Smutna dziewczyna fot. Adobe Stock

„Kochaliśmy się i tak naprawdę nie chcieliśmy się rozwodzić. Oczy otworzyło nam dopiero zniknięcie naszej córki”

Kochaliśmy się i tak naprawdę nie chcieliśmy się rozstawać. Ale przez swoją głupią dumę omal nie zmarnowaliśmy naszej miłości.
/ 19.11.2020 15:05
Smutna dziewczyna fot. Adobe Stock

Siedzę cicho w kuchni i udaję, że pracuję przy laptopie. W tle słychać radosne popiskiwanie Natalki, która w pokoju obok bawi się ze swoim ojcem.
– Tatusiu, poczytaj mi i masz tu siedzieć, aż usnę – szczebioce mała.
Nie chcę im przeszkadzać, bo dawno się nie widzieli, a poza tym wolę nie drażnić Adama swoją obecnością, nie widzieć jego smutnych oczu. Udaję więc, że pracuję, ale nasłuchuję, jak Natalka cieszy się z wizyty ojca i rozmyślam nad naszym przegranym małżeństwem.

Jutro rano mała obudzi się i jak zawsze będzie popłakiwać, że taty nie będzie aż do soboty. Co myśmy zrobili z naszym życiem, dlaczego w imię głupio pojętego honoru, krzywdzimy nasze dziecko? Przecież mamy cudowną córkę, rozpoczętą budowę wymarzonego domu, ale nie potrafimy zapomnieć o tym, że powiedzieliśmy sobie kilka przykrych słów.

Adam, mój ciągle jeszcze mąż, nie mieszka z nami od kilku miesięcy. Przychodzi tylko w weekendy, żeby odwiedzić Natalkę. Kryzys w naszym związku zaczął się razem z budową domu. Kłopoty ze znalezieniem solidnych ekip budowlanych, konieczność załatwiania wielu spraw w urzędach oraz ciągły niepokój o to, czy starczy nam pieniędzy sprawiły, że kłóciliśmy się coraz częściej. Lista pretensji Adama w stosunku do mnie była długa.
– Na niczym się nie znasz, po co się uparłaś, żeby kupić taki drogi projekt? Ten dom jest dla nas za duży, źle policzyłaś koszty – krzyczał. – Nie potrafisz nawet dopilnować majstra, nie widziałaś, że po pijanemu krzywo zbudowali komin?
Ja także nie pozostawałam mu dłużna.
– Sam sobie ich pilnuj, to ty wynająłeś tę ekipę, mówiłam, żeby nie oszczędzać na fachowcach.

Mąż zarzucał mi, że nie znam się na przepisach prawa budowlanego.
– Sam muszę o wszystkim pamiętać i dopilnować pracy na budowie, a przecież pracuję w terenie, a ty jesteś na miejscu – powtarzał ciągle.
– Skoro jestem taka beznadziejna, to sam sobie buduj i sam sobie tam mieszkaj, ja mam dość, obrzydła mi ta budowa i ten dom – powiedziałam rozżalona.
– Jak ci coś nie pasuje, to przecież możemy się rozstać, dobrze nam zrobi odpoczynek od siebie – odparł.

Było mi przykro, że tak łatwo nam przyszło się rozejść. Adam po prostu się spakował i wyprowadził do służbowego mieszkania. Nie zatrzymywałam go. „Nie to nie, bez łaski” – myślałam. Ja zostałam z córką w wynajętej kawalerce. Byłam przekonana, że to tymczasowe rozwiązanie i że się pogodzimy, ale oboje jesteśmy uparci, toteż żadne nie chciało pierwsze wyciągnąć ręki do zgody.

Tak trwaliśmy w zawieszeniu przez kilka miesięcy, bo nie mieliśmy odwagi zaproponować jakiegoś wyjścia ostatecznego, to jest rozwodu bądź próby odbudowania tego, co nas kiedyś łączyło. Spędziliśmy przecież razem kilka cudownych lat w zgodzie i miłości, zanim zniszczył nas kryzys. Teraz Adam przychodził do Natalki, usypiał ją i wychodził. Zamykałam za nim drzwi i zaczynałam płakać, ale moja urażona duma nie pozwoliła mi go prosić, aby został.
– Adam chyba kogoś ma – oznajmiła mi życzliwa znajoma. – Widziałam go z Anetą, tą blondynką, co sprzedaje u nas w osiedlowym.
– A tak, ona mu się podobała już dawno temu, zanim my zostaliśmy parą – odparłam wzdychając.

„Stało się, to już naprawdę koniec” – myślałam. Znałam Anetę, wiedziałam, że nie zwiąże się z żonatym facetem.
– Powinniśmy postanowić co dalej – powiedział mąż przy następnej wizycie.
– Pewnie chcesz rozwodu? Masz prawo ułożyć sobie życie beze mnie, ja ci nie będę przeszkadzała – odparłam hardo, choć gardło miałam ściśnięte z żalu.
– Skoro nie widzisz innego wyjścia, to skończmy to wreszcie – odpowiedział.
– Musimy się jakoś podzielić, mamy przecież wspólny majątek no i dziecko... Chciałabym, abyś miał z Natalką dobry kontakt, ona cię potrzebuje – mówiłam, nie patrząc na Adama.
– Wykończę dom i przepiszemy go na Natalkę, tak chyba będzie sprawiedliwie – powiedział. – Złóż pozew w sądzie, bo ty pracujesz obok, a ja musiałbym brać wolne.
– Jak chcesz – odparłam.

Tamtej nocy nie mogłam w ogóle spać. Zrobiłam sobie mocnego drinka i oglądałam stare zdjęcia. Przypomniałam sobie, jacy byliśmy szczęśliwi w czasie swojego ślubu i potem, gdy urodziło nam się dziecko. Jak to możliwe, że to wszystko tak się rozsypało? Zrobiło mi się żal, ale decyzja już zapadła, Adam kazał mi złożyć pozew w sądzie. Odwlekałam to, wynajdowałam sobie tysiąc powodów, żeby tam nie pójść. Trzeba też było przygotować Natalkę, porozmawiać z nią. Wcześniej trochę ją okłamywałam, tłumaczyłam, że tata musi pracować daleko, ale kiedyś na pewno znowu będzie z nami mieszkał. Ona w to wierzyła, podobnie zresztą, jak ja. Trudna to była rozmowa.
– Ja nie chcę, nie chcę – płakała, tupiąc nóżką. – Pani Jadzia mówiła, że jak rodzice kochają swoje dzieci, to się nie rozchodzą, tylko razem mieszkają.
Pani Jadzia to nasza sąsiadka, która opiekuje się Natalką, gdy ja muszę dłużej zostać w pracy i ma na małą duży wpływ.
– My zawsze cię będziemy kochali – próbowałam jej tłumaczyć.
– Kłamiesz! – złościła się.

Następny dzień był dla nas koszmarny.
Dorota, przyjedź szybko, Natalka zniknęła, na chwilę spuściłam ją z oczu na placu zabaw i nie mogę jej znaleźć – płakała przez telefon sąsiadka Jadzia.
Natychmiast zawiadomiłam Adama. Szukaliśmy jej, pytaliśmy przechodniów, niestety nikt jej nie widział.
– Chodźmy na policję! – rozpaczałam. 
– Nie martw się, na pewno ją odnajdziemy – pocieszał mnie mąż.

Przytuliłam się do niego z całej siły. Uświadomiłam sobie, jak mi go brakowało. Nagle usłyszeliśmy dzwonek. W drzwiach stała Aneta, sprzedawczyni ze sklepu osiedlowego, trzymała za rękę... Natalkę.
– Jakaś kobieta przyprowadziła ją do sklepu – opowiadała. – Podobno mała błąkała się po osiedlu i płakała.
– Dlaczego odeszłaś od pani Jadzi?  – zapytałam Natalkę.
– Szukałam tatusia, widziałam taki samochód, jakim on jeździ – mówiła.
– Nie wolno tak robić, baliśmy się o ciebie – tłumaczyłam jej.
– Przecież mnie już nie chcecie – odparła pochlipując. – Moja koleżanka raz mieszka z mamą, a raz z tatą, ja tak nie chcę.
– Nie płacz, najważniejsze że cię znaleźliśmy – przytuliłam ją, po chwili poczułam, że Adam obściskuje nas obie.
– No proszę, jaka fajna z was rodzinka i po co się kłócicie? Widać, że się kochacie i żadne z was nie chce rozwodu.
Spojrzałam na Anetę i zrozumiałam, że to nie jest moja rywalka. Nie mówiłaby tak, gdyby chciała być z Adamem. Tamtego wieczoru razem z mężem usypialiśmy Natalkę.
– Mogę dziś z wami przenocować?  – spytał mąż.
– Oczywiście – odparłam.
A potem znów się posprzeczaliśmy, tym razem o to, które z nas ma spać z małą.
– Może przenieśmy ją na nasze łóżko, tam zmieścimy się we troje, weźmiemy ją w środek – zaproponowałam nieśmiało.
– To się nazywa kompromis – ucieszył się Adam.
Tamtej nocy Natalka spała spokojnie. Ja też czułam spokój, zwłaszcza, gdy Adam dotknął w nocy mojej ręki. Delikatnie uścisnęłam jego palce, nie cofnął dłoni. „Będzie dobrze” – myślałam zasypiając.

Więcej listów do redakcji:„Adoptowaliśmy chłopca. Po 7 latach postanowiłam, że oddamy go z powrotem do domu dziecka”„Nie mieszkam z mężem, bo ciągle się kłócimy. Spotykamy się 2 razy w tygodniu i w weekendy”„Mąż miał na moim punkcie obsesję. Nie chciał się mną z nikim dzielić. To doprowadziło do tragedii”