Takie ładne oczy

Zdrada ukochanego, strata pracy – sądziłam, że to początek koszmaru. Ale...
Nie myślałam, że jeszcze kiedyś kogoś pokocham. Po rozstaniu z mężem musiałam zadbać o samą siebie i nie w głowie mi były romanse.




Jednego dnia straciłam wszystko. Najpierw szef wezwał mnie do siebie. Mówił coś o redukcji etatów i że bardzo mu przykro, ale mam najkrótszy staż pracy, że na pewno sobie coś znajdę, bo jestem młoda, wykształcona i pracowita. Potem podsunął mi rozwiązanie umowy o pracę. Podpisałam i wyszłam z zakładu. Nogi miałam jak z waty. Nie wiem, jak dotarłam do domu, jak wykręciłam numer Roberta. Był jakiś rozkojarzony. "Zapracowany", pomyślałam.
– Porozmawiamy w domu kochanie. Już ci nie przeszkadzam – wydusiłam.
– Ja też mam ci coś do powiedzenia. Pa – odparł i zaraz się rozłączył.

Uważał się za uczciwego człowieka, dlatego mi powiedział
Zbliżała się północ, kiedy usłyszałam szczęk klucza w zamku. Nie byłam zdziwiona. Robert od jakiegoś czasu wracał do domu tak późno. Awans przysporzył mu nowych obowiązków. Teraz stał w drzwiach. Twarz miał bladą, usta zacięte.
– Coś się stało? – w panice pomyślałam, że i on stracił pracę.
– Tak – odpowiedział, unikając mojego wzroku. Chrząknął.
– Jestem uczciwym człowiekiem, dlatego chcę ci wyznać całą prawdę. W moim życiu jest inna kobieta. Kocham ją, a ona mnie, chcemy być ze sobą.
– Robert, co ty?! – krzyknęłam.
– Uspokój się – uciął – Nie będę grał na dwa fronty, chcę rozwodu. Chcę żeby wszystko przebiegło w kulturalny, cywilizowany sposób. Chyba rozumiesz, że nie mogę być z tobą. Oczywiście możesz mieszkać w moim domu przez jakiś czas.
– Ależ kochanie? Przecież wczoraj jeszcze mówiłeś, że jestem tą jedyną? – byłam zdruzgotana.
– Mówiłem, bo cię kocham. Ale ją też kocham. Bardziej, inaczej. Rozumiesz? Niektórzy nazywają to przeznaczeniem, dlatego odchodzę.
– Odchodzisz? – podbiegłam do niego. Chciałam go tulić, całować, ale mnie odepchnął. Sięgnął po walizkę i poszedł po swoje rzeczy.
– Nie! – krzyczałam przez łzy.
Robert minął mnie bez słowa i wyszedł. Uciekł. Jakbym była kimś zupełnie obcym. Wyłączył nawet komórkę. Pewnie po to, bym o nic nie pytała, nie dzwoniła, nie błagała. Zostałam sama, rozbita, przerażona.
– On ma kobietę? Kocha ją? Ożeni się z nią? A ja? Kim ja jestem?! – powtarzałam, jak oszalała, błądząc bez celu po domu. Nawet nie wiem, kiedy wyszperałam butelkę wina. Rano obudziłam się zmarznięta, z potężnym rozsadzającym głowę, kacem.
"To nie może być prawda" – myślałam. Spojrzałam na nasze łóżko. Było nietknięte. A jednak – zapłakałam. To nie był sen, lecz koszmarna rzeczywistość. Byłam sama w jego domu, wśród jego mebli.
Robert przyszedł kilka dni później. Zdziwił się, że o tak wczesnej porze jestem w domu, a nie w pracy, ale oczywiście taktownie o nic nie pytał. Starał się nie widzieć mojej opuchniętej od łez twarzy. Stwierdził jedynie, że skoro dom należy do niego, to pozwala mi w nim mieszkać jeszcze przez miesiąc, a potem najlepiej byłoby, gdybym się usunęła. Dodał, że złożył już papiery do sądu.
Nie wierzyłam własnym uszom. To wszystko mówił mój kochany mąż? Ten wzór łagodności, którego zazdrościły mi wszystkie koleżanki?

Zobaczyłam tę kobietę
Mijały tygodnie, a ja nic ze sobą nie robiłam. Oszczędności na naszym koncie topniały. Nie tylko, dlatego, że ja je zużywałam, ale korzystał z nich także Robert. Nie mówiłam nikomu o moim stanie, bo najczęściej nie odbierałam telefonów. I chyba nikt się temu nie dziwił. Zawsze byłam zapracowana, a jeśli już miałam wolną chwilę, to spędzałam ją z Roberetm. Nie wiem jak dotrwałam do rozwodu. Dopiero to, co stało się po pierwszej rozprawie wywołało u mie wstrząs. Wyszłam z sali licząc, że chociaż tym razem Robert poświęci mi chwilę. Niestety, on tylko uścisnął mi dłoń i co prędzej pobiegł do samochodu. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, jak wita się z seksowną, długonogą, na oko dwudziestoparoletnią brunetką. Pociemniało mi w oczach. Poczułam, jak ziemia osuwa mi się spod nóg.
– Halo, proszę pani! Halo – powoli docierał do mnie wyraźnie zdenerwowany męski głos – Proszę otworzyć oczy – słyszałam go coraz wyraźniej.
– Uff, już chciałem wzywać pogotowie. Zobaczyłam nad sobą bruneta o niebieskich oczach.
– Ładne... – wyszeptałam. – Proszę nie zasypiać – usłyszałam zdecydowane polecenie i poczułam plaśnięcie na policzku, po którym natychmiast doszłam do siebie.
– Co się stało – nie mogłam zrozumieć co zaszło.
– Zemdlała pani. Dobrze, że akurat przechodziłem i złapałem panią. Inaczej na pewno uderzyłaby pani głową
o posadzkę. Wezwę karetkę – oznajmił.
– Nie, dziękuję, nie trzeba, poradzę sobie. Już czuję się lepiej – wstałam.
– Ale pani uparta. A jeśli tak, to poczekamy, aż się pani poczuje lepiej.

Musiałam zmienić swoje życie
Mężczyzna uparł się, by zamówić mi taksówkę i zapłacił kierowcy, zanim zdążyłam zaprotestować.
Widok brunetki i mojego byłego męża podziałał na mnie jak kubeł zimnej wody. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam do rodziców i znajomych. Starałam się spokojnie powiedzieć im o rozwodzie, pożyczyłam pieniądze i zaczęłam szukać mieszkania, a przede wszystkim pracy. Bo o tym, że ją straciłam, nie powiedziałam nikomu. Mieszkanie znalazłam w ciągu tygodnia. Z zajęciem było gorzej.
Po miesiącu moje finanse były na wyczerpaniu. I kiedy już zaczęłam wątpić w swoje umiejętności, znalazłam w gazecie ogłoszenie. Kancelaria adwokacka poszukiwała sekretarki i asystentki w jednym.
– Nigdy nie byłam sekretarką, ani asystentką, ale co mi tam. Z czegoś trzeba żyć – dodałam sobie otuchy i umówiłam się na rozmowę. Ubrana w najlepszy kostium przekroczyłam próg kancelarii.

Poczułam, jak się rumienię
– Pan adwokat Umiński już czeka – starsza kobieta wskazała mi gabinet. Weszłam do środka. Za eleganckim, starym biurkiem, tyłem do mnie, siedział jakiś mężczyzna. Widziałam czubek jego ciemnych włosów.
– Proszę usiąść – odwrócił się.
– To pan? To pani? – powiedzieliśmy to równocześnie.
– Ale niespodzianka! – uśmiechnął się czarująco – Cieszę się, że panią widzę! Nie mogłem sobie darować, że wtedy nie pojechałem z panią. Nie poprosiłem nawet o numer telefonu. Ciągle myślałem co się z panią dzieje, ale widzę, że już jest dużo lepiej... Ojej, przepraszam – powiedział, kiedy się zorientował, że przez cały czas ściska moje ramiona.
– To może się panu przedstawię i powiem o swoich umiejętnościach – zaproponowałam.
– Umiejętności? Ach, no tak szukam pomocy... Ale, a co tam. Mam na imię Jerzy, Jurek – zaśmiał się.
– Basia.
– Basiu, to skoro już się znamy, zapraszam cię na lunch.
– A co z moją pracą? – zapytałam przerażona.
– Jeszcze zdążysz się u mnie napracować. Zobaczysz sama, ale najpierw musisz wyjaśnić mi, co znaczy słowo "ładne".
– Ładne? – byłam zaskoczona.
– Wypowiedziałaś je zaraz, gdy się ocknęłaś – uśmiechnął się Jurek, a ja poczułam jak na policzkach wykwitają mi potężne rumieńce.

Barbara K., 36 lat, chemik
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)