Zakochana kobieta fot. Adobe Stock

„Mój kochanek był starszy ode mnie o 20 lat, miał żonę i przyjaźnił się z moim ojcem. To był początek mojego koszmaru”

Zadowoliłam się romansem, bo zabrakło mi cierpliwości, żeby poczekać na prawdziwą miłość. Dziś już wiem, że będę tego żałować do końca życia.
/ 19.11.2020 15:00
Zakochana kobieta fot. Adobe Stock

Wszystko zaczęło się zupełnie nieoczekiwanie i całkiem niewinnie, bo od telefonu od mojego ojca. Tego ranka tata, który jest strasznym śpiochem i mało brakowało, a zaspałby na bardzo ważne spotkanie, zadzwonił do mnie, bo w porannym zamieszaniu zapomniał wziąć teczkę z dokumentami.
– Ewciu, kochana, pytaj o Tomasza i jemu przekaż teczkę – poprosił przez telefon. Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem dziś, trzymałabym się od ojcowskiej firmy z daleka, choćby paliło się i waliło. Niestety, nie wiedziałam...

Mogłam pomóc ojcu, zwłaszcza że zaczynałam pracę dopiero o jedenastej. Wsiadłam więc do samochodu i pojechałam najpierw do domu rodziców, a potem do firmy taty. Tomasza zobaczyłam, ledwie wyszłam z windy. Czekał na mnie przystojny, elegancki mężczyzna w wieku... mojego ojca. – Jestem Tomasz – uśmiechnął się i pocałował moją wyciągniętą dłoń. Piękne zielone oczy przeszyły mnie na wskroś, przyprawiając o dreszczyk i drżenie kolan. Wiem, wiem – wcześniej sama śmiałam się z takich opowieści, zwłaszcza że nie miałam szesnastu lat, skończyłam studia, pracowałam i już trochę znałam mężczyzn. Byłam jednak od roku sama i leczyłam złamane serce po rozstaniu z narzeczonym, a w Tomaszu było coś takiego, że uleciał gdzieś cały mój rozsądek. Dałam mu swój numer telefonu. Zadzwonił jeszcze tego samego dnia. Tak zaczął się nasz burzliwy romans.

Oczywiście musiałam ukrywać mojego mężczyznę przed rodzicami, w końcu był starszy ode mnie o 20 lat i przyjaźnił się z moim ojcem. Mojej rodzinie ani nikomu, kto mnie znał, nie podobałoby się też to, że Tomasz był żonaty. Starałam się o tym nie myśleć, tylko po prostu cieszyć tym, że jest ktoś, kto
o mnie zabiega, mówi mi, że jestem najcudowniejsza na świecie, obsypuje kwiatami i cały czas rozpieszcza. Być może w ten sposób Tomasz starał się zrekompensować mi to, że nigdzie razem nie wychodziliśmy? Czasami tylko organizował weekendowy wypad w góry, które zresztą najczęściej widziałam tylko zza szyby jego samochodu, bo większość czasu i tak spędzaliśmy w hotelu.

Tomasz nie mówił nigdy o swojej rodzinie, ja zresztą nie wypytywałam. Wiedziałam tylko, że ma żonę i dwóch synów, i że nigdy ich nie opuści. Tę sprawę postawił jasno zaraz na początku naszej znajomości, nie zostawiając mi żadnych złudzeń. Starałam się więc nie angażować. Było nam razem cudownie, ale to nie była miłość. Zrozumiałam to, gdy poznałam Pawła.

Przyszedł kupić wycieczkę do mojego biura podróży i od razu zauroczył mnie szczerym uśmiechem i pięknymi zielonymi oczami. Zaczęliśmy się spotykać. Okazało się, że mamy wiele wspólnych zainteresowań, że oboje lubimy to samo. Chodziliśmy razem na imprezy, zaczęłam w końcu bywać wśród ludzi, a nie tylko w hotelowych pokojach. Uwielbiałam z nim rozmawiać. Co tu dużo mówić – zakochałam się. Zaczęło mi na nim bardzo zależeć, jemu zresztą na mnie też. Było tylko jedno ale – Tomasz.

Postanowiłam, że muszę zakończyć tę znajomość. Miałam nadzieję, że zrozumie i rozstaniemy się w przyjaźni. Kiedy Paweł powiedział mi, że ma służbowe spotkanie, uznałam, że to najlepszy moment, by zaprosić Tomasza do mojego mieszkania i porozmawiać z nim bez świadków i uciąć nasze kontakty raz na zawsze. Po pracy pojechałam więc do domu i... zobaczyłam przedpokój usłany kwiatami. W mieszkaniu panował półmrok, grała cicho muzyka, czekała kolacja przy świecach i mój Pawełek z bukietem róż.

Podszedł do mnie, spojrzał mi w oczy i uklęknął. Zobaczyłam, jak otwiera czerwone pudełeczko. – Kochanie, wyjdziesz za mnie? – zapytał. Całą sobą chciałam mu odpowiedzieć „TAK!”, ale nie zdążyłam.

Z przedpokoju dobiegł nas głos: „Jestem. Ewuniu bardzo tęskniłem”. W progu pojawił się Tomasz z butelką szampana i uśmiechem na twarzy. Wiedziałam, że stało się coś strasznego, ale to jeszcze nie był koniec. Panowie spojrzeli zdumieni na siebie. – Tato? – odezwał się Paweł. Brakło mi tchu. Te same zielone oczy... – to była jedyna myśl, która przeszła mi wtedy przez głowę.

Minął już rok, a mnie brakuje już sił, aby dalej walczyć o Pawła. Nie chce mnie znać i żadne moje słowa tego nie zmienią. Zaczynam powoli godzić się z losem, ale nigdy sobie nie wybaczę, że straciłam człowieka, z którym mogłam spędzić resztę mojego życia. On jednak stracił dużo więcej. Ojca.

Więcej listów do redakcji:„Adoptowaliśmy chłopca. Po 7 latach postanowiłam, że oddamy go z powrotem do domu dziecka”„Nie mieszkam z mężem, bo ciągle się kłócimy. Spotykamy się 2 razy w tygodniu i w weekendy”„Mąż miał na moim punkcie obsesję. Nie chciał się mną z nikim dzielić. To doprowadziło do tragedii”