Teściowa obwiniająca synową fot. Adobe Stock

„Nienawidzę mojej synowej i życzę jej ogromnego cierpienia. Przez tę lafiryndę mój syn rzucił się pod pociąg”

Mój syn ją uwielbiał, robił dla niej wszystko, a ona go poniżała, gardziła nim... W końcu nie wytrzymał i z rozpaczy rzucił się pod pociąg. Omotała go, pozbawiając całkowicie rozumu i woli.
/ 18.03.2021 12:56
Teściowa obwiniająca synową fot. Adobe Stock

Od czasu pogrzebu mojego syna siadam w kościele w ostatniej ławce, tuż pod chórem. Myślę, że nie mam prawa być blisko ołtarza, skoro w moim sercu aż czarno od gniewu i żalu. Czasami w ogóle nie wchodzę do środka, tylko stoję w kruchcie, zaraz przy drzwiach wejściowych. Do spowiedzi też nie chodzę, bo ksiądz powtarza mi ciągle: „Wybacz, wybacz, módl się za nią, trzeba odpuszczać swoim winowajcom...” A ja nie umiem i nie chcę wybaczyć.

Mam wiele grzechów, ale ten grzech nienawiści jest najcięższy, bo życzę mojej synowej wszystkiego, co najgorsze. Chcę dla niej choroby i strasznego bólu. Chcę, aby cierpiała i czuła to w każdym nerwie swego ciała. I życzę jej strachu tak wielkiego, jaki ja przeżywałam, szukając przez dwa tygodnie mego Sławka, łudząc się, że może jeszcze żyje. Wtedy byłam gotowa o wszystkim zapomnieć, żeby tylko była ze mną, żeby mi pomogła go odnaleźć i uratować, ale ona wypchnęła mnie za drzwi, gdy poszłam się dowiedzieć się, czy czegoś o nim nie wie?

Opowiem wszystko od początku...

Mój syn skończył 21 lat i na drugi dzień po urodzinach oznajmił mi, że się żeni. Strasznie był zakochany, więc nic do niego nie trafiało, żadne argumenty i tłumaczenia. W ogóle nie chciał ze mną gadać – żeni się i już. Ja od razu wiedziałam, że z tego będzie nieszczęście. Jak tylko ją zobaczyłam, tę jego przyszłą żonę. Wiedziałam, że to nie może się dobrze skończyć, bo gdzie taki delikatny, wrażliwy chłopak jak mój syn i taka krzykliwa, pewna siebie, dojrzała kobieta jak ona? Byli kompletnie różni. We wszystkim. Niestety, okazało się, że w łóżku też.

Ona była po trzydziestce i miała za sobą już dwa małżeństwa. Sama mi ze śmiechem wyznała, że bardzo lubi wychodzić za mąż. Kiedy zapytałam, jakim cudem zdążyła się tak zakochać, żeby dwa razy iść do ślubu, a potem odkochać się i zaraz rozwieść, odpowiedziała:
– Zakochuję się błyskawicznie, w USC wybieram pierwszy wolny termin, a gdy mi się znudzi, uciekam, gdzie pieprz rośnie.

To wszystko było mówione niby żartem, ale ja dobrze wiedziałam, kogo Sławek wprowadza do naszego domu. Jej mały pokoik mieli wynająć, a zamieszkać ze mną, w naszym dużym stumetrowym mieszkaniu, z wielką ukwieconą loggią, wychodzącą na cichy park i kilka ogromnych srebrnych świerków. Mieszkaliśmy jak na wsi, a do centrum miasta mieliśmy tylko 10 minut tramwajem. Wszystko to widziałam, ale co mogłam zrobić? Pewnie, że próbowałam walczyć i tłumaczyć. Nawet mówiłam, że nie godzę się na wspólne mieszkanie. Ale usłyszałam wtedy:
– Co to za matka, dla której ważniejsza jest własna wygoda niż szczęście ukochanego dziecka?

Syn zaczynał studia. Trudne, elitarne, wymagające dużej i systematycznej pracy. Taka byłam dumna, że dostał się na ten właśnie kierunek. Miałam tyle planów i marzeń. Chciałam, żeby się uczył i podróżował, żeby pisał książki, żeby świat go poznał i docenił.

Ona była po szkole gastronomicznej i pracowała w małej knajpce zaraz przy budynku uczelni, w którym Sławek miał większość zajęć. Często tam zaglądał w przerwach między wykładami, aby wypić kawę. Szybko go zauważyła.

Mój syn był przystojnym mężczyzną. Nosił długie włosy, miał ogromne, ciemne oczy i pełne usta. Wyglądał jak młody romantyczny poeta. Jego koleżanki z liceum mówiły, że jest podobny do królewicza z bajkowych ilustracji. Podkochiwały się w nim, ale on żadną się nie zainteresował.

Dopiero ona obudziła go z tego dziecięcego snu. Tak jak w bajkach zrobiła to podobno namiętnym pocałunkiem, po którym mój syn zwariował. Od razu wiedziałam, co się stało, bo nie wrócił po raz pierwszy na noc do domu. A kiedy stanął w drzwiach, prawie go nie poznałam. Niby ten sam, a zupełnie odmieniony. Nawet głos miał inny.

Powiedział, że się żeni. Nigdy bym nie przypuszczała, że ma taką żelazną wolę. Teraz wiem, że chciał tego, czego chciała ona. I był nieprzejednany, kiedy już postanowił, że będą razem na zawsze.
Zamieszkali ze mną. Sama nie wiem, jak to się stało, że po paru tygodniach oni mieli dla siebie trzy pokoje, a ja wylądowałam w najmniejszym, szczytowym i z oknami na północ.

Pierwsza awantura wybuchła o filiżankę. Miałam taką swoją, ulubioną, bardzo starą, ręcznie malowaną w pąsowe maki. Zaczęła pić w niej kawę, chociaż wyraźnie zaznaczyłam, że nie znoszę, kiedy jej używa. Zostawiała filiżankę niedokładnie umytą, upchniętą na suszarce między talerzami i garnkami albo na parapecie okiennym z zaschniętymi fusami w środku. Więc nie wytrzymałam i powiedziałam, żeby nigdy więcej tego nie robiła. Gdybym przewidziała, co się stanie, zacisnęłabym pewnie zęby. Zaczęła wrzeszczeć:
– Wielkie mi mecyje. Myślałby kto, że to ze złota albo brylantów. Co? Boi się pani kiły? A może innej francy? Otruje się pani, kiedy raz czy dwa wezmę tę skorupę? Myślałby ktoś, że to jakaś świętość.
I moja ukochana filiżanka zamieniła się w garść skorup, bo ta furiatka walnęła nią o ścianę, a później cisnęła cukiernicą i małą kryształową paterą na ciasto. Rzucała tym, co miała pod ręką.

Uciekłam. Byłam przerażona, widząc taką agresję. No, a żeby niszczyć specjalnie cudze rzeczy – to już mi się nie mieściło w głowie. U nas zwykle było cicho. Oboje z mężem, kiedy jeszcze żył, mówiliśmy raczej półgłosem. Nie lubiliśmy radia i telewizora na cały regulator, nie śmialiśmy się głośno. Sławek wychowywał się bez krzyków i przekleństw. Nie znał tego...

No, ale poznał! Bardzo dobrze poznał. Jego żona klęła jak szewc. Rzucała wulgarnymi słowami i to nie tylko wtedy, kiedy była zła albo zdenerwowana. Mówiła na przykład:
– K...a, ja p......ę, ale dzisiaj słońce.
Albo:
– Dzwonię do ciebie i dzwonię, a ty nie odbierasz. A pies cię j...ł. Więcej się nie odezwę.

Mój syn milczał. Zaczął palić papierosy, bo ona dymiła jak komin. Całe mieszkanie cuchnęło tytoniem, a gdy zapraszała tych swoich gości, stawało się to naprawdę nie do wytrzymania. To byli naprawdę dziwni ludzie. Wszyscy znacznie starsi od mojego syna i cały czas gadali o pieniądzach, samochodach, interesach. Opowiadali wulgarne dowcipy, rozgniatali niedopałki na mojej porcelanie i strząsali popiół na dywan, a to była prawdziwa Buchara.
– Kocham ją, mamo – mówił. – Nie niszcz mi tego – prosił. – Co tam dywany i porcelana. Ona ma to w nosie, bo nigdy nie miała takich rzeczy i nie jest przyzwyczajona do tego. Ona się zmieni, zobaczysz... A zresztą, ja bez niej nie istnieję, więc zdecyduj, czego chcesz – mnie z nią czy żadnego z nas?

Co miałam robić? Musiałam znosić jej łażenie nago po mieszkaniu, bo nie miała zwyczaju zakładać szlafroka, kiedy rano szła do łazienki albo kuchni. Nie jestem pruderyjna, ale cudza nagość jest dla mnie krępująca. Musiałam znosić rozsypany puder na kuchennym blacie – nigdy po sobie nie sprzątała, a uznała, że właśnie w kuchni musi się malować, bo jest tu najlepsze światło. Musiałam znosić przypalone garnki i patelnie i te okropne ślady zostawione przez szklanki z gorącą herbatą na mojej ukochanej, ponad stuletniej komodzie ze złotej brzozy.

To wszystko jakoś bym zniosła, chociaż nie było mi łatwo, ale mój Sławek ginął w oczach. Prawie się nie odzywał, a kiedy byli razem w domu tylko wodził za nią zakochanymi oczami. Choć nienawidziłam jej z całego serca, to obiektywnie muszę przyznać, że była atrakcyjną kobietą. Miała cudowne, jędrne, śniade ciało. Pełne piersi i okrągłą apetyczną pupę. Wszyscy się za nią oglądają, bo ubiera się jak kolorowy ptak, a miała naprawdę dobry gust i wiedziała, w czym świetnie wygląda.

Więc mój syn nie odrywał od niej wzroku. Siedział w kącie, palił, udawał, że coś czyta, a ona jak zwykle się wściekała:
– No i czego się tak znowu gapisz? K...a, nie mogę znieść tych twoich gał. Wyglądasz jak ostatni palant.
Najgorsze jednak usłyszałam tej strasznej nocy, kiedy kłócili się i szaleli, chociaż stukałam w ścianę, bo mi było strasznie wstyd przed sąsiadami.
– Ty koszmarny niedojdo – wrzeszczała. – Ja jestem kobietą i mam swoje potrzeby. Wzięłam młodego, bo myślałam, że mnie zaspokoi... A ty jesteś maminsynek bez pomysłu i temperamentu, więc się nie dziw, że idę z innymi. To prawdziwi faceci, nie tacy jak ty. Ale, jak chcesz, to się do nas przyłącz. Może się czegoś nauczysz?!

Wpadłam do ich sypialni, ale mnie brutalnie wypchnęli za drzwi. Więc mogłam tylko czekać, aż się uspokoją. Sławek przyszedł do mnie po paru minutach. Wyglądał żałośnie. Widać było, że potwornie cierpi. Oboje płakaliśmy. Przytuliłam go mocno do siebie, jakby był nadal małym chłopcem, ale wyrwał się, kiedy tylko zawołała:

– No, gdzie ty jesteś? Chodź wreszcie do łóżka.
Mogę się tylko domyślać, co się tam stało, bo znowu za jakiś czas usłyszałam jej wrzask.
Jesteś impotentem. Musisz się leczyć, ty, inwalido. Wynoś się z łóżka i najlepiej nie wracaj.
Nie zdążyłam go zatrzymać, chociaż boso wybiegłam na klatkę schodową. Kiedy poczułam, że w miarę ochłonęłam, weszłam do ich sypialni i powiedziałam beznamiętnym głosem:
– Won z mojego domu. Natychmiast. Bo cię zabiję.

Przestraszyła się. Naprawdę. Chyba strasznie wyglądałam, bo wrzuciła na siebie byle co i uciekła. A ja do rana wyciągałam z szafy jej rzeczy i cięłam, gniotłam, tłukłam i łamałam na drobne kawałeczki. Potem wszystko wrzuciłam do wielkich plastikowych worków i zamówiłam taksówkę. Kazałam to odwieźć tam, gdzie pracowała. Myślałam, że to koniec i nigdy więcej jej nie zobaczę.

Ale zobaczyłam. Sama do niej poszłam i błagałam, żeby mi powiedziała, gdzie jest Sławek, bo mijał dziesiąty dzień, a on się nie odzywał. Nie wiedziałam, co się z nim dzieje, nie mogłam spać i jeść. Szukałam go wszędzie, na policji i we wszystkich szpitalach, do jakich mogłam dotrzeć. Myślałam, że może ona coś wie. Właśnie wtedy wyrzuciła mnie za drzwi. Śmiała się ze mnie i krzyczała, że weźmie rozwód z moim synem.
– Jesteś zadowolona stara kwoko? – drażniła się ze mną. – Zrobiłaś ze swojego syneczka kukłę. To twoja wina, że nie jest mężczyzną, tylko lalą.

Mówiła jeszcze inne okropne rzeczy, których nigdy jej nie wybaczę i nie zapomnę. Już nie zobaczyłam swojego Sławka żywego. Ten maszynista pociągu, pod którym znalazł śmierć mój syn, trząsł się i prawie płakał, tłumacząc mi, że naprawdę nie mógł zahamować i uniknąć nieszczęścia. Ja przecież rozumiem, że to nie jego wina, tylko ta kobieta wepchnęła Sławka pod ten pociąg. I na dodatek nie ma żadnych wyrzutów sumienia.

To jeszcze nie wszystko...

Przed tygodniem dostałam zawiadomienie z sądu, że ta jędza wystąpiła o spadek po mężu, czyli po moim synu. Chce podziału mieszkania i wszystkiego, co w nim jest. Żąda pieniędzy na dziecko, które ma się niedługo urodzić, bo podobno jest w ciąży.

Nie mam siły dłużej z nią walczyć. Jest mi wszystko jedno. Co mi po tych dywanach, antykach i porcelanie, kiedy mój ukochany syn nie żyje. Sławek miał rację, że to nie jest nic warte. On mówił jeszcze, że w życiu najważniejsze są poezja i miłość. Że tylko one dają naprawdę człowiekowi szczęście i spełnienie. Najwyraźniej, nie miał racji.

Chcesz podzielić się z innymi swoją historią? Napisz na redakcja@polki.pl.

Więcej listów do redakcji:„W wieku 16 lat oddałam córkę do adopcji. Teraz uratowałam życie wnuczce, która była ciężko chora”„Mój narzeczony pochodził z majętnej rodziny z koneksjami, a ja nie śmierdziałam groszem. To nie mogło się uda攄W wieku 45 lat zostanę po raz drugi mamą i po raz pierwszy babcią. Nie planowałam tego, ale tak w życiu bywa”