Szefowa mnie upokarzała i wyzywała fot. Adobe Stock, Jochen Schönfeld

„Szefowa stale mnie upokarzała i obrażała. Zrobiła ze mnie służącą”

– Co ty robisz? Nie tak, idiotko! – wrzasnęła znienacka szefowa, która wyrosła tuż obok mnie. Przestraszona aż podskoczyłam i mało się nie oparzyłam żelazkiem. – Zostaw już, kretynko, sama to zrobię. Zejdź mi z oczu.
/ 14.01.2022 07:50
Szefowa mnie upokarzała i wyzywała fot. Adobe Stock, Jochen Schönfeld

Do tej pory byłam zwykłą kurą domową. Gotowanie, sprzątanie, opieka nad dzieckiem. W sumie nie narzekałam. Ale kiedy dostałam propozycję pracy, poczułam, że to dla mnie szansa, by wyjść z domu. Nie spodziewałam się tylko, za jaką cenę!

Zawsze marzyłam o pracy w hotelu

Byłam pewna, że to idealny wybór, skoro mieszkam w nadmorskiej miejscowości – w sezonie pełno turystów, zawsze potrzebne są ręce do pracy. Słyszałam smętne opowieści o ludziach, którzy pokończyli różne uczelnie i mieli z tego tylko bezużyteczny papier. Informatyk stał za ladą w sklepie, a dziewczyna po polonistyce sprzedawała kosmetyki.

Chciałam czegoś pewnego, chciałam mieć zawód w garści – dlatego zdecydowałam się na technikum hotelarskie. I udało się. Szkołę skończyłam z wyróżnieniem, praktyki zaliczyłam na ocenę celującą, a praca niemal sama się nawinęła.

Przypadkiem usłyszałam rozmowę w sklepie: jakiś facet mówił o swoim pensjonacie, o tym, że ktoś tam się zwolnił i bardzo potrzebują zastępstwa. Ani chwili się nie zastanawiałam. Bez żenady podeszłam do obcego mężczyzny i wyjaśniłam, że jestem po szkole hotelarskiej i szukam pracy. Był uprzejmy i zainteresowany.

Dał mi wizytówkę i zaproponował spotkanie następnego dnia. Ucieszona, jakbym wygrała w totka, od razu zadzwoniłam do mamy z dobrymi nowinami. Równie uradowana, obiecała zająć się małą, gdyby mi się udało dostać pracę.

Córeczka dopiero zaczęła raczkować, wiedziałam, że mamie może być trochę ciężko, ale jeśli dostanę umowę, to nie powinno być problemów ze żłobkiem. W prostych sytuacjach, jak wyjście na szybko do sklepu, pomagali mi sąsiedzi. Zazwyczaj brałam wózek i od razu zaliczałam spacer, ale kiedy pogoda była wyjątkowo brzydka albo wróciłam i odkryłam, że nie kupiłam dosłownie jednej rzeczy, ich pomoc była nieoceniona.

Zastanawiałam się, czy od razu zadzwonić też do męża. Pracował w innym mieście, na głowie miał mnóstwo spraw, więc odwlekłam to. Wolałam się pochwalić, kiedy sprawa będzie pewna. Wizytówka w garści to jeszcze trochę za mało.

Na drugi dzień już miałam się czym chwalić

Nawet zgrzeszyłam z tej radości i wypiłyśmy z mamą po lampce koniaku, który trzymam na specjalne okazje. Dosyć bycia biedną kurą domową! Do tej pory żyliśmy bardzo skromnie. Nie oczekiwałam wielkich pieniędzy, ale miło by było kupić sobie coś bez wyrzutów sumienia. Marzyło mi się, by sprawić sobie coś całkiem zbędnego, na przykład markową kredkę do oczu, a nie taką najtańszą z bazaru. Albo prawdziwe perfumy, nie chińską podróbkę. Albo jakiś ciuch – nowy, nie z lumpeksu.

Wszystko wskazywało na to, że dostałam tę pracę, więc mogłam sobie pozwolić na takie marzenia. Więcej – mogłam je urzeczywistnić. Robert także mi pogratulował, kiedy w końcu mu o wszystkim powiedziałam. Nie było sensu dłużej robić z tego tajemnicy. Cieszyłam się bowiem nie tylko ze zdobycia pracy, ale także z tego, że wreszcie przestanie się o mnie martwić.

Bo siedzę w domu i dziczeję, bo się frustruję i hoduję sobie depresję. Oboje nie wiedzieliśmy, że dopiero teraz powinien się zacząć martwić...

Pierwszy dzień to był koszmar

O ile szefa odebrałam jako sympatycznego faceta, o tyle jego żona okazała się zołzą. Naburmuszoną, złośliwą, czepialską, pomiatającą ludźmi małpą. Przyszłam do pracy ubrana jak spod igły: biała koszula, marynarka, spodnie z kantem. Tak mnie w szkole nauczono. Tymczasem szefowa obrzuciła mnie zniesmaczonym spojrzeniem.

– Chyba nie będziesz w tym sprzątać? Nie wzięłaś sobie nic na przebranie?

Zmieszałam się nieco. Może czegoś nie zrozumiałam? Szef mówił polskim mocno łamanym przez niemiecki. Nawet miał kłopot z wypowiedzeniem mojego imienia. Zamiast Kaśka mówił Naszka. Nie przeszkadzało mi to, ale zrozumiałam tyle, że mam pomagać przy śniadaniach, czyli zanosić dania i ładnie się przy tym prezentować, odbierać telefony i tym podobne czynności, do których nie był potrzebny dres.

Pani Barbara dość dosadnie wytłumaczyła mi, że mam być od wszystkiego. Mam śniadania przygotować i podać, potem posprzątać, w pokojach również, mam zmieniać ręczniki, pościel i firanki, myć okna, podłogi, szafki...

– No ale skoro nie masz niczego na przebranie, to dziś… Koszule. O tak, wyprasuj koszule – zaordynowała.

– Koszule… Jakie koszule?

– Mojego męża.

Zaprowadziła mnie na ostatnie piętro, gdzie nad hotelem mieli swoje prywatne mieszkanie. Trochę mnie zdziwiło, że mam robić cokolwiek u nich w domu, ale nie zamierzałam dyskutować. Nie pierwszego dnia. Nie sądziłam jednak, iż prasowanie to jakaś wielka filozofia i że można z jego powodu być zwyzywanym od najgorszych.

– Co ty robisz? Nie tak, idiotko! – wrzasnęła znienacka Barbara, która wyrosła tuż obok mnie.

Przestraszona aż podskoczyłam i mało się nie oparzyłam żelazkiem. Gdy to zobaczyła, burknęła:

– Zostaw już, kretynko, sama to zrobię. Zejdź mi z oczu.

– W sensie…?

– W sensie, że już sobie idź, nie jesteś mi potrzebna. A jutro weź jakieś ciuchy na przebranie, żebyś mogła normalnie pracować. Bądź na szóstą. Aha, i masz – wcisnęła mi w dłoń banknot. Pięćdziesiąt złotych.

Zacisnęłam zęby. Miałam ochotę rzucić jakąś ciętą ripostę, a potem podziękować za współpracę.

Czułam, że się nie dogadamy

Bez szans. Ta kobieta była choleryczką, była wredna do szpiku kości. Zachowywała się chaotycznie, agresywnie. Naprawdę byłam bliska rezygnacji, ale… Tak pierwszego dnia? Wyszłabym na słabą. Poza tym kusiły mnie pieniądze, marzenia, które snułam, duma, jaką odczuję, gdy dorzucę się do budżetu. W domu przedstawiłam wersję: trochę ciężko, ale kasa się zgadza.

Mama była zachwycona, mąż też. Tylko mnie coś w środku gniotło, jakieś złe przeczucie. Dam radę, powtarzałam więc sobie, dam radę, choćby nie wiem co. Na drugi dzień już się przygotowałam i wzięłam ciuchy na zmianę.

Niestety, nie byłam gotowa na to, że zostałam najęta na ich osobistą służącą. Do pilnowania dzieci, do wyprowadzania psów, do sprzątania ich łazienki. Co gorsza robiłam na czarno. Barbara płaciła mi dniówki, ale o umowie jakoś niespecjalnie chciała rozmawiać.

– Zobaczymy, czy się sprawdzisz – powtarzała, kiedy zaczynałam temat.

Ale najbardziej przeszkadzało mi jej chamstwo. Wiadomo, szefa nie trzeba lubić, ale ona przekraczała wszelkie granice. Najpierw kazała mi zrobić drugie śniadanie dla swoich synów do szkoły, a potem się na mnie darła.

– Co robisz, kretynko? Mówiłam, że są na diecie! Nie mogą jeść białego pieczywa!

Pierwsze słyszę, chciałam odwarknąć, ale ugryzłam się w język. Kłócenie się z tą kobietą nie miało sensu. Z jej dzieciakami też. Młodszy był bardziej podobny do taty, ale starszy – wypisz wymaluj mamuśka. Gdy kolejny raz zostałam z nimi sama, odkryłam, że smarkacze podkradają cukierki z puszki w kuchni.

Zwróciłam im uwagę, delikatnie.

– Wiecie dobrze, że mama nie byłaby zadowolona, gdyby się dowiedziała, że jecie słodycze między posiłkami.

Mały się skwasił i wyciągnął rękę z puszki. Starszy zanurzył w niej głębiej obie ręce, a potem wsadził pełne garście cukierków do kieszeni. Na koniec pokazał mi środkowy palec i bezczelnie odpyskował:

– Jak doniesiesz matce, to ja powiem, że mnie uderzyłaś. I raz, dwa, cię stąd wywalą.

Nic nie odpowiedziałam, bo byłam w szoku. Ile lat miał ten smarkacz? Dziesięć góra. I coś takiego? No ale przykład idzie z góry, a jego matka też nie zważała na słowa ani ludzi. Dzieciaki poszły do swoich pokoi, ja zajęłam się sprzątaniem. Nie sądziłam, że młody papierki po cukierkach wsadzi pod poduszkę, gdzie znalazła je Barbara i wpadła w szał. Właśnie kończyłam sprzątanie ostatniego pokoju, kiedy wparowała jak dzika furia.

– Dałaś im słodycze? Ty durnoto, ile mam powtarzać, że muszą schudnąć?

– Pani Basiu, ja im słodyczy nie dawałam, sami wzięli. Przecież nie będę się z nimi szarpać, prawda?

Na to nie umiała odpowiedzieć, bo i jak. Podeszła więc do okna i przejechała palcem po parapecie.

– Co to jest? – podsunęła mi go pod nos.

– Jeszcze nie skończyłam… – krew we mnie buzowała, czułam tętnienie w skroniach, byłam bliska wybuchu.

– Co do tej pory robiłaś? Zaraz stajesz za barem, a pokój wciąż nieskończony! Do niczego się kompletnie nie nadajesz! Pokarało mnie taką niedojdą! – i popchnęła mnie tym placem w ramię.

Popchnęła!

Zdjęłam wolno rękawiczki i rzuciłam jej pod nogi. Minął miesiąc, odkąd tam pracowałam. Umowy ani widu, ani słychu. Za to mobbing na całego. Byłam obrażana, upokarzana i wykorzystywana. Brakuje, żeby zaczęła mnie bić. Dosyć tego!

– Zwalniam się – wycedziłam.

– Co?

– Mop i wiaderko są tam – wskazałam.

I wyszłam. W dresie, w którym sprzątałam. Eleganckie ciuchy upchnęłam w reklamówkę i po prostu wyszłam. Nie po to się uczyłam, żeby codziennie ktoś mi ubliżał. Koniec poniżania. Łzy mi ciekły po policzkach, gdy układałam sobie w głowie, co powiem w domu.

Przecież mówiłam, że wszystko w porządku. Bo duma, pieniądze, marzenia. Postawiłam na szczerość. Dużo wysiłku mnie to kosztowało, ale ulga była niesamowita. Nareszcie prawdziwa ja! Dziewczyna, która nie pozwala sobą pomiatać. Barbara zadzwoniła kilka dni później. Chyba chciała mnie ściągnąć z powrotem i kusiła tym, że nie wzięłam pieniędzy za ostatni dzień. Odparłam krótko:

– Nie chcę.

– Ale czemu?

– Bo się pani brzydzę.

Jednego tylko żałuję. Że nie mogłam zobaczyć jej miny.

Czytaj także:
„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”
„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”
„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę”