Kobieta, która nie lubi dzieci swojego partnera fot. Adobe Stock

„Kocham mojego partnera, ale nie wiem, czy kiedykolwiek polubię jego dzieci. Te wredne bachory uwzięły się na mnie”

Te wredne bachory uwzięły się na mnie. Wszystko, co robiłam, miażdżyły krytyką. Choć starałam się je obłaskawić na wszelkie możliwe sposoby, moje dobre intencje odbijały się od muru ich niechęci.
/ 04.09.2020 11:56
Kobieta, która nie lubi dzieci swojego partnera fot. Adobe Stock

Patryk, proszę, ułóż ubrania w tej szafie! Przecież nie możesz cały dzień żyć w takim okropnym... – w ostatniej chwili ugryzłam się w język – bałaganie – dokończyłam niepewnie. Marcin dużą wagę przywiązywał do tego, jak zwracałam się do jego dzieci. Kolejna awantura zdecydowanie nie była mi potrzebna. Niestety, Patryk najwyraźniej reagował jak typowy zbuntowany nastolatek. Nie zamierzał przepuścić okazji.
– A kim ty jesteś, żeby mi to mówić? – syknął, patrząc na mnie z nieskrywaną pogardą. – Wyobraź sobie, że moja mama lubiła, kiedy w domu panował artystyczny nieład – wykrzywił twarz w brzydkim grymasie, który miał chyba podkreślać, że mówi to ironicznie. – Nie musiała zatrzymywać taty przy sobie przy użyciu takich prymitywnych środków jak mop i ściereczka do kurzu.

Zabolało. W ostatniej chwili zdołałam się powstrzymać przed wybuchem gniewu. Zamiast tego uśmiechnęłam się w sposób, który tyle razy ćwiczyłam przed lustrem, i odpowiedziałam spokojnie, używając słów, które również wypróbowałam wiele razy wcześniej:
– Rozumiem, że jesteś zły, bo twoja mama tymczasowo postanowiła zamieszkać gdzie indziej, ale to nie powód, żeby wyżywać się na mnie, Patryku.
Na te słowa chłopak poczerwieniał, po czym wypadł z pokoju, głośno trzaskając drzwiami. Wiem, że dotknęłam czułego punktu. „Mama tymczasowo postanowiła zamieszkać gdzie indziej”. Naprawdę, nie mogłam lepiej dobrać słów.

Gdybym powiedziała wprost, że Nina porzuciła rodzinę, żeby zamieszkać nad Morzem Śródziemnym z jakimś kolejnym gachem, Patryk jak na skrzydłach poleciałby do ojca poskarżyć się, że obrażam ich mamę. A tak – byłam chodzącym spokojem... I o ten spokój nabuzowany hormonami 16-latek musiał się rozbić.

Powinnam być z siebie dumna. Mimo wszystko – nie byłam. Naszła mnie chęć, żeby jak Patryk wyjść, zamknąć za sobą drzwi i nigdy nie wracać... Ale wiedziałam, że nie mogę tego zrobić przez wzgląd na Marcina. I wkrótce kolejny raz będę musiała stawić czoło nieuniknionemu. Trójce dzieci, która mnie nienawidziła.

Szczerze mówiąc, nigdy nie wyobrażałam sobie takiego życia. Nie przepadam za dziećmi i nie planowałam mieć własnych. Pracuję w dużym banku. Nie robię może wielkiej kariery, lecz w dzisiejszych, kryzysowych czasach nie mam na co narzekać. Szefowie doceniają moje poświęcenie, dostaję wynagrodzenie adekwatne do wysiłku włożonego w pracę, a to, że czasami muszę zostać po godzinach albo popracować w weekend, nie przeszkadzało mi. Tym bardziej że poza bankiem nie miałam szczególnie bogatego życia.

Czasami wyskoczyłam z koleżankami potańczyć, poflirtowałam z jakimś mężczyzną poznanym przez internet, zimą pojechałam na kilka dni na narty, latem pogrzałam się w ciepłych krajach. Żyłam z dnia na dzień, od weekendu do weekendu... I nie narzekałam. W najśmielszych snach bym nie przypuszczała, że nagle w tym moim ustabilizowanym życiu pojawi się wielka miłość w postaci Marcina. Poznałam go na firmowej imprezie integracyjnej. Pracował w innym dziale. Wysoki, przystojny brunet, pachnący dobrą wodą kolońską.

Nie mogłam zlekceważyć faktu, że taki interesujący mężczyzna przygląda mi się praktycznie przez cały wieczór.
– Ty, widzisz, jak on na ciebie patrzy? – szturchnęła mnie w ramię koleżanka, z którą pracowałam „biurko w biurko” i z którą przegadałam niejedną przerwę na kawę,  – Chyba mu się podobasz.
– Albo poszło mi oczko w rajstopach – parsknęłam szyderczo. – Asiu, coś musi być nie tak. No powiedz, czy w dzisiejszych czasach są jeszcze faceci, którzy stoją jako ten wół i gapią się cały wieczór na kobietę, zamiast zwyczajnie do niej podejść i zagadać? Przecież nie mieszkam w wieży z kości słoniowej.

Jak na zawołanie przystojny mężczyzna podszedł do nas, uśmiechnął się lekko, skłonił się i powiedział:
Ma pani śliczny uśmiech. Stoję, stoję i napatrzyć się nie mogę. Jestem Marcin.
– Monika – mruknęłam.
Co tu kryć, jego komplement nie rzucił mnie na kolana. Śliczny uśmiech. „Mógł się wysilić na coś bardziej oryginalnego!” – pomyślałam nawet wówczas.

Szybko jednak zapomniałam o banalnym początku rozmowy, bo dalszy ciąg wieczoru przyćmił go z kretesem. Marcin okazał się wspaniałym towarzyszem. Dobrze tańczył, pił z umiarem, sporo mówił, ale umiał też słuchać. Słowem, ideał mężczyzny... Nad ranem, kiedy odwoził mnie do domu, czułam w głowie tylko jedno pulsujące uporczywie pytanie, którego nie odważyłam się zadać głośno przez cały wieczór: czy ten gość ma żonę?! Wydawało mi się niemożliwym, żeby taki facet uchował się tyle lat sam.

Z drugiej strony, w naszej branży często słyszało się o weekendowych znajomościach, które stawały się przyczyną rozpadu nawet wieloletnich małżeństw. Spodziewałam się, że Marcin może należeć do tej grupy. Nie umknęło bowiem mojej uwadze, że nie nosił obrączki. Rozwodnik? Stary kawaler? A może po prostu cwaniak, który postanowił udawać wolnego ptaka? Marcin, jakby czytając w moich myślach, powiedział wtedy:
– Spędziłem z tobą wspaniały wieczór, z przyjemnością bym go powtórzył. Tylko nie lubię niejasnych sytuacji. Zostałem w życiu zraniony i nie chciałbym teraz narażać innego mężczyzny na przeżycie tego samego. Jesteś z kimś?

Roześmiałam się z prawdziwą ulgą. A więc został w życiu zraniony. Biedaczek... Jeszcze jeden porządny mąż, któremu żona przyprawiła rogi. To się bardzo dobrze składa, bo i ja miałam ochotę na bliższe poznanie tego pana.
– Jestem szczęśliwą singielką – odparłam. – A ty, jak rozumiem, już jesteś sam?
– Jestem w trakcie rozwodu – Marcin na chwilę spoważniał. – Ale nie mogę powiedzieć, żebym był zupełnie sam...
Poczułam ostrzegawcze bicie serca. Czyżby jednak weekendowy cwaniak? Ale nie, wtedy właśnie usłyszałam słowa, które miały odmienić moje życie:
Żona zostawiła mnie dla innego mężczyzny. Wychowuję trójkę dzieci.
Początkowo, przyznaję, nie przejęłam się bardzo tą informacją. Wręcz wypuściłam z ulgą powietrze. Nie jest związany z żadną kobietą, a to najważniejsze.

Co naprawdę znaczyły słowa Marcina, dotarło do mnie znacznie później. Zaczęliśmy się spotykać. Przyjeżdżał do mnie po pracy i szliśmy na kolację, do kina, na spacer. Ot, po prostu na randki. Jak zwyczajni zakochani.

Po miesiącu mój ukochany dojrzał do tego, żeby przedstawić mnie swoim dzieciom. Przyznam, że nie czekałam na tę chwilę niecierpliwie. Wprost przeciwnie – jakoś podświadomie czułam, że ten moment zaważy na całym naszym życiu. I chyba dlatego starałam się odwlec go w czasie tak długo, jak to było możliwe. Pewnego dnia jednak dłużej już odwlekać nie mogłam i, zaproszona przez Marcina, pojawiłam się w jego domu.

Pierwszego spotkania z Małymi Potworami, jak całą trójkę od razu ochrzciłam w myślach, nigdy nie zapomnę. Patryk, najstarszy z rodzeństwa, siedział cały wieczór ostentacyjnie nachmurzony, w koszulce z napisem „A ja kocham moją mamę”. Jego o dwa lata młodsza siostra, Ula, niby przez przypadek posoliła mi herbatę i usiłowała zaplamić płaszcz keczupem. Za to najmłodsza latorośl, 6-letnia Kaja, przez większość wieczoru histerycznie wrzeszczała i domagała się przytulania.

Po dwóch godzinach z ulgą opuściłam mieszkanie Marcina, obiecując sobie solennie, że przez najbliższe miesiące nie będę zaglądać to tego gniazda os. Nie wzięłam jednak pod uwagę jednego. Tego mianowicie, że ja, taka „uczuciowa twardzielka”, jak z dumą sama siebie określałam, zwyczajnie się zakocham. I mój los zostanie przypieczętowany. Nie będę miała innego wyjścia jak wziąć mojego ukochanego Marcina z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Chociaż starałam się rękami i nogami bronić przed tym uczuciem, miłość nie wybiera. Przez kolejne tygodnie spotykałam się z Marcinem codziennie i coraz bardziej „wsiąkałam” w naszą relację. Nie miałam wątpliwości, że oto poznałam wreszcie mężczyznę mojego życia. Marcin był męski, opiekuńczy, wrażliwy, hojny... Mogę tak wymieniać bez końca.

Spędzałam z nim całe popołudnia, często również wieczory i noce. Rano oboje z trudem zwlekaliśmy się do pracy. Po pół roku takiego życia zaczęło do nas docierać, że długo tak nie wytrzymamy. Marcin pierwszy poruszył temat wspólnego zamieszkania. Żadne z nas nie wypowiedziało tego głośno, ale wiadomo było, że jeśli mamy zamieszkać razem, to ja po prostu wprowadzę się do niego i zostanę macochą dla trójki jego dzieci... A mnie ta perspektywa wydawała się przerażająca.

Od pamiętnej pierwszej kolacji starałam się ograniczać kontakty z całą Potworną Trójką na tyle, na ile było to możliwe. Dobrze wiedziałam, że oni też za mną nie przepadają. Z drugiej strony rozumiałam, że jeśli chcę być z Marcinem, musimy uczynić kolejny krok cementujący nasz związek. Postanowiłam zaryzykować.
"W końcu to tylko trójka dzieci – uznałam. – Jakoś sobie poradzisz". Do zadania zdobycia serca Patryka, Uli i Kai podeszłam jak do problemu zawodowego. Metodycznie. Na początek spróbowałam przekupstwa. Wypytałam zaprzyjaźnionych rodziców, o czym marzą dzieciaki w ich wieku, i pierwszego dnia wkroczyłam do domu Marcina niczym Święty Mikołaj. Dla Patryka miałam iPoda, dla Uli markowe dżinsy, dla Kai komplet drogich klocków. No i co? Wybrana przeze mnie metoda okazała się porażką na całej linii...

Tylko Kaja ucieszyła się z prezentu. Ula swoich spodni nawet nie rozpakowała, komentując z niemiłym grymasem, że mama przysyła jej co miesiąc ubrania, jakie ona tylko chce, „więc mogę sobie zabrać to badziewie”. Patryk zachował się jeszcze gorzej. Odpakował iPoda, pobawił się nim kilka godzin, po czym przyleciał do kuchni z informacją, że to na pewno nie jest oryginalny sprzęt, bo już się zepsuł.

Szlag mnie trafił. Nie wierzyłam w takie zbiegi okoliczności i byłam święcie przekonana, że sprzęt nie zepsuł się sam z siebie... Patryk zrobił to celowo, byle mnie upokorzyć. To wtedy po raz pierwszy poczułam do tego dzieciaka zimną nienawiść. A później miało być jeszcze gorzej. Każda doba przebywania pod jednym dachem przynosiła kolejne napięcia.

Dzieciaki ostro krytykowały wszystko.  Jak robiłam im kanapki do szkoły – mówiły, że każde jest na jakiejś tam diecie, a przez moje wysiłki mogą wręcz umrzeć. Nie robiłam kanapek – było jeszcze gorzej. Cała trójka głośno skarżyła się swojemu tacie, że cały dzień nic nie jadły, a nauczyciele z niepokojem pytali, czy coś się w ich domu zmieniło, bo chodzą takie zaniedbane. Doprawdy słuchanie tego wszystkiego przerastało moje siły.

Kiedy starałam się pilnować ich lekcji i pomagać w sprawach szkolnych – słyszałam, że wtrącam się w nie swoje sprawy. Raz nawet Ula wykrzyczała, że tak się nimi zajmuję, bo nikt mnie nie chciał i nie mam własnych dzieci. A gdy udawałam, że sprawa ich edukacji nic mnie nie obchodzi – dzieciaki ostentacyjnie podkładały Marcinowi pod nos kartki od nauczycieli typu: „Brak pracy domowej” albo „Proszę dopilnować, żeby córka regularnie odrabiała zadania”.

Marcin patrzył wtedy na mnie z wyrzutem i pytał, niby lekkim tonem, ale ja czułam napięcie w jego głosie:
– Monisiu, jestem taki zmęczony po pracy. Naprawdę nie mogłabyś poświęcić pół godziny i sprawdzić dzieciom lekcji?
Nie wiem, jakim cudem udawało mi się zachować spokój w takich sytuacjach. Najgorsze było to, że konflikt z dziećmi Marcina zaczął przekładać się na stosunki między nami. Ukochany coraz częściej robił mi wyrzuty, że źle sprawuję opiekę nad jego dziećmi. Pewnego dnia powiedział mi nawet wprost:
– Wiedziałaś dobrze, z czym wiąże zamieszkanie ze mną, Monika. Może czas się rozstać, póki nie narobiłaś w życiu moim i dzieci jeszcze większych szkód.

Czułam, że jego słowa są straszliwie krzywdzące i niesprawiedliwe, ale nie potrafiłam się bronić. I  pewnie bym się wówczas po prostu poddała i odeszła, gdyby nie pewne wydarzenie.

Właśnie sprzątałam w pokoju Patryka, gdy zauważyłam, że jego laptop jest włączony. Nie mam zwyczaju przeglądać czyichś rzeczy, ale tym razem coś mnie podkusiło. Zajrzałam. Laptop otwarty był na stronie z jego blogiem. Odruchowo zaczęłam więc czytać. I nagle wszystko zrozumiałam. Patryk pisał, że założył się z siostrą, ile czasu wytrzymam w ich domu. To wszystko były testy... Chcieli mnie stąd „wykurzyć”, żeby znowu mieć tatę tylko dla siebie i urabiać go, jak tylko chcą.

Poczułam, że policzki pieką mnie od gniewu. Teraz, kiedy wiedziałam, że to zaplanowane działanie, nie zamierzałam się tak szybko poddać. Wygram tę potyczkę. I tak to trwa już półtora roku. Cicha wojna. Serce Kai już podbiłam. Ostatnio nawet Ula jakby się poddała. Zdarza się nam nawet wyjść razem na babskie zakupy. Tylko z Patrykiem idzie mi opornie. Czasami się zastanawiam, czy dam radę.

Więcej listów do redakcji:„Przez prawie 20 lat nie miałem pojęcia, że mam córkę. Nie zdążyłem jej poznać, bo.... zmarła”„Moją córkę zabił na pasach pijany kierowca. Zatraciłam się w swojej żałobie i odtrąciłam bliskie mi osoby”„Mam żonę, dwójkę dzieci i kochankę. Żyję tak od kilku lat bez wyrzutów sumienia, bo żona wie o wszystkim”