Wszystko przez zazdrość fot. Panthermedia

Wszystko przez zazdrość

Gdyby nie wypadek, pewnie nigdy bym się nie dowiedziała, co tak naprawdę czuje Ania.
/ 05.03.2012 09:25
Wszystko przez zazdrość fot. Panthermedia
Kiedy mój brat przyprowadził do domu śliczną młodą dziewczynę i przedstawił ją rodzicom jako swoją narzeczoną, byłam pod wrażeniem jej słodkiego uśmiechu i przyjaznego usposobienia. Wydawała mi się taka radosna i pełna życia. Może rzeczywiście wtedy taka właśnie była. Pamiętam, jak po tym spotkaniu usiadłam z Michałem na ławce przed domem i rozmawialiśmy. Powiedziałam mu wtedy:
– Dbaj o nią i nie pozwól jej uciec, bo to prawdziwy skarb!
Mój starszy brat wziął sobie tę radę do serca i wkrótce stanął wraz z Anią na ślubnym kobiercu. Mnie poprosili na świadkową. Czułam się wyróżniona.
Dla mnie wtedy perspektywa zamążpójścia była jeszcze dość odległa. Nie miałam nawet chłopaka. Właśnie zdałam maturę i rozpoczynałam dorosłe życie. Miałam tyle planów! Studia, kariera zawodowa, własne mieszkanie. Ale w głębi duszy, jak chyba każda kobieta, marzyłam o rodzinie.
Brat zamieszkał z żoną na przedmieściach Warszawy. Ja wynajęłam pokój w centrum miasta, aby mieć blisko na uczelnię. W trakcie moich studiów widywaliśmy się często. Lubiliśmy spędzać razem czas, chodziliśmy na imprezy, do kina. Oboje byli moimi najlepszymi przyjaciółmi. A potem Ania zaszła w ciążę i wszystko się skończyło.
– Przecież ciąża to nie kalectwo! – tłumaczyłam bratu. – Nadal możecie wychodzić z domu. Nawet powinniście, dla zdrowia dzidziusia!
– Ale co ja poradzę, że Anka nie chce?
– bronił się. – Twierdzi, że jest gruba i brzydka, i w tym stanie nie pokaże się ludziom. No przecież na siłę jej z domu nie wyciągnę…
A potem było już tylko gorzej. Po urodzeniu Mariuszka Ania wpadła w depresję. Zamknęła się w domu na amen. Już nie była tą samą uśmiechniętą dziewczyną, którą pamiętałam. Stała się mrukliwa, nieprzyjemna. Jej złe samopoczucie odbiło się również na wyglądzie zewnętrznym. Ania bardzo się zaniedbała.
– Może wybierzemy się razem do zoo? – proponowałam. – Albo na lody, co?
– Nie dziś – odpowiadała wymijająco.
Moje starania zawsze spełzały na niczym. Bratowa zamknęła się w swojej skorupie i ani myślała wyściubiać z niej nosa. Cóż więc mogłam zrobić? Zajęłam się swoim życiem.
Nie znaczy to, że ich nie odwiedzałam. Wpadałam często, aby zobaczyć małego Mariuszka. Kiedy Michał poprosił, bym została jego matką chrzestną, byłam wniebowzięta! Ale właśnie tego dnia, podczas uroczystości z okazji chrztu pierwszy raz wyczułam niechęć Ani do mnie. Nic złego mi nie powiedziała, po prostu dostrzegłam w jej zachowaniu chłód. Czy już wtedy mi zazdrościła? Czego?! Byłam wtedy biedną absolwentką, zarabiałam grosze pracując jako recepcjonistka, wynajmowałam mieszkanie na spółkę z koleżankami, nawet chłopaka nie miałam.
– Mnie się wydaje, że ona jest po prostu rozczarowana swoim życiem – stwierdziła moja przyjaciółka, kiedy się jej wyżaliłam. – Może myślała, że będzie wyglądało inaczej, kiedy urodzi się dziecko.
– Ale co mnie do tego? – dziwiłam się.
– Ty… ty masz najważniejsze wybory przed sobą.
To wydawało mi się absurdalne. Jak szczęśliwa żona i świeżo upieczona mama może zazdrościć komuś takiemu jak ja? Jednak z jakiegoś powodu nasze stosunki wyraźnie się ochłodziły...

Po jakimś czasie moje wizyty w domu brata zaczęłam postrzegać jako przykry obowiązek. Wolałam spotkać się z Michałem na mieście albo odebrać Mariusza z przedszkola, niż przyjeżdżać do nich. Ania była wobec mnie oziębła i zawsze czułam się nieproszonym gościem. Sytuacja jeszcze się pogorszyła, kiedy zaczęło mi się powodzić. Dostałam lepszą pracę, więcej zarabiałam, często więc przynosiłam jakiś podarunek dla małego Mariusza. Pamiętam, jak w któreś święta dałam mu zdalnie sterowany samochodzik. Skakał uradowany i ściskał mnie z całej siły, dziękując za podarunek. Bratowa patrzyła na to z ukosa, po czym rzuciła:
– No tak, jak się ma pieniądze na drogie prezenty, to łatwo zaskarbić sobie miłość dziecka.
Bardzo dotknęła mnie jej uwaga. Takich kąśliwych komentarzy i złośliwości było więcej. Nie rozumiałam, o co jej chodzi. Czy było coś złego w tym, że chciałam sprawić dziecku radość?
Wkrótce Anka zaczęła utrudniać mi kontakt z chrześniakiem. Kiedy dzwoniłam, informując, że wpadnę z wizytą, mówiła, że mały źle się czuje, albo że właśnie wychodzą z domu. Doszło do tego, że widywałam Mariuszka raz na miesiąc. W końcu postanowiłam wyjaśnić sprawę. Sądziłam, że szczera rozmowa jest lekiem na każdy konflikt. Jakże się myliłam!
– Chcesz wiedzieć, o co chodzi? – spytała Anka, patrząc na mnie z nienawiścią. – Dobrze, powiem ci, po prostu cię nie lubię, działasz mi na nerwy. I tyle.
Nie spodziewałam się, że będzie aż tak bezpośrednia. Przybrałam jednak pojednawczy ton.
– Aniu… kiedyś było inaczej, nie pamiętasz? Byłyśmy przyjaciółkami…
– Byłyśmy. Do czasu, kiedy nie zrobiła się z ciebie wielka damulka. Przychodzisz tutaj z tymi pomalowanymi paznokciami i obnosisz się ze swoimi pieniędzmi!
Byłam zdumiona jej słowami.
– Cały czas się wywyższasz – kontynuowała. – I nic, tylko gadasz o swojej karierze. Wynoś się, nie potrzebujemy twoich drogich prezentów!
I tak oto rozmowa, która miała poprawić sytuację, jeszcze ją pogorszyła.
Nie mogłam tego tak zostawić. Poskarżyłam się bratu. Wcześniej nie chciałam go w to mieszać, ale po tym, co usłyszałam, nie miałam innego wyjścia.
– Ona przechodzi trudny okres, musisz ją zrozumieć – Michał bronił Ani.
– Twoja żona właśnie zabroniła mi kontaktów z waszym synem!
– Przejdzie jej…
A jednak nie przeszło.

Któregoś dnia zobaczyłam Anię na mieście. Wychodziła właśnie ze sklepu, rozmawiała przez telefon, a Mariuszek biegał wokół niej. Stałam po drugiej stronie ulicy i przyglądałam się im. Widziałam, jak mały ciągnie matkę za rękaw, wskazując palcem słodycze na wystawie. Ponieważ go ignorowała, zaczął rozglądać się wokół. Wtedy mnie zobaczył.
– Ciocia! – krzyknął uradowany i popędził przed siebie.
Wybiegł na ulicę, a ja z przerażeniem stwierdziłam, że biegnie wprost pod koła samochodu. Nie wahałam się ani przez moment. W ostatniej chwili udało mi się odepchnąć go z powrotem na chodnik. A potem nastała ciemność.
Obudziłam się w szpitalu cała obolała. Samochód, który o mały włos nie zabił Mariuszka, potrącił mnie, na szczęście niegroźnie. Miałam tylko złamaną nogę. Jeszcze tego samego dnia odwiedził mnie Michał z żoną. Przynieśli kwiaty.
– Uratowałaś życie naszego synka – powiedział mój brat.
– Dziękuję.
Ania nie odzywała się, ale po chwili poprosiła męża, by zostawił nas same.
– Zazdrościłam ci wszystkiego – przyznała. – Czułam się gorsza...
– Nie powinnaś niczego mi zazdrościć! Masz kochającego męża, synka…
Na wzmiankę o synku rozpłakała się.
– Kiedy Mariusz tak cieszył się z twoich wizyt i prezentów, bałam się, że bardziej kocha ciebie, że go stracę. A tymczasem ty… go ocaliłaś – rozryczała się na dobre.
Przytuliłam ją mocno.
– Przepraszam – powiedziała przez łzy. – Wybaczysz mi?
Wybaczyłam. Mam nadzieję, że zaczniemy budować nasze relacje od nowa.