Czy tak wygląda przyjaźń? fot. Panthermedia

Czy tak wygląda przyjaźń?

Przez lata naszej znajomości, przywykłam do tego, że to ja się opiekuję Emilią, ja jej pomagam. Szkoda, że ja na nią nie mogę liczyć…
/ 06.04.2011 15:10
Czy tak wygląda przyjaźń? fot. Panthermedia
Poznałyśmy się z Emilką w pierwszej klasie technikum ekonomicznego. To było prawie dwadzieścia lat temu, ale dobrze pamiętam ten dzień. Kiedy po uroczystości rozpoczęcia roku wychowawczyni zaprowadziła nas do sali lekcyjnej, usiadłam w ławce obok szczupłej, przestraszonej dziewczyny. Dopiero podczas sprawdzania listy dowiedziałam się, jak się nazywa. Pomyślałam wtedy, że ktoś, kto tak ma na imię – Emilia – musi być dobry i szlachetny.
– Chodź, pójdziemy na lody, w końcu coś nam się należy po tym stresie – zaproponowałam po skończonych zajęciach. – Ja stawiam, dostałam kasę na początek roku szkolnego – dodałam, dostrzegając niepokój w jej spojrzeniu.
Emilka uśmiechnęła się nieśmiało. Dowiedziałam się wtedy, że mieszka tylko z mamą, bo ojciec zostawił je dawno temu, że chce szybko zacząć zarabiać, żeby nie być dla matki ciężarem i dlatego zamierza naprawdę przykładać się do nauki.
Choć miałam nieco inny stosunek do świata, a przede wszystkim do szkoły, nie zaszkodziło to naszej przyjaźni. Ja byłam dość zdolna, Emilia za to bardzo pracowita. Świetnie radziła sobie
z przedmiotami zawodowymi, ale miała kłopoty z polskim i historią. Brakowało jej polotu i wyobraźni. Ale w tamtym czasie oczywiście nie zdawałam sobie jeszcze z tego sprawy.
Obie wiedziałyśmy, że ja jestem od pomysłów – na kłopoty w szkole, kłamstwa wymyślane dla rodziców, wyprawy do miasta i najróżniejsze szaleństwa. Emi – bo tak ją nazywałam – lubiła chadzać utartymi szlakami, w każdej nowej sytuacji czuła się niepewnie. W ogóle była raczej niezaradna. I to jej zostało.

Po maturze obie znalazłyśmy pracę, ona w niewielkiej spółce, ja w koncernie farmaceutycznym, który właśnie wchodził na polski rynek. Zachęcona przez pracodawcę poszłam na studia zaoczne. Potem wyszłam za mąż, urodziłam dwoje dzieci. Emi nie ułożyło się życie osobiste, nadal mieszkała z matką. Ale wciąż byłyśmy przyjaciółkami…
Co prawda, mój mąż twierdził, że Emilia zwyczajnie mnie wykorzystuje, ale uznałam, że on po prostu nie rozumie kobiet. Pomagałam więc przyjaciółce kupować meble, zawoziłam zupę, kiedy była chora, przyjeżdżałam z butelką wina, gdy miała chandrę…
Dwa lata temu mój mąż miał wylew. Gdy po czterech miesiącach wypisywano go ze szpitala, nie był w stanie przejść samodzielnie dwóch kroków.
Wszystko spadło na mnie: opieka nad nim, wożenie na rehabilitację, prowadzenie domu, no i wspieranie dzieci, które bardzo przeżywały chorobę ojca i nową sytuację. Dlatego postanowiłam zrezygnować z pracy.
To była słuszna decyzja, bo mogłam dużo więcej czasu poświęcić Marcinowi. Mąż wyszedł z depresji, fizycznie także jest już w lepszej formie, niedawno założył firmę internetową i nieźle sobie radzi.
Te wydarzenia nie pozostały jednak bez wpływu na moją przyjaźń z Emilią. Już nie mogłam gnać na każde wezwanie. Więcej, to ja potrzebowałam wsparcia i pociechy. Z tym było jednak słabo, Emi chyba nie umiała odnaleźć się w takiej roli, w dodatku czuła się… porzucona. Pamiętam jej zdziwienie, gdy zdecydowałam, że nie odwiozę jej mamy do sanatorium, bo muszę być w szpitalu u Marcina.
– Przecież nic mu się nie stanie, jeśli raz nie przyjdziesz! Ma dobrą opiekę, sama tak mówiłaś. A jeśli nie zawieziesz mojej mamy, będę musiała z nią jechać pociągiem, to dla mnie dwa stracone dni – spojrzała na mnie z miną zbitego psa i po chwili dodała: – Ja chyba zupełnie przestałam się już dla ciebie liczyć.
– Nie, Emi – powiedziałam starając się, żeby w moim głosie nie było słychać złości – ale musisz poradzić sobie sama.

Rzeczywiście nasze stosunki mocno się ochłodziły i było mi z tego powodu czasem przykro. Dlatego na kilka dni przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia zadzwoniłam do Emilki. Gadałyśmy prawie godzinę i było jak dawniej. Kiedy już przekazałyśmy sobie ostatnie wieści, powiedziałam przyjaciółce, że postanowiłam poszukać pracy.
– U nas będzie od lutego wakat w dziale handlowym, chyba jeszcze nikogo nie mają, gdybyś chciała…
Ucieszyłam się, bo o pracę trudno, a niewielka spółka, w której zaczynała pracę Emi, z czasem stała się znaczącą firmą na rynku odzieżowym.
I tak oto, dzięki przyjaciółce, znowu miałam pracę, zupełnie przyzwoitą pensję i po niedługim czasie uznanie szefa.
Dopóki byłam na okresie próbnym, Emi traktowała mnie jak swoją podopieczną, przedstawiała ludziom, opowiadała o firmie, przynosiła ploteczki. Wydawała się zadowolona z tego, że tym razem to ona jest moim przewodnikiem. Kiedy jednak poczułam się już w pracy jak u siebie, a zwłaszcza, gdy podpisano ze mną umowę na czas nieokreślony, coś się zaczęło zmieniać. Przyjaciółka bywała coraz częściej niemiła i złośliwa.

Któregoś dnia zdybała mnie w kuchni.
– Oczywiście wiesz, że on jest żonaty? – spytała, nie patrząc na mnie.
– Kto?
– Paweł, twój szef.
– Wiem. Nie wiem tylko dlaczego postanowiłaś mnie o tym poinformować – zapytałam, nie kryjąc rozdrażnienia.
– Och, wszyscy już mówią, że pewnie coś was łączy. Ja dotąd nie dawałam temu wiary, ale wczoraj tak cię wychwalał przed prezesem, że aż się mdło robiło.
Aż mnie zatrzęsło ze złości.
– Czyś ty zupełnie zgłupiała? – wrzasnęłam. – To są jakieś wyssane z palca brednie. Znasz mnie nie od dziś, jak możesz w ogóle tak mówić!
Wyszłam, żeby nie powiedzieć czegoś, czego bym potem żałowała.
Marcin, któremu zrelacjonowałam całe to zajście, pokiwał głową.
– Wiesz, że ja nigdy nie przepadałem za Emilią, ale była twoją przyjaciółką więc się nie wtrącałem, choć czasem krew mnie zalewała. Ona zawsze grała na twoim współczuciu, manipulowała tobą, wiedziała, że w końcu ulegniesz i zrobisz to, o co cię prosi. Wtedy była górą przynajmniej we własnym mniemaniu. Nastaw się na to, że będzie gorzej.
No i wykrakał.
W czerwcu okazało się, że mój szef nie będzie mógł jechać na targi w Londynie. Zapytał mnie, czy mogłabym go zastąpić.
– Ale przecież ja tu najkrócej pracuję…
– Wysłałbym Bożenę, ale ona będzie miała w tym czasie urlop, a z pozostałych osób ty poradzisz sobie najlepiej. To co?
– Oczywiście, że pojadę.
– Pakuj się, bo to za niecały tydzień.

Następnego dnia wiedziała już o tym cała firma. A Emilia przestała się do mnie odzywać. Choć od tych targów minęły już dwa miesiące, ona nadal mija mnie na korytarzu jak powietrze. Zachowuje się tak, jakbym jej zrobiła potworną krzywdę. Nie rozumiem tego, przecież ona i tak by nie pojechała – po pierwsze jest w innym dziale, po drugie nie zna angielskiego.
Zaczęłam się zastanawiać, czy nie poszukać innej pracy, ale Marcin radzi mi przeczekać.
– Nie przejmuj się tak, Aniu, to zwykła zazdrość. A twoja przyjaciółka ma chyba wczesne objawy klimakterium.
– No, no, nie pozwalaj sobie ty paskudny antyfeministo – warknęłam.
No, nic. Rzeczywiście spróbuję przeczekać i zobaczymy, co z tego wyniknie.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)