Pozwólcie mi być matką!

Czy to moja wina, że synek wciąż chorował? Szef uważał, że tak.
Pozwólcie mi być matką!
Odebrano mi najpiękniejszy okres w życiu młodej mamy. Zamiast się nim cieszyć wciąż bałam się, że stracę pracę. Nie mogłam znieść myśli o rozstaniu z synkiem, ale nie było innego wyjścia.

A może ty jesteś w ciąży? – Anka oparła się o umywalkę.
– Eee, nie – odparłam, schlapując twarz wodą. – Ostatnio było tyle roboty i ten kurs, i przeprowadzka... Zmęczona jestem i tyle.
Rzeczywiście, zajęć mi nie brakowało. W biurze mieliśmy reorganizację, przeprowadzaliśmy się z mężem nareszcie do własnego mieszkania, a ja na dodatek właśnie teraz robiłam kurs prawa jazdy. Wstawałam o piątej rano, żeby ze wszystkim zdążyć, pracowałam do późna i czasem nie miałam sił nawet na jedzenie. Nic dziwnego, że ze dwa razy zrobiło mi się słabo. Tylko ciąży mi brakuje... Oczywiście, myśleliśmy z mężem o dziecku, może nawet dwójce, ale przecież nie teraz. Romek zaocznie kończył studia, do niedawna mieszkaliśmy z rodzicami – jeszcze nie czas na dziecko.
Nazajutrz, w sobotę obudziły mnie mdłości. Zatrułam się czymś – to była moja pierwsza myśl. W następnej chwili pomyślałam jednak: A może? Obudziłam Romka. Spojrzał nieprzytomnie.

Mój mąż szalał z radości. Nie wiedziałam, że aż tak chciał tego maleństwa.
– Mówisz poważnie? Hura – wyskoczył z łóżka, jak z procy. – Leż tu spokojnie. Lecę po test – wołał, podskakując na jednej nodze, bo zaplątał się w nogawkę spodni.
– Uspokój się, wariacie – śmiałam się. – To pewnie fałszywy alarm. Trochę marnie się ostatnio czuję i tyle.
– A może? – nie dawał za wygraną. – Właśnie niedawno sobie myślałem, że teraz byłoby w sam raz. Mamy mieszkanie, ja się obronię za miesiąc albo dwa. Urodziłoby się wiosną przyszłego roku – wypadł z mieszkania, zapinając guziki koszuli. Wyciągnęłam się na łóżku. Może faktycznie teraz nie byłoby źle zajść w ciążę? – myślałam. Mam 29 lat, niby to jeszcze żaden wiek, ale jeśli myślimy o dwójce...
Dwadzieścia minut później siedziałam na brzegu wanny, w napięciu wpatrując się w okienko w małym kawałku plastiku. Jedna czy dwie kreski? Minuty wlokły się, jak wieczność. Sama nie wiedziałam, co bym wolała. Romek nie miał takich rozterek. Już planował urządzenie dziecinnego pokoju, zastanawiał się nad imieniem. Pomyślałam, że nawet jeśli nie jestem w ciąży, trzeba się nad tym zastanowić. Do tej pory nawet nie wiedziałam, że tak mu na tym zależy.
– Jeeest – okrzyk męża wyrwał mnie z zamyślenia. Romek złapał leżący na pralce test i wymachując nim nad głową, odtańczył jakiś dziki taniec.
– Pokaż – złapałam go za rękę. Oddał mi test. Spojrzałam – dwie błękitne kreski. A więc jednak.
Wszystkie wątpliwości zniknęły, cieszyliśmy się, jak wariaci. Od razu obdzwoniliśmy rodzinę i przyjaciół. Wszyscy nam gratulowali. Dopiero Anka wylała mi na głowę kubeł zimnej wody.
– Lepiej na razie nie mów nic w pracy – zaczęła ostrożnie.
– Czemu? – zdziwiłam się.
– Bo ostatnio trochę tego było. Jedna dziewczyna z recepcji, jedna w handlowym, chyba ze dwie w księgowości. Stary się wścieknie. Słyszałam, jak mówił, że niedługo będzie więcej zastępstw niż stałych pracowników. Odczekaj trochę.
O tym nie pomyślałam. Tyle się słyszy o niechęci pracodawców do młodych matek. Ale akurat w naszej firmie nigdy nie było z tym problemów. Co tam, jakoś to będzie – zdecydowałam, że martwienie się na zapas nic nie da.

Wizyta u lekarza ostatecznie potwierdziła nasze przypuszczenia, a i reakcja szefa, kiedy zaniosłam do kadr zaświadczenie o ciąży nie dawała mi powodów do niepokoju. Uśmiechnął się, pogratulował i tyle. Nie było żadnych złośliwych uwag, żadnych komentarzy. Bo też i naprawdę nie miał powodu do narzekań. Specjalnie pilnowałam, żeby ze wszystkiego wywiązywać się na czas.

Nie moglam znieść myśli o rozstaniu z synkiem...
W ciąży czułam się znakomicie, więc pracowałam do ostatniej chwili. Ustaliłam z kierownikiem, że po macierzyńskim wezmę pół roku wychowawczego, a potem zobaczymy.
Jerzyk był ślicznym zdrowym dzieckiem. Nie mogłam się nim nacieszyć. Pół roku minęło, jak z bicza strzelił. Z przerażeniem myślałam o powrocie do pracy. Jak to? Mam zostawić swojego synka pod opieką jakiejś obcej kobiety? Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Ale nie było innego wyjścia. Rodzice Romka mieszkają daleko, moi jeszcze pracują, a żłobków w naszym mieście po prostu nie ma. Zresztą, nie chciałam oddawać synka do żłobka. Już lepiej znaleźć jakąś miłą, odpowiedzialną opiekunkę. Zastanawialiśmy się wprawdzie z mężem, czy nie przedłużyć tego urlopu o kolejne pół roku, ale... Jak długo można żyć z jednej pensji? Zresztą, Anka radziła mi, żebym wracała jak najszybciej.
– Kierownik narzeka, że cię nie ma – tłumaczyła. – Lepiej wracaj, bo jeśli kogoś zatrudni, możesz mieć kłopoty.
Kiedy miesiąc przed końcem urlopu wpadłam do biura, przekonałam się, że mówiła prawdę.
– Pani Anetko, witamy. Kiedy pani wreszcie do nas wróci? – kierownik spotkał mnie na korytarzu i przywitał, jak na niego, wyjątkowo wylewnie. Wypytywał, jak się czuję, jak Jerzyk i czy już stęskniłam się za pracą.
– Postarała się pani o opiekę dla synka? – spytał. – Bo muszę wiedzieć, czy mogę na panią liczyć, jak dawniej – dodał.
Zrobiło mi się trochę nieprzyjemnie. A więc po to była ta cała serdeczność – chciał mi przekazać, że nie będzie mnie traktował ulgowo. Ale po tej rozmowie wiedziałam już, że kolejne pół roku urlopu nie wchodzi w grę, jeśli w ogóle chcę mieć dokąd wracać.
Od następnego dnia zaczęliśmy szukać opiekunki dla Jerzyka. Tylko, że to wcale nie było takie łatwe, jak nam się na początku wydawało. Bo albo kandydatki nam się nie podobały, albo nie było nas na nie stać, albo jedno i drugie. Dosłownie kilka dni przed końcem urlopu trafiliśmy na panią Krysię. Była znajomą mojej mamy i właśnie przeszła na wcześniejszą emeryturę. Podobała nam się i Jerzyk ją polubił. I, co najważniejsze, nie była obca. Moja mama zna ją chyba od trzydziestu lat. Kłopot był tylko taki, że jej córka też ma małe dzieci. Starsze od Jerzyka i pani Krysia musi je odbierać z przedszkola najpóźniej o piątej. No, ale ja kończę pracę o piętnastej. Wszystko powinno się ułożyć.

Nikt nie mógł mi zarzucić, że źle pracuję, wszystko układało się wspaniale
Pierwsze dni w biurze były strasznie trudne. Nie mogłam się skupić i musiałam powstrzymywać się, żeby nie dzwonić do domu co pół godziny. Potem przywykłam. Starałam się pracować, jak najlepiej, żeby nie zostawać po godzinach. Nie miałam już czasu na ploteczki przy biurku, ani wypady do barku.
Przez trzy miesiące wszystko układało się jak najlepiej. Odetchnęłam i powoli pozbywałam się wiecznego uczucia pośpiechu. Ale potem wszystko zaczęło się komplikować. Najpierw zachorowała pani Krysia. Miała grypę i przez tydzień musiała leżeć. Na szczęście Romek mógł wtedy wziąć urlop. Ale zaraz potem Jerzyk dostał ospy. Z duszą na ramieniu zaniosłam szefowi zwolnienie.
– Ma wyczucie ten pani chłopak – uśmiechnął się dobrodusznie. – Dobrze, że zdecydował się chorować teraz, a nie w przyszłym miesiącu, bo szykuje nam się tu niezłe piekło. No, niech pani biegnie do dziecka.
Odetchnęłam i wszystkim opowiadałam, jakim aniołem jest nasz kierownik.
– Wiesz, że tego się po nim nie spodziewałam – Anka z podziwem kręciła głową. – Sam przecież dzieci ma już dorosłe, zapomniał, jak to jest. Zresztą, co facet może wiedzieć... A wiesz, słyszałam, że niedawno wnuczka mu się urodziła, może to dlatego jest taki wyrozumiały – dodała.

Jerzyk wyzdrowiał, wróciłam do pracy, ale ledwie minęły dwa tygodnie, zachorowała wnuczka pani Krysi i babcia musiała się nią zająć. Wkrótce okazało się, że to coś poważnego i pani Krysia musiała zrezygnować z pracy u nas. Oboje z Romkiem kombinowaliśmy na wszystkie sposoby, by zapewnić Jerzykowi opiekę. Raz nawet, na pół dnia zostawiliśmy go z 13-letnią córeczką sąsiadki. Nic się nie stało, dziewczynka okazała się odpowiedzialnym dzieckiem, ale co przeżyłam, to moje.
Wśród znajomych nie było nikogo odpowiedniego, a obcy... Lepiej nie mówić. Od jednej, z wyglądu dystyngowanej pani, pewnego dnia po powrocie z pracy poczułam alkohol. Druga, zamiast zajmować się dzieckiem, rozwiązywała krzyżówki a Jerzyk chodził z mokrą pieluchą tak długo, że odparzył sobie pupę. Trzecia miała zwyczaj nieprzychodzenia co najmniej raz w tygodniu bez uprzedzenia. W ciągu pół roku z cenionego, nagradzanego pracownika stałam się w biurze czarną owcą. Dziewczyny mnie kryły i pomagały, jak mogły, ale wszystkiego ukryć się nie dało.

Przez pół roku straciłam dobrą opinię i stałam się w pracy czarną owcą
– Oooo, pani Aneta przy swoim biurku. A co to się stało? – takie kąśliwe uwagi zdarzały się kierownikowi coraz częściej. A ja coraz częściej płakałam z tego powodu w łazience. I coraz bardziej się bałam. Wiedziałam, że jeśli nic się nie zmieni, zwolni mnie prędzej czy później. Byłam rozżalona, bo nie pracowałam gorzej niż inni. To prawda, nie mogłam zostawać po godzinach, ale często zabierałam papiery do domu i bez słowa brałam każdą dodatkową robotę. Ale kierownik jakby tego nie zauważał. Kiedy któregoś dnia spóźniłam się 15 minut, bo uciekł mi autobus, poprosił mnie do gabinetu. W ostrych słowach powiadomił mnie, ze muszę "uporządkować swoje sprawy osobiste" albo zrezygnować z pracy. Nie potrafiłam powstrzymać się od płaczu. Zmieszał się.
– Pani Aneto, ja wszystko rozumiem, ale i pani musi zrozumieć, że firmy nie obchodzą kłopoty pracowników – stwierdził już łagodniejszym tonem.
– Ale, panie kierowniku, przecież ja sobie radzę – próbowałam się bronić.
– Nikt niczego nie robi za mnie, nie zawalam terminów, wszystko jest na czas... – próbowałam być pewna swoich racji, ale wypadło to raczej żałośnie.
– I dlatego ciągle tu pani pracuje – przerwał mi. – Tylko, że, niestety już nie możemy na panią liczyć. A wie pani, że firma walczy o przetrwanie. Będą zmiany, musimy dostosować się do nowych warunków. Szczerze pani radzę, niech pani się postara znaleźć jakieś wyjście, bo kolejne zwolnienie na opiekę nad dzieckiem, może się okazać ostatnim. Proszę wracać do pracy.
Niewiele było ze mnie pożytku w biurze tego dnia. Wszystko leciało mi z rąk. Co mam do diabła zrobić – na zmianę, to byłam zrozpaczona, to wściekła.
Zrobiliśmy naradę rodzinną, ale niczego mądrego nie wymyśliliśmy. Romek nie może zacząć brać zwolnień, bo zarabia dwa razy tyle co ja. Jeśli on straci pracę, mojej pensji nie starczy nawet na opłaty i ratę kredytu. Ale może nie będzie tak źle? Aktualna opiekunka wydawała nam się całkiem sympatyczna i jeszcze ani razu nie nawaliła.

Przez miesiąc nic się nie działo. Tylko w biurze poszła plotka, że przejmie nas nowy właściciel i wszyscy chodzili podminowani. Tak bałam się ruszyć zza biurka, że nawet przestałam chodzić do łazienki ściągać pokarm, choć nadal wieczorem karmiłam synka piersią i zależało mi by nie stracić mleka.
Tamtego dnia, kiedy zadzwoniła pani Wiesia, kierownik był szczególnie wściekły.
– Pani Anetko, Jerzyk ma straszną gorączkę. Prawie 39 i pół – usłyszałam przestraszony głos pani Wiesi.
– Niech mu pani da czopek. Już jadę – zawołam i gorączkowo zaczęłam wrzucać swoje rzeczy do torby.
– Zamów lekarza przez telefon, ale nie wychodź – Anka widząc mnie gotową do wyjścia, zerwała się zza biurka.
– Daj spokój, idę – przerwałam jej.
– Wylecisz za to – przekonywała.
– No to wylecę – tak się spieszyłam, że nie mogłam trafić w rękaw płaszcza.
– Poczekaj, Aneta. Ja pojadę do Jerzyka. Zawiozę go do przychodni. On mnie przecież zna i lubi, a mnie to ujdzie na sucho – złapała mnie za rękę.
– Dziękuję ci, ale muszę iść – wzruszyła mnie jej troska, ale nie wyobrażałam sobie, że mogłabym się na to zgodzić.

W mieszkaniu, nawet się nie rozbierając wpadłam do małego pokoiku. Synek spał, czoło miał chłodne.
– Dałam mu panadol, ten w syropku i gorączka zaraz zaczęła spadać – szepnęła pani Wiesia. – W przychodni straszna kolejka, dzwoniłam. Zapisałam Jerzyka dopiero na osiemnastą.
Dopiero teraz nogi się pode mną ugięły. Ciężko usiadłam na brzegu tapczanika i łzy popłynęły mi same.
– Pani nie płacze, to pewnie jakieś zwykłe przeziębienie – pani Wiesia poklepała mnie po plecach.
– Wiem – chlipnęłam – ale tak się wystraszyłam... I w biurze... – zanim się obejrzałam, zwierzyłam się opiekunce z kłopotów w pracy.
– No tak – pokiwała głową. – Moja córka też to przechodziła, jak dzieci były małe, a ja jeszcze pracowałam. Takie czasy – westchnęła.
W przychodni okazało się, że choroba Jerzyka to rzeczywiście po prostu przeziębienie. Nie wzięłam zwolnienia. Następnego dnia szłam do pracy z duszą na ramieniu. Od razu chciałam wyjaśnić wszystko kierownikowi, ale nie dał mi dojść do słowa.
– Ostrzegałem panią – powiedział. – Pretensje proszę mieć do siebie...

Byłam pewna, że to koniec i już nic nie uratuje mnie przed zwolnieniem...
Przez następną godzinę gapiłam się w papiery, jak sroka w gnat, nie rozumiejąc, co czytam. Matko jedyna, co teraz będzie? Zwolnią mnie. Na pewno mnie zwolnią. Ta firma, co ma nas przejąć nie będzie się patyczkować. Podobno trzydzieści procent ma pójść na bruk. Ja w pierwszej kolejności. A innej pracy nie znajdę. Kto zatrudni kobietę z małym dzieckiem? Cholera ciężka. A może szybko postarać się o następne dziecko? Od pierwszego dnia ciąży iść na zwolnienie, potem na wychowawczy? Nie będą mogli mnie zwolnić i niech robią, co chcą – w desperacji przychodziły mi do głowy coraz bardziej wariackie pomysły. I ten niepokój o dziecko. A jeśli Jerzyk znów ma gorączkę? Niepotrzebnie mówiłam pani Wiesi o kłopotach w pracy, bo teraz ona nie zadzwoni, choćby działo się nie wiem co. Wyczekałam, aż kierownik wyjdzie na papierosa i złapałam za słuchawkę.
– Pani Wiesiu, jak temperatura? – spytałam niemal szeptem, żeby słyszało mnie jak najmniej osób.
– Dobrze. Ma tylko lekką gorączkę, zjadł zupkę, a teraz śpi. Niech się pani nie martwi – odłożyłam słuchawkę i zamarłam. O krok ode mnie stał kierownik i przyglądał mi się złym wzrokiem.
– Radziłbym jednak zająć się pracą. Póki jeszcze tu pani jest – rzucił.
Do końca miesiąca zostało zaledwie kilka dni. I całe szczęście, bo chyba bym zwariowała. Codziennie spodziewałam się, że dostanę wymówienie. Doszłam do tego, że chciałam, mieć to już z głowy. Ale miesiąc się skończył i nic się nie stało. Za to od nowego okazało się, że plotki o przejęciu były prawdziwe. Pewnego dnia nasz kierownik nie przyszedł, a jego gabinet zajęła młoda, na oko trzydziestoparoletnia kobieta. Elegancka i trochę wyniosła. Przez pierwsze dni zamknięta w gabinecie przekopywała się przez dokumenty. Potem zapowiedziała, że będzie rozmawiać z personelem. Ja poszłam na pierwszy ogień.
"Wszystko jasne, teraz wylecę i po krzyku" – myślałam ze złością, wstając od biurka. W gabinecie nowej szefowej zatrzymałam się zaraz za drzwiami, pewna, że nie zabawię tu długo.
– Proszę usiąść – wskazała krzesło.
"Nie ma co, wersal" – pomyślałam.
– Pani Aneto, coś mi się tu nie zgadza – zaczęła, otwierając moją teczkę personalną. – Pan Jasiński nie wystawił pani dobrej opinii, ale przejrzałam prowadzone przez panią sprawy i nie mam zastrzeżeń. Przez te kilka dni specjalnie się pani przyglądałam i widzę, że jest pani zorganizowana, szybka, dokładna. Zapytam więc wprost: O co chodzi?
Ze zdumienia, mowę mi odjęło. Wchodząc tu spodziewałam się wszystkiego, ale nie takiego postawienia sprawy.
– Chyba nie zdołam pani tego wytłumaczyć – westchnęłam.
– Niech pani spróbuje.
– Ma pani dzieci? – spytałam głównie po to, żeby pozbierać myśli, bo nie wiedziałam, od czego zacząć.
– Aaaaa – uśmiechnęła się. – Rozumiem. Pewnie małe?
– Niecałe dwa lata – odparłam i wzięłam głęboki oddech, żeby powiedzieć wszystko od początku.
– Nie trzeba – machnęła ręką. – Rozumiem. Też przez to przechodziłam.
Wyjęła z mojej teczki jakiś papier, przedarła go na pół i jeszcze raz, zmięła w kulkę i celnie wrzuciła do stojącego przy drzwiach kosza.
– No dobrze. Wszystko wyjaśniłyśmy. Proszę wracać do pracy, bo mamy huk roboty. A, jeszcze jedno – odezwała się, kiedy już byłam przy drzwiach.
– Tak? – odwróciłam się.
– Niech się pani przestanie przejmować głupotami i nauczy cieszyć z tego, że jest pani matką – powiedziała ciepło.

Źródło: Uczucia i tęsknoty
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)