Nadrobimy stracony czas

W dzieciństwie marzyłam o tym, by zostać... kucharką. Ale mama miała wobec mnie większe ambicje.
/ 06.06.2007 13:09
Dla mojej mamy słowo kucharka brzmiało jak obelga. Żyłam pod jej dyktando, rezygnując ze swoich marzeń. Ulegałam, ale do czasu. W końcu powiedziałam "dość".



  Nareszcie wyszło słońce. Patrzę w okno. Na klombach już kwitną krokusy, na krzewach lada dzień pojawią się pąki. Moje kwiaty, moje krzewy, moja restauracja
i mój dom. Powtarzam to sobie często, chcę uwierzyć, że nie śnię. Bo przecież przez tyle lat wydawało mi się, że to wszystko mrzonki. Niemal uwierzyłam, że moje marzenia nie mają ani sensu, ani szans na spełnienie. Tak niewiele brakowało, żebym nawet nie spróbowała. A jednak mam dom, ogród i restaurację, o której marzyłam całymi
latami. Z zamyślenia wyrywa mnie donośny głos Karoliny, szefowej kuchni.
– Pani Basiu, musimy przejrzeć kartę. Mam kilka niespodzianek – woła.
– Już idę Karolinko. Przyrzekam, że je zaakceptuję. Nie ma dziś we mnie ducha wojownika. Jestem romantycznie nastawiona do świata – śmieję się.
Niemal tanecznym krokiem wchodzę do kuchni i pochylam się nad menu.
– Nie boisz się, że specjalności kuchni regionalnej nie wszystkim przypadną do gustu? – pytam. – No, choćby ten pierekaczewnik albo cepeliny. Kto dziś jeździ do Kruszynian, by pozachwycać się kuchnią tatarską?
– Niech posmakują, na pewno się nie zawiodą – Karolina jest pewna swego. Zrywa się od stołu, bo nie ma czasu na pogaduszki, nawet z szefową.

Tkwiłam w tej bylejakości
Wracam do wspomnień. Czasami, gdy było mi bardzo źle, widziałam siebie w lśniącej, nowoczesnej kuchni, gdzie pod moim kierunkiem pracował sztab ludzi przygotowujących wykwintne posiłki. Te przystawki, te esencjonalne buliony, te desery… Ależ to było piękne i pyszne.
Do dziś nie mogę pojąć, dlaczego moja mama nie wspierała mnie, gdy chciałam się uczyć w szkole gastronomicznej. Znała przecież moje marzenia. Dlaczego nie dopuszczała do siebie myśli, że jej córka może zostać kucharką.
– Masz skończyć szkołę, nauczyć się języków. Może pójdziesz na studia, najlepiej na ekonomię. Pomożemy ci. Poza tym nie jesteś przecież najgorsza, masz dobre stopnie.
Tłumaczyłam, że nie cierpię matematyki i wcale nie chcę iść na studia. Bez skutku. Nie umiałam się zbuntować, więc posłusznie, choć bez przekonania, spełniałam życzenie mamy. Ojciec raz czy dwa próbował wziąć moją stronę, a potem przestał się odzywać, bo z jego zdaniem mama również się nie liczyła.
– Musisz wiedzieć, córeczko, że ja nawet nie śmiałam marzyć o podobnym losie – dodawała z tą swoją chyba trochę fałszywą słodyczą.
W pierwsze lata nowej Polski wkroczyłam więc ze średnią znajomością angielskiego i niemieckiego oraz magisterką z zarządzania. Ale jakoś nikt nie proponował mi ambitnej pracy w żadnej z wielkich korporacji. Skończyło się na pracy w księgowości urzędu gminy. Języki były mi niepotrzebne, bo żaden inwestor zagraniczny do naszej gminy nie zawitał, a burmistrz też nie miał ambicji szukać go na własną rękę.
Powoli grzęzłam w szarej beznadziejności i przestałam już nawet marzyć o tym, że kiedykolwiek się stąd wyrwę.
Rok po studiach wyszłam za mąż, wkrótce urodziła się Ania. Małżeństwo rozczarowało mnie równie szybko, jak praca. Wojtek, moja sympatia jeszcze z czasów szkoły średniej, miał dziwne wyobrażenie o partnerstwie. Właściwie ciągle i ze wszystkiego był niezadowolony. Z pracy, ze mnie, z naszego wspólnego życia. Dom go nie interesował, płacz dziecka drażnił...
Z Anią, gdy ja szłam do pracy zostawał najczęściej mój tato, bo mama była stworzona do wyższych celów. Czasami po powrocie kładłam mu głowę na ramieniu i zaczynałam szlochać.
– Głowa do góry córeczko, spróbuj się stąd wyrwać, może uda ci się robić to, o czym zawsze marzyłaś – mówił.
– Przecież wiesz tatusiu, że to niemożliwe. Niewiele potrafię, a same marzenia i chęci nie wystarczą.
– Czasami znaczy to więcej niż cokolwiek innego. Jeśli się kocha to, co się robi, można wejść na same szczyty.
Słowa taty były balsamem na moją skołataną duszę. Tkwiłam jednak w tej bylejakości i skrycie czekałam na cud.
Wkrótce rozstałam się z mężem. Coraz częściej znikał z domu, aż któregoś dnia zakomunikował, że chyba się pomylił, że już mnie nie kocha, że związał się z inną kobietą. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. Cieszyłam się nawet, że podjął za mnie decyzję. Po małżeństwie z miłości przyszło rozstanie z rozsądku. Niedługo potem odszedł tato. Choroba postępowała błyskawicznie. Przed śmiercią zdążył mi powiedzieć.
– Pamiętaj o dziecięcych marzeniach.
Po śmierci taty poprawiły się moje stosunki z mamą. Zaczęła mi pomagać, sprzedała dom, przeprowadziła się do mnie, opiekowała Anią, gdy ja musiałam iść do pracy. W gminie było nudno, nijako, bez perspektyw. Nie mogłam do tego przywyknąć. No i pamiętałam o słowach taty. O tym, jak kazał mi nie rezygnować z marzeń...
Postanowiłam porozmawiać z mamą. Wbrew obawom, potraktowała moje rozterki poważnie. Zdobyła się nawet na to, by mnie przeprosić za to, że zabrała mi moje marzenia.
– Widzisz, ja nie wierzyłam, że w Polsce może się tyle zmienić. Gdy szłaś do szkoły średniej były inne czasy. Nie chciałam, żebyś wylądowała gdzieś w taniej knajpie – tłumaczyła.
Rozmawiałyśmy długo przy butelce domowej nalewki. Gdy już świtało, podjęłam decyzję, że wyjadę za granicę.
Mama pokiwała głową ze zrozumieniem i zaproponowała pomoc.
– Jedź, ja zostanę z małą. Jeśli wszystko ci się ułoży, przyjedziemy do ciebie.
Postanowiłam iść na całość. Zwolniłam się z pracy i wyjechałam do Hiszpanii. Akurat rozpoczynał się sezon turystyczny i z pracą nie było wielkiego problemu. Zahaczyłam się w przytulnej knajpce. Początkowo na zmywaku, ale gdy szef przekonał się, że mam smykałkę do gotowania, zostałam pomocnicą szefa kuchni. Zapisywałam każde jego słowo, uczyłam się potraw, poznawałam smaki. Któregoś dnia powiedział, że chyba urodziłam się w kuchni, że jestem samorodnym talentem. Już dawno mnie tak nie komplementowano.
Zanim skończyły się wakacje byłam już zatrudniona legalnie, miałam wynajęte mieszkanie i trochę odłożonych pieniędzy. Mogłam sprowadzić mamę i Anię.
Wbrew obawom zaaklimatyzowały się błyskawicznie. Mała poszła do szkoły, ja pracowałam, chodziłam na kursy gotowania. Po kilku miesiącach właściciel zaproponował, żebym poszła do pracy do jego przyjaciela, który ma restaurację w bogatszej dzielnicy.
– Tam się więcej nauczysz – powiedział z żalem. – Miałbym wyrzuty sumienia, gdybym cię zatrzymał.

Odnalazłam swoje powołanie i więź z mamą
Po kolejnych dwóch latach wróciłam do kraju. Miałam zapał, trochę zaoszczędzonych pieniędzy, fundusze ze spadku po ojcu i ze sprzedaży mieszkania. Zaczęłam od małego baru z dwiema gorącymi potrawami w karcie. Po kilku latach otworzyłam przydrożną restauracyjkę w wynajętym domu. Menu nadal mieściło się na jednej kartce, ale jedzenie było pyszne. Dość szybko poszła fama, że u Baśki dobrze karmią.
Po kilku latach nareszcie otworzyłam restaurację z prawdziwego zdarzenia. Na otwarcie zaprosiłam mojego hiszpańskiego dobroczyńcę. Popłakał się, gdy mi gratulował.
W dniu otwarcia mama chodziła jak struta. Nie odzywała się do nikogo, popłakiwała po kątach. Wreszcie nie wytrzymała i wyrzuciła z siebie:
– Nawet nie wiesz, jaka jestem szczęśliwa i... jak mi wstyd. Gdyby nie ja, już dawno mogłaś to mieć. Zmarnowałam ci kawał życia.
– W naszej rodzinie od pocieszania był tato, a ty od tego, żebym twardo chodziła po ziemi – powiedziałam przytulając się do mamy. – Przyznam ci się, że te studia też mi się przydały. To dzięki nim zrobiłam mądry biznesplan, wiem, jak się zarządza ludźmi i jak prowadzi się firmę. Nie przejmuj się mamo. Nadrobimy stracony czas.

Barbara Z.,41 lat, restauratorka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/18.09.2009 12:34
Wzruszajca historia
/18.09.2009 12:33
Wzruszajca historia