle narzekać. Myślę, że to nam pomoże się dogadać. Zrobiłam dla ciebie taką małą listę…

Nie zwróciłam wtedy większej uwagi na to, że Pawłowi zrzedła mina. A nawet gdybym to potraktowała serio, zapewne uznałabym, że mojemu mężowi, jak większości facetów, nie chce się sprzątać! Muszę przyznać, że Paweł przez długi czas stosował się do zaleceń z mojej listy: mył po sobie umywalkę i lustro w łazience, wycierał toaletę. Starałam się to doceniać, choć, nie będę ukrywać, że czasem krew mnie zalewała, bo miałam wrażenie, że wszystko robi niedokładnie. Ot, odwala robotę byle jak, żeby tylko szybciej skończyć i mieć z głowy.

Wkurzało mnie to strasznie, bo właściwie wszystko musiałam po nim powtarzać, a przecież nie o to chodziło. Początkowo starałam się to robić dyskretnie, żeby nie urazić jego męskiej dumy, z czasem jednak machnęłam ręką na delikatność. No i pewnego dnia nie wytrzymałam i wygarnęłam mu, co mi leży na sercu.
– Paweł, ty nie sprzątasz, tylko udajesz, że to robisz! – wydarłam się. – Czy to naprawdę takie trudne umyć toaletę? Szkoda ci poświęcić chwilkę i zrobić to porządnie? No i tyle razy cię prosiłam, żebyś, jak siedzisz na kanapie, potem czyścił po sobie to miejsce. Jest jasna!

Tak, teraz już wiem, że to była ta kropla, która przepełniła czarę goryczy. Paweł spojrzał na mnie tak, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy w życiu, po czym dziwnie spokojnym tonem powiedział:
– Wiesz co, już nie będziesz miała problemu z moim siadaniem na kanapie, z tym, że chodzę w butach po domu, piję ze szklanek albo korzystam z toalety… Wyprowadzam się.
– Co takiego? – zatkało mnie. – Ale dlaczego? Co ty mówisz? Dokąd niby?
– Jeszcze nie wiem, ale na pewno z dala od ciebie i tego całego muzeum – oznajmił mi chłodno. – Albo się zaczniesz leczyć, kobieto, albo z nami koniec.

Rzeczywiście, następnego dnia mój mąż spakował swoje rzeczy i przeprowadził się do kolegi. Przez chwilę było mi smutno, nie powiem. W końcu parę ładnych lat ze sobą przeżyliśmy. No i dzieci ciągle pytały, gdzie jest tata i kiedy wróci. Jednak z drugiej strony… W końcu nikt nie narzekał, że się denerwuję, jak kosmetyki nie były równo ułożone w łazience. Nikt nie następował na fugi między kafelkami na podłodze, które, jak wiadomo, najtrudniej doczyścić. Nikt nie brudził też klawiatury komputera, dotykając ją brudnymi paluchami… I jak tak sobie siedziałam i myślałam o tym wszystkim, to doszłam do wniosku, że z Pawłem chyba po prostu do siebie nie pasowaliśmy. Ten mój mąż to flejtuch i brudas. A ja potrzebuję człowieka, który podobnie jak ja będzie rozumiał, jak ważne są dla człowieka czystość i ład.

Dlatego dałam to ogłoszenie w internecie. Napisałam, że jestem prawie rozwódką i szukam faceta. Pochwaliłam się, że dom umiem prowadzić i że u mnie zawsze wszystko aż lśni czystością. I wiecie, ilu mężczyzn się zgłosiło? Czterdziestu! Uważam, że to niezły wynik jak na kilka dni. I kto mi teraz powie, że płeć brzydka nie leci na „perfekcyjne panie domu”? Wierzę, że jeszcze znajdę swojego amatora. Równie schludnego co ja. I pokażę temu całemu Pawełkowi, kto miał rację!

Więcej listów do redakcji:„Pijany kierowca tira spowodował wypadek, w którym omal nie zginęła moja żona. Tego dnia wracała od kochanka”„Czy na pewno jestem ojcem swojego syna? Ledwo znałem Aldonę, a już wpadliśmy. Może była w ciąży już wcześniej”„Moje dzieci uważają, że obowiązkiem dziadków jest zajmowanie się wnukami. Ja mam swoje życie”

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (5)
/02.08.2020 18:07
Czy w każdej z nas nie ma trochę z tej Pani?
/01.08.2020 14:53
Zgłosiło się czterdziestu bo żaden się nie spodziewa, że będzie musiał sprzątać jak mąż
/01.08.2020 14:03
Niech chłop ratuje dzieci, bo zamiast dzieciństwa będą miały firmę sprzątającą 24/7
POKAŻ KOMENTARZE (2)