Panna młoda w welonie fot. Fotolia

Dobrze wiedziałam, że powinnam zerwać zaręczyny. Ale nie zrobiłam nic.

Dobrze wiedziałam, co powinnam zrobić. Problem w tym, że coś mnie powstrzymywało. Wyrzuty sumienia?
/ 06.10.2016 05:00
Panna młoda w welonie fot. Fotolia

"Cholera, przecież ja go nie kocham...!" – pomyślałam kolejny raz, usiadłam na łóżku i wlepiłam wzrok w leżącego obok mężczyznę, który za tydzień miał zostać moim mężem. Ogarnęła mnie panika. Przecież już wszystko sobie poukładałam w głowie, już niby podjęłam decyzję, ale znów dopadły mnie wątpliwości...

Marcina poznałam rok wcześniej przez znajomych. Typ dżentelmena starej daty. Starannie uczesany, ubrany, dobrze wychowany. I romantyczny. Bardzo się zakochał.
Choć mieszkamy w różnych miastach, przyjeżdżał co weekend. Zabierał mnie na kolacje, przynosił kwiaty, prezenty... Mamę i babcię całował w rękę, dla nich też zawsze miał bukiety. Obie były nim zachwycone. Tłumaczyłam im, że jesteśmy tylko przyjaciółmi. Marcinowi też. Ale nie poddawał się. W końcu podczas weekendu nad morzem pozwoliłam się pocałować, a potem poszliśmy do łóżka. Żadnych cudów, ziemia się nie zatrzęsła. Zwykły seks i nic więcej.

Zanim się połapałam, sprawy zaszły za daleko

Po tym weekendzie Marcin uznał, że już jestem jego. Na Facebooku zmienił swój status na "w związku z użytkownikiem Natalia P.". Zamarłam, jak to zobaczyłam. "Chłopie, spędziliśmy razem jedną noc i to wystarcza, żeby być w związku?" – pomyślałam.
Ale kiedy po raz kolejny przyjechał do Rzeszowa z czekoladkami, prezencikami i z albumem z fotkami z tamtego weekendu, nie potrafiłam mu powiedzieć, co naprawdę czuję.
Nim się połapałam, sprawy zaszły za daleko. Byliśmy zaręczeni, data ślubu została wyznaczona. Po ślubie miałam się przeprowadzić do Lublina. Marcin zaczął remontować swoją kawalerkę.

Czy kocham swojego męża? Nie wiem, ale odejść nie potrafię

I wtedy poznałam Adriana. Całkowite przeciwieństwo Marcina... Wolny duch, basista w zespole rockowym, z dredami i tatuażami na rękach. Utrzymywał się z prac wysokościowych.
Straciłam dla niego głowę. Przez cały weekend nie wychodziliśmy z łóżka w jego wynajętym mieszkanku. Ciągle było nam mało. Po czwartym telefonie od Marcina wyłączyłam komórkę. Do diabła z Marcinem – już wiedziałam, że żadnego ślubu nie będzie.
W poniedziałek wróciłam do rzeczywistości. Znowu zadzwonił Marcin.
– Kochanie, co się z tobą działo? – spytał. – Martwiłem się...
– Utopiłam telefon w wannie, bardzo przepraszam – skłamałam.
Nie potrafiłam przyznać się Marcinowi, że poznałam kogoś innego. Coś mnie blokowało, nie wiem co.

 

Zaczęłam prowadzić podwójne życie. W tygodniu szalałam z Adrianem, w weekendy jechałam do Lublina i planowałam nowe życie. Wybieraliśmy z Marcinem kolor zaproszeń, ustalaliśmy listę gości. A w głowie cały czas kołatała mi myśl: "Co ja robię?!"

Babcia szybko połapała się, że coś jest nie tak. Znała mnie dobrze.
– Oj, Natalko, coś cię gryzie, i to już od dawna – zagadnęła któregoś dnia.
Nie wytrzymałam. Popłakałam się i wszystko jej opowiedziałam.
– Musisz porozmawiać z Marcinem i zerwać zaręczyny. I to szybko. Zanim będzie za późno – oświadczyła.

Ale mnie się zdawało, że już za późno. Marcina rodzina dostała zaproszenia (ja swoją część ciągle trzymałam w szufladzie). Sala na wesele została zarezerwowana, moja sukienka właśnie przechodziła ostatnie poprawki.
Zamiast posłuchać babci, postanowiłam brnąć w to wszystko dalej. Następnego dnia zerwałam z Adrianem. Próbowałam sama siebie przekonać, że Marcin jest mi bliski i na pewno go jeszcze pokocham. Przed ślubem miałam pełne ręce roboty, nie było czasu na rozmyślania. Dopiero tuż przed uroczystością obudziłam się spanikowana...

Zakochałam się na zabój. Po cudownym weekendzie z Adrianem obiecałam sobie solennie, że zerwę z narzeczonym.

Wymknęłam się do łazienki. "Jeszcze nie jest za późno. Jeszcze możesz się wycofać. Trochę wstydu, mały skandal i rodzina zapomni. Opamiętaj się" – powtarzałam sobie.
Wyszłam z łazienki z postanowieniem, że jak tylko Marcin się obudzi,  powiem mu całą prawdę. Ułożyłam sobie nawet w głowie przemowę.
– Witaj, skarbie – z zamyślenia wyrwał mnie pocałunek w policzek. – Co chcesz robić w ten ostatni panieński weekend? – spytał mój narzeczony.
Cała moja odwaga wyparowała. Nie mogłam otworzyć ust... Nie umiałam go zranić. Był taki szczęśliwy!

Nic nie zrobiłam. Tydzień później odbyło się huczne weselisko. Gdy w czasie ślubu kilka razy popłynęły mi łzy, wszyscy myśleli, że jak każda panna młoda płaczę ze szczęścia.
Na weselu ciotki i kuzynki gratulowały mi wspaniałego męża, przepowiadały lata szczęścia i życzyły, żeby jak najszybciej pojawiły się maleństwa. A ja wychylałam kieliszek wódki za kieliszkiem, żeby jakoś dotrwać do końca tej szopki. Północy i rzucania bukietem już nie pamiętam. Chwilę później ku uciesze gości pan młody wyniósł mnie na rękach do apartamentu dla nowożeńców. Ach, jakie to romantyczne... Tymczasem mnie po prostu urwał się film.

Obudziłam się z kacem gigantem. Nie pamiętałam, jak znalazłam się w łóżku. Nie pamiętałam, czy mieliśmy noc poślubną. Spodziewałam się, że Marcin zaraz mnie zwymyśla. W sumie to nawet tego chciałam. Chciałam kłótni, żeby nie było tak słodko.
– Wstałaś, słoneczko? – spytał Marcin, wsuwając głowę do sypialni.
W rękach trzymał tacę ze śniadaniem i oczywiście obowiązkową białą różą. "Cholera, czy on jest ślepy, czy głupi!?" – zirytowałam się.
Po miodowym tygodniu wróciłam do siebie. Miałam tylko pozamykać sprawy w swojej starej pracy, dokończyć zaczęte projekty i złożyć wymówienie. Tymczasem Marcin w Lublinie szykował dla nas gniazdko.

Kompletnie nie znałam człowieka, którego kochałam tyle lat

Któregoś dnia spotkałam na ulicy Adriana. Zatrzymał się, wziął mnie za rękę i spojrzał na moją obrączkę.
– Zrobiłaś to... – wykrztusił z trudem. – Zrobiłaś.
Chciał odejść, ale chwyciłam go mocno za rękę. Rozpłakałam się.
Ryczałam jak małe, bezradne dziecko. Nie umiałam się zdobyć na nic innego. Staliśmy tak dłuższą chwilę, Adrian patrzył na mnie i walczył ze sobą. W końcu nie wytrzymał. Przytulił mnie mocno i wyszeptał:
–- Coś ty narobiła, wariatko...
Poszliśmy do jego mieszkania i kochaliśmy się jak szaleni cały wieczór. Wiedziałam, że to jest to. Wiedziałam, że to Adrian jest moim mężczyzną.
Zanim wyszłam, obiecałam Adrianowi, że jak najszybciej wszystko odkręcę. Powiem Marcinowi prawdę.
A potem... oszukiwałam już nie jednego faceta, tylko dwóch.

Kochana babcia! Jak zwykle wyciągnęła mnie z kłopotów

W końcu nie wytrzymał Marcin. Nie był głupi, tylko śmiertelnie zakochany. Wreszcie zaczęło do niego docierać, że nie zachowuję jak się jak młoda, szczęśliwa żona. Że coś jest nie tak.
– Kochanie, wszystko w porządku, kończę właśnie ostatni projekt. I widziałam w sieci piękne krzesła, w sam raz do naszej kuchni... – szczebiotałam w słuchawkę, wchodząc tamtego wieczoru po schodach.
Otworzyłam drzwi. Na kanapie w salonie siedział Marcin. A obok babcia.
– Wszystko mu wyjaśniłam – powiedziała. – Ktoś w końcu musiał.
Marcin nie odezwał się ani słowem. Wyciągnął do mnie rękę. Wiedziałam po co. Zdjęłam obrączkę z palca, a z torebki wyjęłam klucz do naszego lubelskiego gniazdka i podałam mu.
Wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. Nie płakałam. Czułam wielki smutek, ale i ulgę.

Koniec. Stało się. A teraz już będzie dobrze. Babcia pogłaskała mnie po głowie.
– Dziękuję – wydusiłam z siebie.
Tylko skąd babcia wiedziała, że znowu spotykam się z Adrianem?
– Rozmawiałam z nim – wyjaśniła. – Przyszedł do mnie ostatnio, jak byłaś w Lublinie. Odważył się na to, bo wiedział, że zwierzałaś mi się ze swoich rozterek jeszcze przed ślubem.
– I co powiedział?
– Że go zwodzisz. Mówisz o miłości, obiecujesz zerwać z Marcinem. Ale nic nie robisz... I on nie wie, czy ma odejść, czy postawić ultimatum. A potem przyszedł do mnie Marcin. W tej samej sprawie. Czuł, że coś jest nie w porządku. Obaj byli bardzo nieszczęśliwi – westchnęła babcia. – No to wzięłam sprawy w swoje ręce.
Kochana babcia, co ja bym bez niej zrobiła! Po raz kolejny wyciągnęła mnie za uszy z kłopotów...   

Gdy chciał już sobie pójść, poczułam, że tego nie przeżyję. Chwyciłam go za rękę i rozpłakałam się jak małe dziecko.

Rozwiedliśmy się z Marcinem na pierwszej rozprawie. Pani sędzia nie miała żadnych wątpliwości, że tego związku nie da się uratować.
– Pani Natalio, po co było to wszystko? – spytała. – Zmarnowała pani sobie, swojemu byłemu mężowi i temu trzeciemu panu czas. Mam nadzieję, że wyciągnie pani z tego wnioski.
Podczas rozprawy Marcin nawet na mnie nie spojrzał. Dopiero gdy się skończyła, podszedł do mnie.
– Boże, jak ja cię kochałem... To bardzo boli. Ale nie umiem cię znienawidzić. Mam nadzieję, że z czasem przestanę cię kochać. Naprawdę życzę ci, żeby ci się z Adrianem udało...

Od tamtego dnia minął prawie rok. Mieszkamy z Adrianem w Rzeszowie. Nie planujemy ślubu. Za dwa miesiące urodzi się nasza córka.
Marcin wciąż nikogo nie znalazł. Wiem to od wspólnych znajomych. Nie odzyskam spokoju, dopóki nie usłyszę, że znowu jest szczęśliwy.

Być może przyczyniłam się do rozpadu naszego małżeństwa, ale niczego nie żałuję!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (32)
/12.05.2019 18:13
Fajnie być z kim kogo nie kocha się?
/17.09.2018 18:36
Tak się nie robi. Trzeba było to załatwić przed ślubem i nie marnować życia Marcinowi. Miałby czystą kartę a jest rozwodnikiem. Bardzo go skrzywdzilaś. Nie zasłużyłaś na niego.
/27.01.2018 19:47
Z życia wzięta to tutaj jest totalna niedojrzałość i egoizm kobiety niemal 30stoletniej. Rodziców tej Pani należałoby wziąć na dywanik i zapytać co robili gdy mieli wychowywać córkę? Dla nie wstyd i hańba z życia i innych ludzi zrobić obie osobisty teatrzyk pod swój scenariusz.
POKAŻ KOMENTARZE (29)