Białaczka fot. Adobe Stock

„Mój narzeczony zmarł miesiąc przed naszym ślubem. Zabrał do grobu nasze plany, marzenia, całą miłość i szczęście”

Kto twierdzi, że na świecie nie ma ideałów, ten się myli. Ideałem był mężczyzna, który poprosił mnie o rękę...
/ 30.07.2020 11:58
Białaczka fot. Adobe Stock

Zuzka, pojedziesz ze mną do tego nowego centrum handlowego? Dostałam ich gazetkę reklamową, mają świetny salon sukien ślubnych. – rozemocjonowana zadzwoniłam do przyjaciółki, która miała być świadkiem na moim ślubie.

To wprawdzie dopiero za pół roku, ale nie lubiłam niczego zostawiać na ostatnią chwilę. Obrączki były już kupione, więc przyszedł czas na sukienkę.
– Pewnie, że pojadę! – przyjaciółka zareagowała entuzjazmem. – Czekamy do soboty czy jedziemy od razu, czyli dziś po pracy? – spytała.
– Dzisiaj! – odparłam ucieszona. Ledwo wysiedziałam w biurze do 16.00, tak nie mogłam się doczekać tej wyprawy do salonu sukien ślubnych.
Przed wyjściem zadzwoniłam jeszcze do mojego narzeczonego.
– Kochanie, jedziemy z Zuzką po pracy oglądać suknie ślubne. Tak że będę w domu dopiero wieczorem.
– Trudno – westchnął Dawid. – A nie mógłbym pojechać z wami? – spytał.

Kochany. Naprawdę lubił zakupy i miał dobry gust, więc zazwyczaj to właśnie on mi doradzał. No ale tym razem było to absolutnie wykluczone.
– Nie ma mowy. Pan młody nie może zobaczyć sukni panny młodej przed ślubem, bo to przynosi pecha. I nie udawaj, że o tym nie wiesz. – roześmiałam się.
– Oj tam, od razu pecha – Dawid nie wierzył w takie rzeczy. – Ale skoro nie mogę, to nie mogę... Zrobię za to coś dobrego na kolację. Wracaj szybko!

Uśmiechnęłam się do siebie. „Coś dobrego na kolację” w wykonaniu mojego narzeczonego było za każdym razem... jajkami w majonezie. Ale nie narzekałam. Dawid był cudownym facetem, dobrym, odpowiedzialnym. A że nie miał talentu do gotowania? Cóż, trudno. Przynajmniej te jajka wychodziły mu naprawdę nieźle. Smakowały w każdym razie jak jajka w majonezie, a mogły przecież dużo gorzej, prawda?

Byliśmy ze sobą od prawie 5 lat. Tuż po studiach zapisałam się na dwuletni kurs języka hiszpańskiego. Skończyłam anglistykę, ale odkąd zobaczyłam Madryt, Hiszpania tak mnie zafascynowała, że postanowiłam poznać także język tego kraju. Poszłam więc na kurs. Prowadził go Dawid – świetny lektor, w dodatku taki przystojny...

Dlatego byłam tak zaskoczona, gdy po jakichś trzech, może czterech miesiącach nauki zorientowałam się, że ten sympatyczny i uwielbiany przez wszystkich nauczyciel podrywa właśnie mnie. Przecież nie byłam żadną seksbombą, tylko zwyczajną dziewczyną. A on czarował urodą i inteligencją, miał masę uroku i poczucie humoru. „Pewnie chce się mną zabawić i tyle” – myślałam. Owszem, podobał mi się, i to nawet bardzo. Uwielbiałam być blisko niego, rozmawiać z nim, wymieniać uśmiechy. Czułam, że jest między nami fajne porozumienie, a jednak… Ja po prostu nie ufam takim przystojniakom. Za dużo już w życiu widziałam.

Dlatego konsekwentnie odrzucałam jego zaproszenia na spacer, kawę, do muzeum i wszystkie inne pomysły, na które Dawid uparcie wpadał co drugie zajęcia. Nawet koledzy z grupy, którzy w końcu zauważyli, co się dzieje, zaczęli mnie namawiać, żebym się z nim umówiła. Ale ja nie chciałam. Aż pewnego dnia... zadecydował za mnie los. Wpadłam kiedyś na Dawida przypadkiem w centrum handlowym. Targałam wielkie pudło, bo kupiłam rodzicom odkurzacz. Dawid na mój widok wyraźnie się ucieszył i już nie odpuścił: bez pytania wyjął mi z rąk ciężki pakunek, a potem niemal siłą zaciągnął do miłej knajpki na kawę. Nie mogłam odmówić.

Siedziałam nastroszona, jednak okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Nauczyciel – o czym szybko się podczas tamtego spotkania przekonałam – był facetem, którego własna uroda jakby w ogóle nie dotyczyła. Był skromny, ciepły, nawet nieśmiały. Spędziłam bardzo miłe popołudnie. A potem... kolejne i jeszcze następne. Bo w końcu przestałam się przed nim bronić. Z każdym dniem coraz mocniej czułam, że zakochuję się w nim bez pamięci! Aż któregoś wieczora Dawid zabrał mnie nad pobliskie jezioro. Kwitnące krzewy, trawa i sitowie pachniały oszałamiająco, pierwsze gwiazdy zaczęły odbijać się w tafli wody, a on wziął mnie za rękę i zaczął mówić. Na tej plaży przeżyłam najpiękniejsze chwile.

– Pewnie pomyślisz, że sprzedaję tę bajeczkę co drugiej kursantce, którą zaciągam w to romantyczne miejsce... Jednak przysięgam, że mówię to tobie pierwszej i... ostatniej.
– Brzmi poważnie – uśmiechnęłam się, ale serce mi waliło jak oszalałe, bo spodziewałam się, co zaraz usłyszę.
– To jest poważne – powiedział Dawid. – Tak jak poważne są moje uczucia do ciebie! Gdy zobaczyłem cię pierwszy raz, poczułem ciepło w sercu. Miałem wrażenie, jakbyśmy się znali od dawna. Nigdy czegoś podobnego nie czułem, więc chciałem to jakoś... sprawdzić, zweryfikować, bo samemu wydawało mi się to niewiarygodne. Jednak ty nie chciałaś się ze mną spotkać prywatnie, poza zajęciami. Na szczęście w końcu się udało, dzięki temu odkurzaczowi. I tych kilka ostatnich tygodni, kiedy się spotykamy, utwierdziło mnie w przekonaniu, że ja cię po prostu... kocham. I że pierwsze wrażenie mnie nie zwiodło...

Poczułam, jak płoną mi policzki, a serce chce się wyrwać z piersi.
– Dawid, ja... – zająknęłam się.
– Pozwól mi, proszę, skończyć – objął mnie ramieniem. – Chcę, żebyś wiedziała, że miałem w życiu tylko jeden poważny związek z kobietą. Jeden! Mam niestety świadomość, że mogę sprawiać wrażenie playboya, ale to kompletna bzdura. Jestem zwyczajnym, rodzinnym facetem, który marzy o kochającej żonie, roześmianych dzieciach, ciepłym domu. Mój związek z Martyną trwał 6 lat i myślałem, że to już będzie na zawsze. Ale różniliśmy się za bardzo. Ją ciągle gdzieś nosiło, ja wolałem dom. Kłóciliśmy się przez to coraz częściej, a te kłótnie mnie wykańczały, wpadłem w depresję... Martyna zawsze była silna psychicznie i przebojem szła przez życie, więc kompletnie tego nie rozumiała. Zostawiła mnie. Jakoś się w końcu podniosłem. Z przekonaniem, że już nigdy nie zwiążę się na serio z żadną kobietą... Ale minęło kilka lat i poznałem ciebie. I poczułem, że jednak jest ktoś, z kim chciałbym spędzić życie…

Popatrzył mi w oczy, a mnie chciało się i płakać, i śmiać... Chciałam wykrzyczeć mu tysiąc słów – o szczęściu, o moich marzeniach. Ale nie mogłam, bo gardło miałam całkiem ściśnięte.
– Kocham cię – wyszeptałam tylko. Jeżeli rzeczywistość może przerastać marzenia, to nasz związek właśnie taki był. Czułam się przy Dawidzie jak księżniczka, bo on robił wszystko, żeby przychylić mi nieba. Nigdy mnie nie zawiódł, był moim oparciem, wielkim przyjacielem, najcudowniejszym kochankiem. Owszem, zdarzały nam się drobne nieporozumienia, jak to w związku, ale wszystko potrafiliśmy sobie wyjaśnić, o wszystkim porozmawiać. I po każdej burzy słońce bardzo szybko wychodziło zza chmur. Czułam, że spotkałam człowieka, z którym chcę się zestarzeć.

W każde wakacje jeździliśmy do Hiszpanii. Dawid doskonale ją znał, więc dzięki niemu spełniały się moje marzenia o poznaniu tego cudownego kraju. I to właśnie na jednej z pięknych plaż nad Morzem Śródziemnym Dawid poprosił mnie o rękę. To był zdecydowanie najszczęśliwszy dzień w moim życiu!
– Ależ ci zazdroszczę! – mówiła Zuzka. – Jesteś wybranką losu.

Sama to czułam. Wszystko się pięknie układało. Nawet przygotowania do ślubu… Tamtego dnia, gdy zrobiłyśmy z Zuzą pierwsze podejście do polowania na suknię ślubną – niemal od razu znalazłyśmy taką, o jakiej marzyłam. W dodatku za niewielkie pieniądze.
– Ty jak zwykle masz szczęścia po pachy. I oby tak zawsze! – uśmiechnęła się Zuza, patrząc w moją rozpromienioną twarz, gdy taszczyłam do samochodu torbę z sukienką.
– Oby! – odparłam. – Zapraszam cię na koktajl owocowy, wypijemy za to szczęście. Żeby trwało wiecznie.

Włożyłam suknię do bagażnika i pociągnęłam Zuzę w stronę kawiarni. Byłam radosna, pełna optymizmu, podniecona czekającym mnie ślubem, wizją dzieci, dobrej rodziny, którą stworzymy z Dawidem. W najgorszych snach nie przyszło mi wtedy do głowy, że los dawał mi tak hojnie tylko po to, by zabrać wszystko bez litości...

„To” zaczęło się nagle. Kilkanaście dni po tym dniu, w którym przyniosłam do domu suknię ślubną, zjadłam przyrządzone przez ukochanego jajka w majonezie i wręcz wymusiłam na nim przyrzeczenie, że nie odważy się nawet otwierać mojej szafy, w której zawisła ślubna szata w pokrowcu. Była akurat sobota i mieliśmy jechać na obiad do rodziców Dawida. Z planów jednak nic nie wyszło, bo narzeczony zaczął nieoczekiwanie gorączkować.
– Boli cię gardło albo głowa? – dopytywałam, z niepokojem patrząc na termometr; wskazywał ponad 39 stopni.
– Nic mnie nie boli, tylko po prostu tragicznie się czuję – jęknął Dawid.

Dałam mu tabletki na przeziębienie, napoiłam herbatą z cytryną i już następnego dnia mój ukochany czuł się normalnie. Dziwne mi się to wydało. Zwykłe przeziębienie trzyma człowieka kilka dni. Poza tym coś takiego latem? W końcu jednak uznałam, że to pewnie jakiś nowy wirus i o wszystkim zapomniałam. Ale po niespełna tygodniu Dawid znów obudził się rano z gorączką.
– Boli cię coś? – spytałam znowu, zdenerwowana. – Masz jakieś inne objawy?
– Nic mnie nie boli. Tylko fatalnie się czuję – powtórzył to co wcześniej. Był rozpalony, rozbity.
– Musisz chyba pójść do lekarza, bo to nie jest normalne – westchnęłam.

Wiedziałam, że to będzie trudna batalia. Dawid bał się lekarzy jak diabeł święconej wody. Zawsze ich unikał.
– Przejdzie mi, nie martw się, kochana moja. To zwykłe przesilenie. Do wesela się zagoi – uśmiechał się z trudem, próbując mnie uspokoić. Tym razem ta dziwna gorączka ustąpiła dopiero po dwóch dniach. Po wakacjach Dawid chodził normalnie do pracy, nakupił sobie witamin, odżywek, łykał je i udawał przede mną, że wszystko jest w porządku. Ale ja nie byłam spokojna! Widziałam, jaki jest blady; przerażała mnie też jego senność. Wcześniej zawsze mawiał, że szkoda mu życia na spanie w ciągu dnia, a tu – gdziekolwiek usiadł, tam zasypiał. Nie miał w ogóle energii. W dodatku zrobił się dziwnie drażliwy. Dni mijały, a jemu w ogóle się nie poprawiało.
– Idź w końcu do lekarza! – prosiłam, błagałam, nawet krzyczałam. Wszystko na nic.
– Przejdzie. Daj mi już spokój! – opędzał się ode mnie jak od muchy.

Nie poznawałam go… Wcześniej był cierpliwy, opanowany, traktował mnie z ogromnym szacunkiem. Ewidentnie działo się z nim coś bardzo złego.
– Jeśli nie pójdziesz do przychodni sam, to wezwę pogotowie! – po kolejnym takim fatalnym dniu Dawida uciekłam się w końcu do szantażu, bo już nie miałam pomysłu, jak na niego wpłynąć. Narzeczony mnie znał i wiedział, że nie rzucam słów na wiatr.
– Dobrze... Obiecuję, że jeśli w ciągu tygodnia mi to nie przejdzie, to pójdę do lekarza – zadeklarował. Ale już dwa dni później obudził się znowu z tak dużą gorączką, że pościel była cała mokra. Miarka się przebrała.
– Koniec dyskusji. – niemal siłą zaciągnęłam Dawida do auta i zawiozłam do najbliższej przychodni. Wyszedł z gabinetu lekarza z plikiem różnych skierowań w ręku.
– Muszę zrobić badania – powiedział. Wyszliśmy z przychodni na dwór, a tam Dawid objął mnie nagle i wyznał:
– Kocham cię, wiesz?

Popatrzyłam szczęśliwa w jego twarz i w tej samej chwili... serce mi dosłownie zawyło. Był słoneczny, jasny dzień i w tym świetle z całą wyrazistością dostrzegłam, jak bardzo zmieniła się twarz mojego ukochanego. Była szara, wręcz ziemista, poorana jakimiś dziwnymi bruzdami. Pod oczami Dawid miał worki i bure cienie. Przeraziłam się. Poczułam w gardle ciężką gulę, a w głowie coś, co przypominało mroczny tunel, z którego nie da się wyjść.

Dziś wiem, że to było przeczucie... Najgorsze z możliwych. Dlatego, gdy lekarze w końcu postawili miażdżącą diagnozę, byłam na nią nawet w pewien sposób przygotowana. Co oczywiście w żaden sposób nie uśmierzało bólu...
– Ostra białaczka szpikowa – usłyszeliśmy przerażeni od lekarzy.

Wzięłam w pracy bezpłatny urlop i niemal zamieszkałam z Dawidem w szpitalu. Wyniszczająca chemioterapia odarła go z resztek człowieczeństwa. Łysy, chudy, ciągle wymiotował, a gdy kroplówki przestawały działać, wył z bólu. Płakałam, tuląc go mocno, gdy patrzył przed siebie rozpalonym wzrokiem.
– Szukamy dawcy szpiku. Nie ukrywam, że liczy się każdy dzień. Chemioterapia nie daje poprawy, a choroba postępuje wyjątkowo szybko – lekarz prowadzący Dawida mówił wprost, jak poważna jest sytuacja. Niestety, badania wykluczyły jako dawców wszystkich możliwych krewnych mojego narzeczonego. Rodzina Dawida i ja rozpoczęliśmy więc żmudną akcję namawiania ludzi dobrej woli, aby oddawali szpik do specjalnego banku. Apelowaliśmy w internecie, w mediach, na plakatach. Szansa na to, że tzw. „bliźniak genetyczny”, który mógłby być dawcą dla Dawida szybko się znajdzie, była niewielka, ale jednak była. To lepsze niż brak jakiejkolwiek nadziei...

Co noc wyłam do Boga z rozpaczy, ale w ciągu dnia udawałam silną, żeby wspierać Dawida. Przychodziło mi to z coraz większą trudnością, bo choroba była wyjątkowo agresywna. Dawid słabł w oczach… I doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że umiera.
– Ewuniu... – szepnął któregoś dnia.
– Słucham, kochany?
– Wiesz... Ja dotrzymałem słowa i... I nie zajrzałem do szafy... – każde słowo przychodziło mu z trudem.
– Jakiej szafy? – nie zrozumiałam.
– Tej... Z suknią ślubną... – wyszeptał Dawid, a ja poczułam ból w sercu.

Mój biedny narzeczony z trudem łapał oddech, ale dzielnie mówił dalej.
– Powiedziałaś, że to pech, jak pan młody zobaczy przed ślubem sukienkę... Ja nie zobaczyłem, a i tak jest pech. Sama widzisz, że z naszego wesela nic nie będzie. Ja umieram...
– Przestań! – nie wytrzymałam. Dawid zacisnął powieki, jakby chciał zatrzymać napływające do oczu łzy.
– Mam tylko jedno marzenie... – ciągnął. – Żeby cię przed śmiercią w tej sukni zobaczyć. Proszę... – jego spękane usta nagle wykrzywiły się w podkówkę, a mnie serce omal nie pękło.

Następnego ranka, połykając łzy, wyjęłam suknię z szafy, zapakowałam ją do torby i pojechałam do szpitala. W szpitalnej toalecie przebrałam się, zrobiłam makijaż i uszykowana jak do ślubu weszłam do sali, w której leżał Dawid.
– Boże... – westchnął na mój widok. Jego spojrzenie na jeden krótki moment nabrało dawnego blasku.
– Jesteś taka piękna... – uśmiechnął się z trudem. – Wspaniała...
Nagle chwycił mnie za rękę i szepnął:
– Ja, Dawid, biorę sobie ciebie, Ewo, za żonę, i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci...
Poczułam, jak po policzkach płyną mi łzy, a Dawid mówił jeszcze:
– Obiecuję, po śmierci będę zawsze przy tobie, będę cię strzegł, ochraniał od zła... Spal mnie, proszę, na proch i ułóż sobie życie z kimś dobrym...

Ostatnie słowa Dawid dosłownie wycharczał. Były wzruszające, ale też mnie przerażały… Mówienie tak go wyczerpało, że dosłownie w sekundę zasnął. Uklękłam przy nim i dławiąc się własnymi łzami, też wypowiedziałam po cichu słowa przysięgi małżeńskiej... Dawid już nigdy się z tego snu nie obudził.
– To agonia. On umiera. Pozostaje tylko modlitwa – powiedział lekarz. Mój ukochany odszedł pięć dni później. Dokładnie miesiąc przed zaplanowanym terminem naszego ślubu i wesela. Zabrał ze sobą do ciemnego grobu wszystkie nasze plany, marzenia, całą naszą miłość i szczęście. Pragnęłam, żeby zabrał też mnie, ale Zuzka czuwała przy mnie dzień i noc i nie pozwoliła, żebym zrobiła coś głupiego.

Rok później, latem, Zuza i ja dotarłyśmy do Hiszpanii. Na tę samą plażę, na której Dawid poprosił mnie o rękę. Weszłam do wody najdalej, jak się dało, i wrzuciłam do niej nasze ślubne obrączki.
– Ślubuję ci miłość na zawsze... Nigdy nie przestanę cię kochać i tęsknić - wyszeptałam ze łzami w oczach. Świt zastał mnie spłakaną, wtuloną w ramiona Zuzki, na piasku chłodnym o tej porze dnia, na plaży, która jeszcze niedawno była dla mnie najszczęśliwszym miejscem na ziemi... Dopóki wszystko nie zamieniło się w piekło.

Mówią, że czas leczy rany. Tylko ile tego czasu potrzeba? Bo minął kolejny rok, a ja wciąż cierpię. I, prawdę mówiąc, nie wiem, jak mam dalej żyć. Mimo wszystko wiem, że muszę jakoś próbować. Dawid obiecał przecież, że zawsze będzie przy mnie czuwał. Muszę więc żyć tak, żeby go nie zawieść.

Więcej listów do redakcji:„Moje dzieci uważają, że obowiązkiem dziadków jest zajmowanie się wnukami. Ja mam swoje życie”„Moja dziewczyna jest o 18 lat młodsza. To dużo, ale łączy nas szczere uczucie. Czy to może się udać?”„Pijany kierowca tira spowodował wypadek, w którym omal nie zginęła moja żona. Tego dnia wracała od kochanka”

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/04.08.2020 10:10
Czytam i wyję. Matko kochana jak ja Ciebie rozumiem. Moj mąż zmarł po trzech miesiącach od postawionej diagnozy, najbardziej złośliwy nowotwór nerki. W czerwcu minął rok od jego śmierci i wcale czas nie leczy złamanego serca. Może tylko spokojniej podchodzę do straty kochanego człowieka z którym byłam przez 38 lat. Żyję dla wnuka, pielęgnuję pamięć o kochanym Dziadku i staram się aby wyrósł na wspaniałego mężczyznę.
/04.08.2020 05:07
5 rano nie mogę spać... Czytam ten tekst... Obok śpi moja córeczka, w brzuchu kolejne bobo a ja płaczę bo to co przeczytałam powoduje że mimo tego że wiem jak kruche jest życie jeszcze bardziej to do mnie dociera. Przytulam mocno i życzę abyś jeszcze kiedyś była szczęśliwa, nie tak jak z Dawidem bo to nie wróci ale chociaż mogła się uśmiechać i wiedzieć że jest obok ktoś kto Cię kocha.
/02.08.2020 23:05
Czytam i wyję... Łzy same cisną się do oczu... Ściskam mocno!