rodzinny poród zniszczył moje małżeństwo fot. Adobe Stock

„Nasze wspólne życie legło w gruzach... Wszystko przez to, że mąż uczestniczył w moim porodzie” - list do redakcji

"Wydawało mi się, że obecność Arka przy narodzinach naszego dziecka będzie niezapomnianym przeżyciem dla nas obojga. Nie wiedziałam tylko, że tak negatywnym…".
Listy od Czytelniczek / 18.04.2019 16:53
rodzinny poród zniszczył moje małżeństwo fot. Adobe Stock

Czy twój mąż lub partner uczestniczył w twoim porodzie? Reakcje mężczyzn na to, co dzieje się na sali porodowej, są różne. Różnie też zachowują się później. Oto list, który dostałyśmy od jednej z czytelniczek. 

LIST DO REDAKCJI: "Czy powinnam oddać mamę do domu starców?"

"Droga redakcjo, 

na wstępie zaznaczę, że nie należę do kobiet, które potrzebują męskiego oparcia i trzymania za rączkę przy każdej trudnej sytuacji. Czułam jednak, że obecność męża w tak ważnej chwili, jaką są narodziny naszej córki, jest bardzo ważna. W końcu jesteśmy rodziną, a Arek powinien mnie wspierać. Myślałam też, że zwyczajnie chce być częścią tego pamiętnego momentu.

Mąż początkowo nie był przekonany do mojego pomysłu, tłumaczył, że boi się patrzeć na to, jak się męczę i krzyczę, a już na pewno nie chce widzieć umazanego krwią noworodka. Z biegiem czasu zmienił jednak zdanie i się zgodził. Byłam wniebowzięta.

Sam poród pamiętam jak przez mgłę. Trwał kilka godzin, nie dostałam znieczulenia i bardzo cierpiałam. Arek nie okazał się zbyt pomocny – niby starał się, masował mi plecy, przynosił, co chciałam i rozmawiał z pielęgniarką, ale miałam wrażenie, jakby krążył myślami gdzie indziej. Podobnie jak ja był bardzo wystraszony i zagubiony – to w końcu nasze pierwsze dziecko!

Czym jest znieczulenie zewnątrzoponowe? 

Najgorzej było pod koniec – widziałam, że akcja porodowa go obrzydza, a moje stękanie i pokrzykiwanie wcale nie pomaga. W porodzie nie ma niczego uroczego i naprawdę nie wygląda on tak, jak ja wyretuszowanych zdjęciach z internetu.

Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy, gdy córka wreszcie się urodziła. Chociaż tłumaczyłam mu wcześniej, że noworodek nie wygląda jak kilkumiesięczne „noworodki” pokazywane na filmach, był zszokowany i… zniesmaczony. To był jednak dopiero początek.

Od tego czasu minęło już pół roku, a my zamiast się do siebie zbliżyć i poczuć jak rodzina, coraz bardziej się od siebie oddalamy. Mam wrażenie, że Arek wykonuje swoje ojcowskie obowiązki z przymusu, a nie z miłości. Kąpie i karmi Zosię, bo tak wypada, bo w końcu jest jej tatą. Ale nigdy sam z siebie jej nie tuli, nie całuje… Zachowuje się jak robot nie tylko przy niej, ale tez przy mnie. Zaznaczę tylko, że ostatnio kochaliśmy się miesiąc przed porodem… Wcześniej mąż był bardzo czuły i oddany, a z łóżka moglibyśmy nie wychodzić wcale!

Oczywiście próbowałam z nim na ten temat porozmawiać. Początkowo zaprzeczał, że się zmienił. Twierdził, że przesadzam, że może jestem jeszcze zestresowana swoją nową rolą – byciem młodą mamą – i to hormony sprawiają, że doszukuję się dziury w całym. Czas jednak mija, a Arek wciąż jest tak samo zimny i niedostępny.

W końcu, po wielu dniach moich dociekań i szlochów, przyznał, że powodem jego zachowania jest… mój poród, w którym KAZAŁAM mu uczestniczyć. Dokładnie tak to ujął. KAZAŁAM. Popłakałam się i wygarnęłam mu wtedy, że po pierwsze, to sam się zgodził, a po drugie – to chyba logiczne, że mąż powinien wspierać żonę w tak trudnym momencie!

Bardzo się tego wieczora pokłóciliśmy. Arek wyznał mi, że patrzenie, jak „wychodzi ze mnie dziecko” (to jego słowa!) odebrało mi w jego oczach cały seksapil, a już samo myślenie o seksie ze mną jest w tej sytuacji dla niego koszmarem. Cała moja seksualność kojarzy mu się obecnie z porodem, a nie przyjemnością.

Boję się, że to zniszczy moje małżeństwo. Namawiam męża, by poszedł ze mną do psychologa, ale opiera się i mówi, że nie potrzebuje dobrych rad jakiegoś „mądrali”. Jestem załamana. Nie wiem, co robić. Czuję się niedoceniana, niekochana i przede wszystkim niepożądana przez własnego męża. A przecież jesteśmy małżeństwem dopiero od 2 lat!

Jak tak dalej pójdzie, pewnie znajdzie sobie kochankę. O ile już jej nie ma. Tak bardzo żałuję, że nalegałam, by był przy tym porodzie…

Czy jest coś, co mogę zrobić, by uratować nasze małżeństwo? Będę wdzięczna za jakąkolwiek radę, bo nie wiem już, co robić.

Pozdrawiam

Emilia". 

Przeczytaj więcej listów do redakcji

Co doradziłybyście w tej sytuacji Emilii?

Dzielcie się też z nami Waszymi historiami, opiniami, przemyśleniami. Piszcie na adres: redakcja@polki.pl