Post w karnawale fot. Panthermedia

Post w karnawale

Trudno mi było pogodzić się ze stratą Jarka, mimo że to ja z nim zerwałam. Musiałam tę miłość odchorować.
/ 02.03.2012 14:46
Post w karnawale fot. Panthermedia

Przestań się mazać! – moja siostra wrzasnęła do słuchawki. – Na mszę powinnaś dać, że się go pozbyłaś. Drań był i tyle…
Nigdy nie lubiła mojego narzeczonego. Szukała dziury w całym, obgadywała go i wyśmiewała. Nareszcie ma satysfakcję.
– Wyłącz się i nie blokuj linii – mówię.
– Może jeszcze zadzwoni?
Kto chociaż raz w życiu nie czekał na telefon od swojej miłości? Serce wali, w gardle sucho, oczy łzawią od wpatrywania się w ten złośliwy, milczący przedmiot, który nie chce się odezwać. Sprawdzasz, czy jest sygnał? Jest. Na wszelki wypadek podłączasz ładowarkę. Kładziesz komórkę na porcelanowym talerzyku; jeśli zadzwoni, nie przegapisz, usłyszysz na pewno… Ale nie dzwoni, nie pika na znak, że przyszedł SMS, nie wibruje.
Powinnaś zrobić zakupy, pójść do pracy, posprzątać mieszkanie, zrobić pranie… Nic z tego! Bierzesz parę dni zaległego urlopu, nic nie jesz, bo wszystko jest ohydne, mdłe, nie do przełknięcia. Siedzisz skulona pod kocem i modlisz się: „Panie Boże, jeśli się odezwie, będę inna. Załatw mi to, a ja się zmienię. Przestanę palić. Zacznę chodzić do kościoła. Pogodzę się z Mariolą, chociaż to straszna jędza, ale zacisnę zęby i ja pierwsza wyciągnę do niej rękę na zgodę. Błagam, podobno wszystko możesz, co to dla Ciebie kazać mu wystukać mój numer?”.
Masz ochotę zabić tych, którzy się do ciebie dodzwaniają: koleżanki, mama, pani z banku, która informuje, że nie wpłynęła rata kredytu. Faktycznie, nie wpłynęła, bo kto by pamiętał o takich głupstwach, kiedy świat mu się zawalił? Płaczesz… Chodzisz od okna do okna. Myślisz, że nie warto dalej żyć!

Ze mną było tak samo.
Z rozpaczy wyrwała mnie myśl, że może nie wszystko stracone? „Dlaczego tak się poddałam? Dlaczego uwierzyłam tej kobiecie, która przecież mogła mnie okłamać, że jest w ciąży z moim narzeczonym i że ich romans trwa od lata. To na pewno oszustka, albo ktoś podstawiony po to, żeby nas zniszczyć. Ludzie są podli, zazdroszczą innym szczęścia i zrobią wszystko, żeby się cieszyć cudzą porażką. Mało razy mi mówili, że jestem łatwowierna i naiwna. Ktoś postanowił zabawić się moim kosztem, a ja idiotka uwierzyłam i po wielkiej awanturze wywaliłam Jarka z domu! Nie pozwoliłam mu nawet się wytłumaczyć”.
Resztki rozsądku każą mi przez chwilę przyznać, że Jarek wcale nie miał zamiaru niczego wyjaśniać. Wyglądał, jakby mu to było na rękę. Trzasnął drzwiami i tyle go widziałam!
Ale kto w takiej rozpaczy myśli logicznie? Więc znowu sobie wmawiam, że był zaskoczony bzdurnymi oskarżeniami, obrażony, wściekły i dlatego wolał wyjść, żeby już nie słuchać moich jęków.
Powinnam była spokojnie z nim pogadać. Wyciągnąć prawdę. Nie napadać jak furiatka. To był błąd, ale na szczęście do naprawienia.
Od razu się trochę uspokajam. On nie dzwoni? Trudno. Ma rację, po takiej niesprawiedliwości z mojej strony ma prawo czuć się skrzywdzony. Telefon działa w dwie strony; teraz moja kolej…
Długo nie odbiera, ale jestem uparta. Wreszcie słyszę:
– No, czego jeszcze chcesz? Chyba wszystko jasne między nami?
– Nic nie jest jasne. Porozmawiajmy. Obiecuję, że będę spokojna. Musimy ustalić pewne sprawy…
– Niech będzie. Kiedy?
Szybko kombinuję: fryzjer, kosmetyczka, sprzątanie, kolacja, zakupy…
– Pojutrze. Może być?
– No, nie wiem. Jest karnawał, sobota... Nie mam czasu.
– Wpadnij tylko na chwilę. Proszę… Chyba tyle możesz dla mnie zrobić?
– Na chwilę mogę. Ale, na nic nie licz. To koniec.
„Gadaj zdrów”, pomyślałam. „I tak będziesz mój! Przekonam cię, że jestem jedyna”.
Od rana wzięłam się za porządki. Okna, drzwi, framugi, wszystkie zakamarki, łazienka, nawet pawlacz… Wypastowałam i wypolerowałam podłogę. Do wieczora wszystko lśniło i pachniało. Za to ja byłam jak sfilcowany mop; szara i bez życia.
Bolała mnie głowa i czułam ciężar w klatce piersiowej. Łyk pierwszej kawy mnie zemdlił, ale najgorsze były drobne krostki na języku i wewnątrz policzków.
„Musiałam się chyba zatruć jakąś chemią” – pomyślałam. „Diabli wiedzą, czego dodają do tych proszków i płynów czyszczących? Na sto procent się na coś uczuliłam”.
Za alergią przemawiały jeszcze swędzące grudki na dłoniach, dekolcie i udach. Połknęłam dwa wapna i polopirynę. Koło południa wyglądałam jak muchomor, tylko kolory były na odwrót: czerwone na białym. Bolały mnie kości, gardło, miałam dreszcze. Wsadziłam termometr pod pachę – trzydzieści dziewięć i cztery!


Jarek miał przyjść o osiemnastej, ale nagle stało mi się to zupełnie obojętne. Kiedy przysłał SMS-a: „Nie czekaj. Nie przyjdę. To bez sensu”, byłam nawet zadowolona. A jednak odpisałam: „Źle się czuję. Może byś pomógł?”. Odpowiedział: „To idź do doktora. Nie chcę się czymś zarazić!”. „Palant” – pomyślałam tylko.
Nie wiem, dlaczego nie zatelefonowałam do siostry albo do mamy. Nie chciałam nikogo widzieć. „Umrę i dopiero będą mnie żałowali”– kołatało mi w głowie.
Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, nie chciało mi się ruszyć. Ale ktoś był uparty, więc w końcu doczłapałam do przedpokoju. „Może Jarka ruszyło sumienie?” – pomyślałam. Ale to nie był Jarek, tylko sąsiad z naprzeciwka. Niedawno się wprowadził i oprócz „dzień dobry” nigdy z nim nie rozmawiałam.
W pierwszej chwili nie zrozumiałam, o co mu chodzi. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że chce u mnie zostawić klucze do swojego mieszkania.
– Wypadł mi nagły dyżur w szpitalu
– tłumaczył. – A za godzinę przyjeżdża moja mama. Jeśli pani się zgodzi, zatelefonuję i powiem, że klucze są u pani. Chyba, że idzie pani na bal, bo to przecież sobota i karnawał!
– Niech pan zostawi… Nigdzie nie wychodzę – wychrypiałam, ale sąsiad zamiast dać mi klucze, zrobił krok i już szukał kontaktu na mojej ścianie.
– Źle się pani czuje? – zapytał.
A kiedy zapaliło się światło i byłam widoczna w całej okazałości usłyszałam:
– Od kiedy pani to ma? Gorączka jest? Chorowała pani w dzieciństwie na ospę?
Już dzwonił po jakąś Basię pielęgniarkę. Przyjechała z lekami i jakimś smarowidłem. Była przy mnie, dopóki nie pojawiła się moja rodzina.
Byłam naprawdę bardzo chora. Niby banalna dziecięca ospa wietrzna, a ja przez parę tygodni czułam się fatalnie. Jarek się nie odezwał, ale przestało mnie to obchodzić. Jakby z gorączką wypaliło się wszystko, co do niego czułam.
Dla mojej siostry była to woda na młyn:
– Widzisz, obcy człowiek ci pomógł, a facet, któremu oddałaś parę lat swojego życia zachował się jak ostatnia świnia! Zawsze wiedziałam, że to palant!”
Teraz siostra wierci mi dziurę w brzuchu, żebym się zainteresowała sąsiadem – doktorem.
– Widać, że mu się podobasz. Byłabyś głupia, gdybyś puściła taką okazję!
Ale po Jarku mam uraz do mężczyzn, choć Paweł jest fajny. Często mnie odwiedza i pyta o zdrowie. Ostatnio powiedział:
– Miałaś post w karnawale, więc może warto by było to nadrobić?
– Co masz na myśli?
– Wspólny wypad w góry? Albo nad morze, bo spacer zimową plażą jest jak z bajki! Ty decyduj, ja na wszystko się zgadzam, byleby z tobą.
Moje serce jednak wciąż krwawi…
– Wiesz, co? – mówię. – Skoro już pomyliłam post z karnawałem, to teraz dajmy się wszystkiemu poukładać na spokojnie. Nie chcę takiego bałaganu!
– Dobrze – śmieje się. – Poczekam…