Odejśca i powroty fot. Panthermedia

Odejścia i powroty

Rozstawaliśmy się i wracaliśmy do siebie. A ta nasza szarpanina uczuć zawsze pochłaniała jakieś ofiary. Może i dobrze, że los to w końcu przerwał.
/ 13.04.2012 09:13
Odejśca i powroty fot. Panthermedia
Robiłam ostatnio wiosenne porządki, wyrzucałam rzeczy z szaf i segregowałam z determinacją – te do zabrania, te na śmietnik. Aż nagle z pawlacza wypadł jeden zapomniany kolorowy trampek. Na jego widok po prostu się rozpłakałam.
Kiedy człowiek jest jeszcze młody, to nie wierzy w to, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, dopóki nie wydarzy się coś, co kładzie ostateczny kres naszemu dotychczasowemu życiu.

Mnie się na przykład wydawało, że ja i Piotrek będziemy razem na zawsze. Przecież byliśmy jak dwa pasujące do siebie puzzle. Czasami zdarza się, że gdy poznajemy jakąś osobę, to mamy wrażenie, że znamy ją od wieków. Z nami właśnie tak było. Stałam na tamtej prywatce w kącie, obserwując znajomych. Wcześniej zastanawiałam się, czy w ogóle na nią iść, bo wiedziałam, że będzie tam mój były chłopak ze swoją nową dziewczyną. Czułam się taka upokorzona naszym rozstaniem, że miałam ochotę zniknąć, zapaść się pod ziemię, aby nikt mnie nie widział i nie oceniał, czy zasłużyłam sobie na takie traktowanie. Czułam się taka… beznadziejna.
Ubierałam się na tę prywatkę chyba wieczność. Raz wybierałam seksowną sukienkę, potem znowu czułam się w niej zbyt wyzywająca i sięgałam po dżinsy. Nie chciałam wyglądać na zdeterminowaną, poszukującą na siłę nowego chłopaka. Ale i nie na szarą myszkę, niewartą jednego męskiego spojrzenia. Ostatecznie zwyciężyły dżinsy i moje ulubione trampki trampki, które kupiłam w Internecie. Były jaskrawe, zwracające uwagę, oryginalne i na pewno nie pochodziły z kolekcji dostępnej w Polsce. Zawsze czułam się w nich po prostu doskonale i na luzie.
Tamtego wieczoru także „pomogły mi” pójść na prywatkę, chociaż potem trzymałam się na uboczu, czujnie przyglądając się znajomym, czy nie zerkają w moim kierunku ze współczuciem.

I wtedy poczułam na sobie wzrok tamtego chłopaka. Był niewysoki, ale przystojny w jakiś ujmujący sposób i patrzył na mnie tak, iż byłam pewna, że skądś się znamy. Tylko nie potrafiłam sobie przypomnieć jego imienia. A on, kiedy podchwycił mój wzrok, uśmiechnął się konspiracyjnie i… w dziwny sposób machnął nogą! Zmieszałam się myśląc, że może mam do czynienia z jakimś wariatem, ale kiedy podszedł, stwierdził:
– Pokazywałem ci tylko, że mamy takie sam trampki!
Faktycznie! Miał identyczne i był to tylko jeden z pierwszych zbiegów okoliczności świadczących o tym, że jesteśmy z Piotrem pokrewnymi duszami.
Wydawało mi się, że znam go dobrze, ale tak naprawdę tamtego wieczoru spotkaliśmy się pierwszy raz. Może to śmieszne, ale on też gryzł kromkę chleba, zanim ją posmarował masłem i nie było siły na to, aby nie zjadł całego słoika powideł, kiedy już go otworzył. Mieliśmy tak wiele wspólnych przyzwyczajeń, że znajomi sobie z nas żartowali, iż wystarczy poznać jedno z nas, aby wiedzieć, jakie jest to drugie. Kiedy z perspektywy czasu myślę o naszym związku i zastanawiam się, co poszło nie tak, sadzę, że byliśmy za idealni, za bardzo dopasowani, jak syjamskie rodzeństwo.
Nie było między nami tego charakterystycznego napięcia towarzyszącego początkowi miłości, niepewnego oczekiwania na telefon tej drugiej osoby, wzajemnego poznawania swoich pragnień. Już w niecały miesiąc od poznania stwierdziliśmy z Piotrem, że nie ma sensu, abyśmy męczyli się w dwóch różnych wynajmowanych pokojach, skoro możemy wynająć wspólne mieszkanie. I tak zrobiliśmy.
Nasz związek przez cały okres studiów nieuchronnie zmierzał do małżeństwa. Co więc się stało, że do niego nie doszło?
Piotrek ze mną zerwał.
To było takie niespodziewane, jak grom z jasnego nieba! Słuchałam tego, co mówił, ale jego słowa docierały do mnie, jakbym w uszach miała kłęby waty – dalekie i zniekształcone. Spadałam w przepaść, działo się ze mną coś niedobrego, po prostu przestawałam istnieć, kiedy mój ukochany, moja druga połówka jabłka, tłumaczył mi, że musi odejść, bo dusi się w naszym związku. I wyzwolił się z niego, wypłynął na powierzchnię jak nurek, któremu zaczyna brakować powietrza, a ja zostałam w głębinie zagubiona i sama.
Znajomi nie wierzyli w to, co się stało. Tym bardziej, że Piotrek z nikim się nie związał, więc nie rzucił mnie dla innej kobiety. Zamieszkał sam. Byli tacy, co podejrzewali nawet, że jest chory na jakąś tajemniczą chorobę i odszedł, aby oszczędzić mi cierpień. To była bzdura.
Kochałam go i cierpiałam, ale starałam się znosić to z godnością. Po kilku miesiącach zaproponował, abyśmy zostali przyjaciółmi i przystałam na to. W ten sposób mogliśmy nadal spotykać się w tym samym gronie znajomych bez unikania swoich spojrzeń. Pozornie było wszystko w porządku.

Mijały miesiące, ani ja nikogo nie poznałam, ani Piotr. Przyjaciele bardzo starali się mnie swatać, na co reagowałam z obojętnością. Nie był mi potrzebny kolejny związek, kiedy już dwa razy w życiu ukochany facet ode mnie odszedł. Nie chciałam kolejnego upokorzenia.
Zachowywałam pozory, udawałam, że zawsze z Piotrem byliśmy bardziej kumplami niż kochankami. Tylko raz kiedyś nie wytrzymałam i powiedziałam mu, że będę na niego czekała i jeśli kiedyś zmieni zdanie, to możemy wszystko zacząć od nowa. Mnie to wtedy przyniosło wielką ulgę, bo uznałam, że sobie coś wyjaśniliśmy. A on tylko pokiwał głową i stwierdził, że będzie o tym pamiętał.
Dwa miesiące później przedstawił mi swoją nową dziewczynę, Natalię. Była zupełnie inna niż ja, pod każdym względem, totalne moje przeciwieństwo. Aż nie chciało mi się wierzyć, że Piotr w ogóle mógł się nią zainteresować! Nie polubiłam jej, podobnie jak większość osób z naszej paczki. Nigdy nie została jedną z nas.
Najpierw byłam o nią zazdrosna, nie ukrywam. Ale potem poczułam wdzięczność, że się pojawiła w moim życiu. Bo wyzwoliła mnie w końcu z obsesji na punkcie Piotra. Zrozumiałam, że pora zacząć nowe życie.

Wtedy po raz pierwszy się przeprowadziłam. W innym mieście poznałam Adama i pozwoliłam mu się kochać. Tak to chyba trzeba ująć, bo z mojej strony nie była to miłość. Za bardzo się bałam, że mnie zrani, aby się zaangażować emocjonalnie w ten związek. Mimo to prawie doszło do ślubu. Prawie, bo kiedy mieliśmy już rozesłane zaproszenia, w moim życiu znowu pojawił się Piotr.
Pewnego dnia czekał na mnie pod pracą. Wyglądał kiepsko, aż mi się serce ścisnęło na jego widok. Poprosił mnie o rozmowę i wyznał, że chce zacząć wszystko od nowa. Początkowo nie zrozumiałam, że chodzi mu o nas, taka byłam zaskoczona. A potem ogarnął mnie gniew, bo jakim prawem przychodził do mnie teraz, cztery lata od naszego rozstania i rozbijał mi mój nowy związek?
Posłałam go do wszystkich diabłów, ale już po chwili tego żałowałam. I kiedy pojechał na dworzec, aby wrócić do siebie, zerwałam się i pognałam za nim. Wbiegłam na peron zdyszana chwilę po odjeździe pociągu, żeby zobaczyć tylko jego tylne światła. Już prawie się rozpłakałam, kiedy zauważyłam, że ktoś stoi na peronie. Samotny, przygarbiony facet, który uśmiechnął się na mój widok. To był Piotr.

Nie odjechał tym pociągiem. Następnym już pojechaliśmy razem.
Nasi znajomi nie mogli się nadziwić, że wróciliśmy do siebie, ani zrozumieć, dlaczego wybaczyłam Piotrowi. Ale kto, jak nie ja, jego druga połówka, mógł najlepiej zrozumieć jego rozterki? I wybaczyć mu je, a nawet pokochać go jeszcze mocniej.
Piotr poprosił mnie o rękę, a ja się zgodziłam. Jeszcze nie wyschła farba drukarska na moich zaproszeniach na ślub z Adamem, a ja już drukowałam następne. Czy myślałam wtedy o porzuconym narzeczonym? Starałam się nie myśleć. Wiedziałam, że zrobiłam mu niewybaczalne świństwo, ale miłość jest przecież ślepa. Nie myślałam także o Natalii, którą zostawił Piotr. Wiedziałam tylko, że zrobił to nagle, kiedy ona się niczego nie spodziewała i sądziła raczej, że teraz między nimi lepiej się ułoży, skoro ja związałam się z kimś innym i przestałam rzucać cień na ich związek. A jednak się pomyliła.
W życiu moim i Piotra wszystko toczyło się w ekspresowym tempie, jakbyśmy chcieli nadrobić stracony czas. Dzień ślubu wyznaczony, sala weselna zamówiona, suknię miałam wybraną wcześniej na ślub z Adamem i nie chciałam z niej rezygnować. Czy to przyniosło mi pecha?
To był mój panieński wieczór, Natalia dobrze wybrała dzień na poinformowanie Piotra, że... jest z nim w ciąży! Mój ukochany jak błędny przyszedł do mnie do lokalu, aby mnie o tym poinformować. Kiedy tylko stanął na progu, wiedziałam już, że stało się coś złego. Moje rozbawione koleżanki chciały go wciągnąć do środka, ale nie pozwoliłam. Wyszliśmy razem na dwór i Piotr mi o tym powiedział.
– Czy ona ma zamiar urodzić to dziecko? – te słowa ledwie mi przeszły przez ściśnięte gardło.
– Zastanawia się – usłyszałam.
I wtedy już wiedziałam, że moje i Piotra wesele nie dojdzie do skutku. Bo ona w ten sposób zaszantażowała go emocjonalnie, dając do zrozumienia, że jeśli ożeni się ze mną, to ona usunie ciążę. A on nie mógłby żyć z tą świadomością, że jego dziecko zginęło, bo wybrał mnie.
Moje koleżanki jeszcze świętowały ostatnie chwile mojego panieństwa, kiedy ja miałam już świadomość, że żadnego ślubu nie będzie. Wiedziałam, że wszyscy będą mieli mnie za najbardziej pechową pannę młodą na świecie lub za ostatnią wariatkę, kiedy po raz drugi w ciągu dwóch miesięcy odwołałam ślub. Ale tak się właśnie stało.
Za to Piotr i Natalia się pobrali. Wzięli cichy ślub, nie zaprosili nikogo oprócz najbliższej rodziny. Nasi znajomi przemilczeli kompletnie to wydarzenie, zaskoczeni rozwojem wypadków i z solidarności ze mną. Chyba tylko dlatego byłam w stanie to przeżyć, że tak naprawdę nie miałam namacalnej pewności, nie wierzyłam w to, że to się faktycznie stało. Mój Piotr ożenił się z inną.
Kolejne tygodnie były chyba najdziwniejszymi w moim życiu. Z jednej strony bowiem cierpiałam i pogrążyłam się w rozpaczy, a z drugiej – starałam się zachowywać tak, jakby to wszystko mnie w ogóle nie obeszło. No cóż, stało się, mój ukochany zrobił dziecko innej. Nie pierwszy to taki przypadek na świecie i nie ostatni.
Piotr i Natalia odsunęli się od ludzi, a ja wprost przeciwnie – zaczęłam spotykać się z przyjaciółmi, żyć pełnią życia. Nie byłam przecież niczemu winna, nie musiałam ukrywać. Miałam też dosyć ludzkiego współczucia!

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie jedna z przyjaciółek z naszej dawnej paczki. Wśród urywanych szlochów powiedziała mi, że… Piotr zginął w wypadku. W autobusie poszły hamulce, kierowca stracił kontrolę nad pojazdem i wjechał w tłum pasażerów. Piotr jest jedną z ofiar. Nie pojmowałam, o czym ona mówi. Piotr nie żyje? To niemożliwe! To by znaczyło, że już nigdy go nie zobaczę, że wszystko skończone. To… nie mogła być prawda.
A jednak była. Na pogrzebie stałam w tłumie przyjaciół i znajomych Piotra i nikt nie zwracał na mnie uwagi. Spojrzenia wszystkich przyciągała ona, Natalia, z tym swoim sterczącym brzuchem, w ostatnim miesiącu ciąży. Nikogo nie obchodziła była wieloletnia dziewczyna i przyjaciółka, była narzeczona i prawie żona. Nikogo nie obchodziłam ja. Wszyscy współczuli tylko jej i nienarodzonemu dziecku, chociaż ja miałam pustkę w głowie i krwawiące serce. Dla mnie skończyło się życie i wiedziałam, że już nigdy nic nie będzie takie samo, bo niczego już nie da się cofnąć i naprawić.
Po pogrzebie Piotra nie miałam już na co czekać. Wyjechałam, wróciłam do swojego życia, które wiodłam po naszym pierwszym rozstaniu. Ponownie zaczęłam spotykać się z Adamem, który na mnie czekał, wybaczył mi wszystko i był moim lekiem na całe zło.
Po kilku tygodniach ponownie poprosił mnie o rękę.
– Do trzech razy sztuka! – żartowali goście, kiedy mówiłam przed ołtarzem sakramentalne „tak”.
Wyszłam za Adama postanawiając, że nie obejrzę się już wstecz. Nigdy.
Rok po ślubie znalazłam jednak w skrzynce list, bez nadawcy. Otworzyłam i ze środka wypadło jakieś zdjęcie. Nieco ponad roczna dziewczynka patrzyła na mnie z fotografii mądrymi oczami Piotra. To była jego córeczka i dobrze wiedziałam, kto jest nadawcą tego listu, chociaż nie był podpisany – Natalia.
Różnie mogłam odczytać jej intencje, ale ja wyczułam, że to jest zawieszenie broni. Kiedy kilka tygodni później byłam w jej mieście, wpadłam do niej bez zapowiedzi. Zaprosiła mnie do środka, poczęstowała kawą. Mała spała, więc miałyśmy trochę czasu, aby porozmawiać. Wyczułam ogromną samotność Natalii i żal do losu, że odebrał jej ukochanego. Ale kiedy jej córka w końcu się obudziła, doszło do tego jeszcze coś. Duma, że to ona i tylko ona ma „pamiątkę” po Piotrze, jego jedyną cząstkę na ziemi tylko dla siebie.
Przez chwilę miałam ochotę wyprowadzić ją z błędu, ale w końcu zrezygnowałam. Obiecałam sobie, że zamykam za sobą ten rozdział mojego życia i zaczynam od nowa. Wizyta u Natalii i poznanie córeczki Piotra były tego dopełnieniem. Wiedziałam, że patrzę na nie ostatni raz.

A potem wróciłam do swojego męża, Adama i synka, Sebastiana. Kiedy szłam do ślubu, byłam już w ciąży i tylko jedna osoba na świecie oprócz mnie wiedziała, czyje to dziecko. Adam miał świadomość, że noszę pod sercem dziecko Piotra.
Już po ślubie z Natalią mój ukochany przyszedł do mnie i wyznał, że popełnił błąd. Nie powinien był żenić się z Natalią pod presją, bo kocha mnie i to ze mną chce spędzić życie. Ustaliliśmy, że rozwiedzie się, jak tylko dziecko przyjdzie na świat, a potem kochaliśmy się jak szaleni. Po tamtej nocy byłam pewna, że moje życie znowu wraca na właściwe tory, ale los potrafi plątać ludzkie losy w sposób niewyobrażalny.
Chciałam wychowywać dziecko Piotra sama, ale Adam stwierdził, że nigdy na to nie pozwoli. Rozumie, że bardzo kochałam Piotra i w imię tej miłości byłam gotowa na wszystko, bo on tak samo kocha mnie. I też jest gotów do poświęceń.
Przyjęłam jego oświadczyny i mój synek w przeciwieństwie do córeczki Natalii ma kochającego ojca. Mam nadzieję, że nigdy się nie dowie, że Adam nie jest jego biologicznym tatą, a gdzieś tam ma przyrodnią siostrę. Po co rozdrapywać stare rany? Z powrotów Piotra do mojego życia nie wynikało przecież nic dobrego.