bracia, rodzeństwo

Wybacz mi, braciszku

Nie chciałem podrywać bratowej. To wszystko wydarzyło się tak szybko i wymknęło się spod kontroli. Uległem pięknej Ani, a przez to straciłem kontakt z bratem. Dopiero jego dramat znów zbliżył nas do siebie.
/ 06.06.2019 05:15
bracia, rodzeństwo

Pamiętam, jak w pierwszy dzień wakacji, szliśmy razem polną drogą, szukając śladów pozostawionych przez lisy. Przypominam sobie, jak kłóciliśmy się, gdy on był nastolatkiem i obwieszał nasz wspólny pokój zdjęciami sportowców, a ja wolałem plakat z E.T. I ta jego fotografia z wojska, w mundurze starszego szeregowca, stojąca na biurku mamy. Do dziś mam w pamięci obraz jego pierwszej dziewczyny – krótko ostrzyżonej, niebieskookiej Kasi... A później ślub... Jego ślub z Anią, koleżanką Kasi – seksowną brunetką, którą wcześniej widziałem z bratem może ze dwa razy.

Ten nieoczekiwany ożenek odbył się w październiku. Dwa miesiące wcześniej Jasiek rozstał się z Kasią, po powrocie ze wspólnych wakacji nad morzem. Nie chciał powiedzieć, dlaczego ją rzucił i co zaszło w Darłowie. Gdy pytałem, zmieniał temat albo zbywał mnie formułką o niezgodności charakterów. Czułem jednak, że nie jest ze mną szczery.
To było dziwne wesele. Pan młody siedział za stołem z miną skazańca, a Panna młoda królowała na parkiecie. Była bardzo atrakcyjna, więc nie narzekała na brak partnerów do tańca. Wtedy mnie to nie dziwiło. Wiedziałem, że Jasiek nie umie i nie lubi tańczyć, a Ania – mój Boże – miała dopiero 22 lata, więc to normalne, że rozpierała ją energia.
"Pewnie dobrali się na zasadzie przeciwnych temperamentów, a takie związki są najtrwalsze" – myślałem.
Nigdy bym nie przypuszczał, że wkrótce zmieni się też moje życie. To wydarzyło się nagle, jakieś cztery miesiące po ich ślubie, gdy Ania na dobre zadomowiła się u nas. Nasza mama dużo pracowała, więc moja bratowa w naturalny sposób przejęła rolę pani domu. Wszędzie było jej pełno. Poprzestawiała meble, zmieniła firanki, gotowała obiady. Czasem jej pomagałem, bo studiowałem wieczorowo, to przedpołudnia miałem wolne.

Feralnego ranka siedziałem w pokoju, czytając coś intensywnie, bo sesja egzaminacyjna zaskoczyła mnie jak zima drogowców. Nagle usłyszałem delikatne pukanie do drzwi. Uchyliły się, zanim zdążyłem powiedzieć: proszę. W progu stała Ania ubrana jedynie w krótką, prawie przezroczystą koszulkę, przez którą widać było zarys jej pięknego ciała. Aż ciarki przeszły mi po plecach, ale starałem się zachować kamienną twarz.
– Wiesz, Krzysiu – powiedziała, mrużąc zalotnie oczy – wybieramy się z Jasiem na bal karnawałowy, a ja wciąż nie wiem, w co się ubrać. Mógłbyś mi doradzić, którą sukienkę wybrać?
– Oczywiście, nie ma sprawy – odparłem, nie mogąc oderwać od niej oczu.
Zniknęła na chwilę w swoim pokoju, po czym pojawiła się w błękitnej sukni z głębokim dekoltem.
– Co o tym sądzisz? – spytała, obracając się wokół na jednej nodze.
– Jest piękna – odparłem, nie swoim głosem.
– To pokażę ci jeszcze jedną – roześmiała się i za chwilę stała przede mną w czymś, co przypominało bardziej mgiełkę niż sukienkę.
– Jak ci się podobam? – spytała, wirując tuż przed moimi oczami.
"Co za pytanie" – pomyślałem, czując jak krew zaczyna mi pulsować. Wstałem gwałtownie z łóżka, a wówczas ona zatoczyła się lekko i nagle oboje wylądowaliśmy na tapczanie. Poczułem jej ciepło i delikatny zapach perfum. Nie chciałem tego, ale pożądanie było silniejsze. Pociemniało mi w oczach. A zaraz potem na brzuchu poczułem delikatny dotyk jej ręki. Odleciałem i dałem się ponieść naturze.


Sytuacja powtarzała się zawsze wtedy, gdy zostawaliśmy z Anią sami w domu. Nie byłem w stanie oprzeć się tej namiętności, choć wyrzuty sumienia pojawiały się zawsze, jak kac po alkoholowej libacji. Mimo ogromnego poczucia winy w stosunku do brata i ciągłego, ściskającego żołądek strachu, że romans w końcu się wyda, nie byłem w stanie go przerwać.
Pewnego dnia, gdy kochaliśmy się z Anią, usłyszeliśmy odgłos klucza przekręcanego w zamku. Na progu mojego pokoju stanął Janek. Wrócił do domu wcześniej, bo nagły ból w okolicach żeber uniemożliwił mu pracę i szef zwolnił go do domu. Był blady jak ściana. Patrzył na nas dziwnie szklanym wzrokiem. Nie powiedział ani słowa. Jego reakcja była dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Wolałbym chyba, żeby wpadł w szał, zrobił awanturę, ale on tylko odwrócił się i wyszedł bez słowa.

Nie widziałem go ponad dwa lata. Wyprowadził się. Dzięki cioci mieszkającej w Gdyni znalazł pracę w Trójmieście. Przeprowadził rozwód i przestał dawać jakiekolwiek znaki życia. Nie przysyłał nawet kartek na święta. Od mamy wiedziałem tylko, że choruje, że ma jakieś problemy z nerkami. Nie miałem jednak pojęcia, co się z nim tak naprawdę dzieje.
Pewnego dnia zadzwoniła ciocia.
– Musicie natychmiast przyjechać – mówiła zdenerwowana. – Z Jaśkiem jest bardzo niedobrze. Wczoraj trafił do szpitala na OIOM. Jego stan się pogorszył mimo dializ. Lekarz mówił, że może go uratować tylko przeszczep. Ale boję się, że może go nie doczekać. Na nerkę czeka się u nas przecież pięć lat! – mówiła trzęsącym się ze zdenerwowania głosem.
Przeraził mnie ten telefon. Nie zdawałem sobie sprawy, że jest aż tak źle.

Nie zastanawiałem się ani chwili. Jeszcze tego samego dnia byłem w Gdańsku.
– Choroba pana brata rozwijała się od lat – mówił spokojnie i rzeczowo ordynator. – Od pół roku jego nerki nie pracują. Kilka dni temu ujawniły się powikłania: zapalenie płuc i zatrucie ustrojowe. Wyjdzie z tego pod warunkiem, że jak najszybciej znajdziemy dla niego nową nerkę...
– Czy ja mogę być dawcą? – zapytałem.
– Prawdopodobnie, najlepszym z możliwych... jest pan przecież jego bratem.

Z narkozy wybudził mnie tępy ból w lewym boku. Środki uśmierzające przestawały działać. Jasiek siedział na sąsiednim łóżku i obserwował, jak stopniowo wracam do rzeczywistości.
– Jak się czujesz? – zapytał.
– Trochę boli...
– Mnie też..., ale wiesz co...? Myślę, że to dobrze, że jeszcze trochę pocierpimy. To podobno uszlachetnia. Wierzę, że ból wymazuje grzechy człowieka, a myśmy – przyznasz – trochę narozrabiali...
– No ja chyba bardziej... Wybacz mi, braciszku...
– Ja też nie byłem święty – przerwał mi, odwracając energicznie głowę w stronę okna. – Przecież też uległem Ance, wtedy na wakacjach w Darłowie... Ale byłem głupi! Dla niej zostawiłem Kasię, moją prawdziwą miłość. Trzeba wreszcie przestać burzyć, a zacząć budować.
– Wrócisz teraz do domu...?
– Wrócimy razem... trochę już mądrzejsi... Nauczyliśmy się odróżniać złoto od tego, co się tylko świeci.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)