Operacje plastyczne fot. Adobe Stock

„Na prośbę męża przeszłam wiele operacji plastycznych, a on mnie zostawił dla starszej baby ze... zmarszczkami”

Tak starałam dla niego zmienić! Przeszłam wiele operacji plastycznych, zaznałam bólu i cierpienia! Wszystko na nic! Wolał jakąś babę ze zmarszczkami...
/ 24.06.2020 08:51
Operacje plastyczne fot. Adobe Stock

Nie wyglądam źle. Szczerze mówiąc, wyglądam znacznie lepiej niż większość moich rówieśniczek. Na pewno nie na swoje 42 lata. Tylko co z tego? Przyglądam się swojej twarzy uważnie i coraz wyraźniej widzę to, co przecież tak bardzo chciałam ukryć. Co z tego, że nie ma na niej ani śladu zmarszczek? Moja twarz wygląda jak maska. Przypomina twarze sławnych aktorek, które nie umieją już się normalnie złościć ani uśmiechać, bo zastygły w swoim botoksowym grymasie.

Taka jest prawda. Miałam operację plastyczną. I to nie jedną. Wiem, teraz to nie jest żaden powód do wstydu. Znane kobiety opowiadają o tym, co przeszły ich ciała tak, jak niektórzy opowiadają o wizycie
u dentysty. Z dumą, że teraz wszystko jest już naprawione. Tylko że ja nie należę do tych kobiet! Zawsze byłam zadowolona z tego, jak wyglądam i pogodzona z faktem, że moje ciało się starzeje.

Po co w takim razie poddałam się operacji plastycznej? Cóż, na pewno nie wymyśliłam tego sama...
Mężczyzny, który wpadł na pomysł „poprawienia” mnie, już i tak nie ma u mojego boku. Tak to smutno wygląda... Jestem sama, nie w swoim ciele, z bólem fizycznym i psychicznym… Nie udało się zmienić przeznaczenia, on i tak odszedł. A wcześniej upokorzył mnie tak, jak nikt inny, wmawiając mi przez wiele lat, że jestem „do wymiany”…

Tak bardzo chciałabym wymazać te wspomnienia. Niestety, twarz jak maska będzie mi zawsze przypominać o piekle, jakie przeszłam. A zaczęło się niewinnie.

Dlaczego byłam taka ślepa?

Kiedy poznałam Mariusza, byłam już po rozwodzie. Po raz pierwszy wyszłam bowiem za mąż, nie mając jeszcze dwudziestu lat. Pewnie jak większość dziewczyn w tym wieku po prostu wmówiłam sobie wielką miłość, a tak naprawdę chciałam uciec z nadopiekuńczego domu, gdzie byłam „księżniczką” rodziców i gdzie każdy mój krok był kontrolowany. Nasze małżeństwo nie przetrwało nawet dwóch lat.

Mariusza spotkałam na zagranicznym kongresie. Ujął mnie swoją ambicją i olbrzymią wiedzą.
Był anestezjologiem, jednym z najzdolniejszych lekarzy w naszym powiatowym szpitalu. Ja dopiero zaczynałam jako stażystka na ortopedii. Zaczęliśmy rozmawiać, jakaś kawa, jakiś obiad… nawet nie zauważyłam, jak wpadłam po uszy!

Po kilku miesiącach Mariusz się do mnie wprowadził, po kolejnym roku wzięliśmy ślub. Byłam najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Właśnie zaczynała się moja świetna kariera, miałam przy boku mężczyznę, o jakim zawsze marzyłam, finansowo też powodziło się nam całkiem nieźle. Chciałam mieć jak najszybciej dziecko i pełną rodzinę. Ale Mariuszowi jakoś nie spieszyło się do pieluch.
Zaczął mi powtarzać, że muszę być świadoma, iż po porodzie moja figura nie wróci już do dawnych kształtów, biust już nie będzie tak zachwycający.

Dla mnie to były rzeczy oczywiste i nie stanowiły żadnej przeszkody! Owszem, zdawałam sobie sprawę, że jestem dość atrakcyjną kobietą, ale nie budowałam na tym fakcie swojego poczucia wartości. Do tej pory sądziłam też, że nie jest to główny powód, dla którego Mariusz się we mnie zakochał. Do pewnego dnia…

To było przed jakimś wyjściem. Szykowałam się właśnie w łazience, gdy zauważyłam, że mąż bacznie mi się przygląda. Uśmiechnęłam się zalotnie.

Byliśmy zaledwie trzy lata po ślubie, sądziłam, że po prostu Mariusz nadal się mną zachwyca. On jednak nagle wypalił:
– Myślałaś kiedyś o operacji plastycznej? Widzę, że twoje uda nie są już takie jędrne jak kiedyś
– Słucham? – patrzyłam oniemiała to na niego, to na te swoje nieszczęsne uda, w których do tej pory nie widziałam niczego złego. – Mam nadzieję, że to żart?
Mariusz szybko się wycofał, że to, oczywiście, żart… Ten temat jednak od tej chwili nie dawał mi spokoju...

Zauważyłam, że mój mąż patrzy na nogi innych kobiet, a raz czy dwa wymknął mu się nawet komplement pod adresem jakiejś aktorki! Teraz wiem, że Mariusz świetnie zdawał sobie sprawę, co robi… Kropla drążyła skałę.

Przyglądałam się uważnie swoim nogom i wydawały mi się coraz mniej doskonałe. Oczami wyobraźni widziałam siebie ze smukłymi nogami dwudziestolatki, od których mężczyźni nie mogą oderwać wzroku. Wreszcie podjęłam decyzję. Po cichu zapisałam się na spotkanie do kliniki chirurgii plastycznej. Lekarz wydawał się być nastawiony do tematu bardzo entuzjastycznie:
– W pani przypadku to będzie tylko zabieg kosmetyczny! – mówił. – Tu troszkę odessiemy, tu też odrobinkę i nóżki będą jak marzenie! A może od razu, jak już położymy panią na stole, powiększymy piersi? Wie pani, to teraz taki modny zabieg. Zobaczy pani, jaka będzie zadowolona, mąż oczu nie będzie mógł oderwać.

Na początku uznałam, że propozycja jest absurdalna. Byłam asystentką lekarza, a nie aktorką w filmach klasy B. Nie marzyłam o wielkim biuście. Im dłużej jednak o tym myślałam, tym bardziej propozycja lekarza wydawała się sensowna.
– Pewnie i tak w którymś momencie się na to zdecyduję. – myślałam. – A tak to przynajmniej tylko jedna narkoza, jeden pobyt w szpitalu…

Kilka dni później podpisałam zgodę na oba zabiegi. Oczywiście, wiązały się one z dużymi kosztami i choćby przez to samo nie mogłam już dłużej ukrywać przed Mariuszem, co zamierzam. Chyba podświadomie liczyłam też na to, że mąż powie:
– Daj sobie spokój, mamy ważniejsze wydatki. Dla mnie i tak jesteś piękna.
On jednak zareagował zupełnie inaczej – był wniebowzięty. Cały czas powtarzał, jaka jestem dzielna, że się na to zdecydowałam i jak pięknie będę wyglądała po operacjach.

Nie pamiętam samego zabiegu. Pamiętam za to moment, w którym obudziłam się w sterylnej sali prywatnej kliniki. I ogromny ból, którego żadne środki nie mogły uśmierzyć. To było straszne. Po trzech dniach męczarni dowlokłam się do lustra. Nie wiem, co spodziewałam się ujrzeć, ale na pewno nie to. Ta kobieta to nie byłam ja. Tylko jakieś monstrum spowite bandażami, z siniakami na wysokości biustu… Po prostu koszmar.

Oczywiście, lekarze pocieszali mnie, iż na początku zawsze to tak wygląda i że po kilku miesiącach wrócę do pełnej sprawności. Ale ja byłam rozczarowana... Tym bardziej, że tygodnie, a później miesiące mijały, a ja dalej czułam się obco w swojej nowej skórze.

Piersi bolały mnie, ciążyły jak kamienie, wydawały się nie pasować do sylwetki… Siniaki wprawdzie się z czasem zagoiły, ale pozostało mi dziwne wrażenie, że nogi też nie należą do mnie, że ktoś przeszczepił mi kawałek ciała innej, doskonalszej osoby. Wydawałoby się, że normalny człowiek po czymś takim nigdy nie zdecyduje się ponownie na operację plastyczną, prawda? No właśnie, normalny człowiek…

Ja, niestety, nie zachowywałam się normalnie. Bo najważniejsze dla mnie nie było całe to cierpienie, ale słowa, które usłyszałam od Mariusza po pół roku od zabiegu:
– Teraz naprawdę wyglądasz wprost rewelacyjnie, kochanie!
I już o wszystkim zapomniałam, już zaczęłam się sobie podobać i… kombinować, w jaki sposób mogę się jeszcze bardziej zbliżyć do jakiegoś wymarzonego ideału. Wcześniej byłam kobietą, o której można powiedzieć – dziewczyna z pasją. Uprawiałam sport, dokształcałam się w swoim zawodzie. Teraz moim głównym hobby stało się przeglądanie magazynów i porównywanie się
z tymi wychudzonym modelkami.

Gdybym tylko miała inny nos… – myślałam. – Albo inny podbródek… Teraz chirurgia plastyczna potrafi wszystko!

W końcu doszłam do wniosku, że do ideału kobiety sporo mi jeszcze brakuje. Tym bardziej, że Mariusz dalej nie chciał zdecydować się na dziecko.
– Nie stać nas na maleństwo, kochanie! – mówił, tuląc mnie do siebie. – Chcę na razie odłożyć trochę pieniędzy i nacieszyć się swoją piękną żoną. – dodawał, a ja unosiłam się z radości pod sufit. I… coraz częściej myślałam o tym, jaki jeszcze prezent mogę zrobić swojemu mężowi, jak bardziej mu się przypodobać.

Okazja nadarzyła się szybko. Była nią czwarta rocznica naszego ślubu. Od dawna myślałam, jak uczcić to wydarzenie, i sam Mariusz podsunął mi niechcący dobry pomysł:
– Muszę przyznać, że ta operacja plastyczna to był prawdziwy strzał w dziesiątkę. – powiedział kiedyś przy kolacji, patrząc na mnie z wyraźną dumą. – Teraz wyglądasz jak milion dolarów, kochanie.

Wiem, powinnam się obrazić. Bo co to miało niby znaczyć, że w momencie, gdy ślubowaliśmy sobie przed ołtarzem, wyglądałam jak brzydkie kaczątko?! Ja jednak zupełnie nie odebrałam tego w ten sposób... Przeciwnie, słowa męża wzięłam za zachętę, aby dalej się starać! Tym bardziej, że w ciągu dalszej rozmowy jakoś tak się stało, że temat zszedł na … nosy gwiazd.

Już wiedziałam, jaki prezent sprawię mężowi na naszą rocznicę. Nigdy nie lubiłam swojego nosa, a teraz nadarzyła się wspaniała okazja, aby go zmienić.

Kilka dni później umówiłam się na wizytę w znanej mi już klinice. Tym razem wiedziałam, czego się spodziewać. Kiedy się obudziłam z narkozy znowu był ból, opuchlizna, ale tym razem nie przejmowałam się tym aż tak bardzo. Zdawałam sobie sprawę, że po kilku tygodniach te niedogodności znikną.

Zostanie moja twarz, dużo piękniejsza niż przed zabiegiem! I uznanie męża…
Tak to sobie roiłam, dzwoniąc jak oszalała do Mariusza w dniu naszej rocznicy. Tyle że mój mąż nie odbierał. Po kilku godzinach prób moja wściekłość ustąpiła miejsca zaniepokojeniu. A może coś się stało, może miał wypadek? Mój mąż jednak w końcu odebrał telefon. Tyle że było to dopiero późnym wieczorem...
– Gdzie ty jesteś? – warknęłam, bo ból porządnie mi już dokuczał.
Mariusz miał jakiś dziwny, niepewny głos:
– Nagła sprawa… – wyjaśnił. – Musimy porozmawiać. Możemy teraz?
– Nie ma mnie w domu! Przygotowałam  niespodziankę... Zapomniałeś, że dziś jest nasza rocznica ślubu? – spytałam.
– A... no tak! – głos męża nie brzmiał entuzjastycznie. – Kiedy porozmawiamy?

Już wtedy chyba poczułam, że coś jest nie tak. Mariusz za bardzo nalegał, jego głos był zbyt natarczywy… Mruknęłam, że jestem w klinice i jeśli chce, może przyjść zobaczyć swoją „nową żonę”.
Przyszedł. Ale nasza rozmowa zupełnie nie wyglądała tak, jak sobie wymarzyłam.

– O, nowy nos? Miałaś całkiem niezły… – zamiast zachwytu było zdziwienie.
A potem padły te słowa.
– Odchodzę. Poznałem kogoś innego, nie kocham cię już. Przykro mi.
Od tego czasu minęły już dwa lata. Wygładziłam sobie zmarszczki, zrobiłam makijaż permanentny… Ja, kiedyś taka przeciwniczka poprawiania urody, robiłam przez ten czas wszystko, aby odmienić to, czym obdarzyła mnie natura. I odzyskać Mariusza... Liczyłam naiwnie, że on zakocha się we mnie na nowo… Ależ byłam głupia.

Spotkałam go dzisiaj. Szedł z tą swoją nową miłością, z kobietą, na którą mnie wymienił. I wiecie co? Ona jest znacznie brzydsza ode mnie. I starsza. To był po prostu szok! Ma mnóstwo zmarszczek i naprawdę krzywy nos! I podwójny podbródek. A jemu chyba to w ogóle nie przeszkadza, bo śmiał się i tulił do niej, jak kiedyś do mnie. Kiedyś, na samym początku naszego zauroczenia…

I wtedy zrozumiałam. Stanęłam przed lustrem, przyjrzałam się swojej-nie-swojej twarzy i w końcu to do mnie dotarło: jestem atrakcyjną, wartościową kobietą. Nie potrzebuję zmieniać w sobie nic dla nikogo. I już nigdy nie będę tego robić. Bo żaden facet nie jest wart tego, aby okaleczać swoje ciało jakimiś wydumanymi operacjami… Tylko dlaczego tak późno to do mnie dotarło, no dlaczego?!

Więcej historii naszych czytelniczek:
„Mąż szydził z mojej nadwagi i odstającego brzucha. Wszędzie masz tłuszcz i brzydzę się ciebie - często słyszałam”
„Uznacie mnie za okrutną morderczynię, ale rozważam aborcję, bo dziecko ma zespół Downa”
„Wypruwałam sobie żyły, żeby zapewnić córce start w dorosłość. Teraz mam na karku pasożyta”

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/15.04.2012 14:51
Dla nikogo nie warto się zmieniać