Sztuczny miód

Na miłość nigdy nie jest za późno!
Usłyszałam tę piosenkę i pomyślałam, że moje życie jest byle jakie, jak sztuczny miód. Życie, które wiodłam było wprawdzie wygodnie, ale nie czułam się szczęśliwa. Aż do tamtego dnia...



Jak ona miała na imię? Kasia. To dzięki niej wszystko się zaczęło. Była nowa i w ósmej klasie usiadła w mojej ławce. Nie przyszło jej do głowy, że skoro siedzę sama, to coś ze mną jest nie tak. Bo było nie tak. Nikt nie chciał ze mną nawet pogadać na przerwie, nie mówiąc już o przyjaźni. No bo, co ze mnie było za towarzystwo? Tak się złożyło, że trafiłam do elitarnej klasy złożonej z dzieci nauczycieli, lekarzy, był nawet syn adwokata. I wśród tych wychuchanych jedynaków – ja. Córka robotników rolnych, po likwidacji PGR-u, oczywiście bezrobotnych.

Przywykłam do tego, że jestem najgorsza i nawet nie próbowałam walczyć
Czy tata był alkoholikiem? Nie wiem... Póki pracował nie pił więcej niż inni. Dopiero potem. Ale określenie: córka alkoholika przylgnęło do mnie błyskawicznie. Mama próbowała związać koniec z końcem. Dorabiała szyciem, sprzątaniem. Nic dziwnego, że nie miała głowy, żeby pilnować moich lekcji. A mnie się zwyczajnie uczyć nie chciało. Tyle, że czytać lubiłam. Każdą chwilę spędzałam w zaczarowanym świecie Pollyanny i Ani z Zielonego Wzgórza. To były moje przyjaciółki. Aż tu któregoś dnia usiadła obok mnie Kasia. Przegadałyśmy jedną przerwę, drugą, zaprosiła mnie do domu. Poszłam z ciekawości. Chciałam zobaczyć, jak wygląda dom inny niż mój. I zobaczyłam. Nie tyle dom, co rodziców. Moja mama nawet, gdy szła do kościoła nie wyglądała tak, jak mama Kasi w codziennym ubraniu. Kasia mówiła, że mama jest architektem. Wydawało mi się, że to najcudowniejszy zawód świata. I pomyślałam, że ja też będę architektem.
Skąd wzięłam w sobie tyle odwagi, nie mam pojęcia. Ale następnego dnia poszłam do wychowawczyni i powiedziałam, że nie chcę iść do zawodówki, tylko do liceum i na studia. Że chcę poprawić stopnie, ale nie wiem od czego zacząć. Pani Jankowska nawet się nie uśmiechnęła, a tego, że mnie wyśmieje bałam się najbardziej. Zajęła się mną. Kazała chodzić na zajęcia wyrównawcze i podejrzewam, że rozmawiała z nauczycielami, bo bez zdziwienia przyjmowali moją nagłą aktywność, a parę pierwszych piątek dostałam z całą pewnością na wyrost. Na zakończenie roku miałam całkiem przyzwoite świadectwo. Kasia nigdy się nie dowiedziała, ile jej zawdzięczam, bo po podstawówce nasze drogi się rozeszły.
Całe cztery lata uczyłam się jak wściekła. W liceum już nie byłam najgorsza, ale koleżanek wciąż nie miałam. Myślę, że to moja wina. Bałam się odrzucenia i nikogo do siebie nie dopuszczałam. Zresztą, najpierw nadrabiałam braki z podstawówki, potem dawałam korepetycje, żeby zarobić na lekcje rysunku i kurs przygotowawczy na architekturę.
Dostałam się. Zamieszkałam w akademiku i postarałam się jak najszybciej zapomnieć o rodzinnym domu. Udało się. Nikt nie wiedział, kim naprawdę jestem.

Wyrwałam się z dawnego życia do "lepszego" świata. Ale czy było warto?
I wtedy napatoczył się Michał. Przystojny student medycyny, syn znanego chirurga, wpatrzony we mnie jak w obraz. Na zimno zdecydowałam, że nadaje się na męża. Zrobiłam wszystko, żeby go złapać. Ślub wzięliśmy w wakacje. Uparłam się, żeby nie robić wesela, bo bałam się, jak w tym wytwornym towarzystwie wypadną moi rodzice. Pojechaliśmy za to w prawdziwą podróż poślubną. Żadna Tunezja, ani nawet Egipt. Teść się szarpnął i zafundował nam Hawaje. I już wtedy uwielbienie mojego męża zaczęło mnie drażnić. Myślałam, że teraz nie będę już niczego grać. A okazało się, że muszę udawać zakochaną żonę. Szło mi nieźle i Michał niczego nie podejrzewał.
Po powrocie zamieszkaliśmy w jego kawalerce. Zrobiłam dyplom, znalazłam świetną pracę i poczułam pustkę. Nie miałam o co walczyć. Nie cieszyło mnie nic. Nawet nowe mieszkanie, za które lekką ręką zapłacili teściowie.
Nie czułam się szczęśliwa, ale nawet nie wiedziałam, dlaczego. Aż któregoś dnia usłyszałam tę piosenkę. "Słowa jak sztuczny miód, erzac, cholera nie życie..." – śpiewała piosenkarka, której nazwisko nic mi nie mówiło. To o mnie – pomyślałam i rozpłakałam się. Michał patrzył na mnie zdumiony.
– Kochanie, stało się coś? – zapytał czule, jak to on. Ledwie się powstrzymałam, by na niego nie warknąć.
– To chyba wahania hormonalne. Zdaje się, że jestem w ciąży
– postanowiłam podzielić się nowiną, którą znałam od kilku dni, ale nie czułam potrzeby ogłaszania jej całemu światu.
Prawdę mówiąc, w ogóle nie chciałam tego dziecka, ale wiedziałam, że nie mam wyboru. Miało stanowić uzupełnienie mojego doskonałego życia i doskonałego małżeństwa.
Urodziłam Jasia i stałam się doskonałą matką. Tylko coraz częściej czułam się jak zwierzę w klatce. Sztuczny miód – to było całe moje życie. Robiłam, co mogłam, żeby wykrzesać z siebie jakieś ludzkie uczucia. Samej trudno mi się do tego przyznać, ale nie kochałam nawet synka. Owszem, dbałam o niego, opowiadałam bajki – byłam przecież dobrą matką. Musiałam być. Ale tak naprawdę, nawet on mnie nie obchodził. Zresztą, kiedy my z Michałem byliśmy w pracy, Jasiem zajmowała się babcia i to do niej mały był najbardziej przywiązany. Jak bardzo, dowiedziałam się, gdy teściowa dostała zawału. Pogotowie przyjechało za późno. Po jej śmierci, Jaś z rozbrykanego, rezolutnego dziecka stał się małym milczkiem. Irytowało mnie to jego dziwne, nad wiek dojrzałe spojrzenie. I to, że... jakby się mnie bał. Nigdy na nic nie narzekał, nie był uparty. Czasem przekomarzał się z Michałem, próbował wytargować chwilę zabawy przed pójściem do łóżka. Ze mną nigdy. "Tak, mamusiu. Już idę mamusiu" – mówił. "Do diabła, czy ten dzieciak nie ma w sobie ani krzty życia?" – myślałam. Nie miał. Przynajmniej przy mnie. Bo gdy zostawał tylko z Michałem był inny. Uśmiechnięty, rozgadany. Złościło mnie to, ale nic nie mogłam na to poradzić. Im bardziej się starałam, tym bardziej zamykał się w sobie. Najgorsze przyszło, kiedy Michał wyjechał na kilka miesięcy na stypendium. Jaś przez całą drogę na lotnisko kurczowo trzymał ojca za rękę. A gdy samolot startował, nie podszedł do mnie, nie przytulił się. Stał, jakby był sam.

Wreszcie pękła ta skorupa, która więziła mi serce
Następne dni były ponure i smutne. Nagle zaczęłam doceniać poprzednie życie. Bo Michał dbał o mój dobry humor. Kiedy się nie odzywałam, zagadywał, coś opowiadał, zaczynał pogwizdywać. A teraz? W mieszkaniu panowała grobowa cisza. Jaś zamykał się w swoim pokoju, ja siedziałam sama w salonie. W tygodniu jakoś to było, ale myśl o takiej sobocie mnie przerażała. Dlatego wymyśliłam wesołe miasteczko. Jaś nie wykazał entuzjazmu. "Dobrze, mamusiu" – powiedział jak zwykle. Wściekłam się i już chciałam wszystko odwołać, ale się powstrzymałam. Pół dnia łaziliśmy od karuzeli do karuzeli. Był upał, bolała mnie głowa i już z pięć razy zdążyłam pożałować swego pomysłu, ale wyglądało, że Jasia zaczęło to bawić. I nagle poczułam, że zapada ciemność, a w głowie zaczynają wirować świetliste kręgi.
– Mamusiu – usłyszałam i z wysiłkiem otworzyłam oczy. Leżałam na trawie. Jakaś kobieta klepała mnie po twarzy. Tuż przy mnie klęczał mój synek. Ściskał moją rękę i płakał.
– Mamusiu... – szlochał – Nie umieraj, jak babcia.
Coś we mnie pękło. Usiadłam i objęłam mojego Jasia. Przytulił się tak, jakbyśmy na świecie byli tylko my dwoje.
– Cicho, głuptasku. Tylko zemdlałam, bo jest gorąco – szepnęłam mu do ucha – A poza tym będziesz miał siostrzyczkę – dodałam niepewnie. Aż podskoczył.
– Naprawdę? – odsunął się trochę, żeby spojrzeć mi w oczy. Nigdy dotąd nie widziałam u niego takiego uśmiechu.
– Naprawdę – powiedziałam. A kiedy znowu się przytulił, poczułam, jak zalewa mnie obezwładniająca fala miłości. Poczułam, że kocham nie tylko mojego synka, męża i to nienarodzone jeszcze dziecko. Poczułam, że kocham cały świat. Uczucie synka sprawiło, że sztuczny miód nagle stał się prawdziwy.

Beata K., 36 lat, architekt
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)