Nastoletnia ciąża fot. Adobe Stock

„Nie zauważyłam ciąży córki. Dowiedziałam się, kiedy urodziła dziecko w szkole i porzuciła je w łazience”

Nic mnie nie usprawiedliwia! To przede wszystkim ja jestem winna temu, co się stało.
/ 20.11.2020 10:56
Nastoletnia ciąża fot. Adobe Stock

Proszę, żeby pani natychmiast przyjechała do szkoły. Stało się coś niebywałego! – sekretarkę w szkole Uli znałam od wielu lat i uważałam za spokojną, zrównoważoną osobę, tym razem jednak w jej głosie było coś takiego, że od razu zabrakło mi tchu.

– Czy… czy coś z Ulą? Czy coś jej jest? – wyszeptałam, czując, że cały pokój wiruje i jeśli za chwilę nie usiądę, upadnę. – Czy coś stało się mojej jedynej córce?!

– Nie. Ula jest cała i zdrowa – zreflektowała się szybko sekretarka. – No, powiedzmy, w pewnym sensie… W każdym razie jest zdrowa. To coś innego. Proszę przyjechać naprawdę szybko.

I tak się dla mnie zaczęła ta cała historia – od telefonu, którego boi się każda matka mająca dziecko w szkole, bo z reguły nie wróży on nic dobrego. Tak zaczęła się dla mnie. Bo dla mojej córki, jak miało się okazać, wszystko zaczęło się dużo wcześniej. Osiem miesięcy wcześniej, mówiąc precyzyjnie.

Jak to wszystko się zaczęło?

Wychowywałam Ulę sama. Mąż zostawił mnie dla innej kobiety, kiedy córka miała siedem lat. Bardzo to obie przeżyłyśmy. Ula nie była już małym dzieckiem, dużo rozumiała. Budziła się w nocy, pytała ciągle, kiedy tata do nas wróci. Były mąż zdecydował jednak, że „dla dobra dziecka” zerwie z nami wszelkie kontakty.

Pojęcia nie mam, kto mu takich głupot naopowiadał, że dla dziecka dobre jest wychowywanie się bez jakiejkolwiek obecności ojca, ale w tym swoim przekonaniu Jacek był bardzo konsekwentny. Co gorsza, po kilku miesiącach regularnego płacenia alimentów po prostu przestał przysyłać pieniądze! Nasz poziom życia zdecydowanie się pogorszył.

Ja wcześniej nie pracowałam. Mąż prowadził własną firmę. Może nie mieliśmy kokosów, ale mogłam zająć się domem i wychowywaniem dziecka; do pierwszego, jak to mówią, nam starczało. Teraz musiałam na gwałt szukać pracy.

Nie było to takie łatwe. Pracodawcy nie czekają z wyciągniętymi ramionami na kobiety, których kwalifikacje kończą się na maturze, które nie mają żadnego doświadczenia, za to wychowują dziecko.

Po kilku miesiącach zatrudniono mnie w supermarkecie. Nie był to szczyt moich marzeń, jednak potrzebowałam pieniędzy. Taka praca to nie jest raj dla kobiety, mówię wam. Soboty pracujące, nieraz i niedziele, zmiany… Ula, do tej pory przyzwyczajona do stałej obecności mamy w domu, musiała przywyknąć do samodzielności. A może raczej – do samotności.

Do siedemnastej czekała w świetlicy, potem odbierała ją zaprzyjaźniona sąsiadka, jakaś koleżanka albo moi rodzice. Na mnie czekała nieraz do ósmej, do dziewiątej, bo szefową miałam nieludzką – chyba specjalnie trzymała mnie pod byle pretekstem jeszcze długo po zakończeniu zmiany.

Nie miałam czasu dla dorastającej córki

Coraz częściej, kiedy wracałam z pracy, Ula już spała. Czułam, że tracę kontakt z córką. Pocieszałam się jednak, że to tylko przejściowe, że szybko znajdę lepszą pracę… Jednak mijały lata, a ja „wsiąkłam” w tę swoją kasę i w dotychczasowy tryb życia.

Awansowałam na kierowniczkę działu, miałam nieco lepszą pensję – przestałam myśleć o zmianie. Ula też rosła, nie potrzebowała, jak mi się wydawało, tak dużo mojej uwagi jak kiedyś. Nasze rozmowy ograniczały się do lakonicznej wymiany zdań:
– Jak tam w szkole, Uleńko?
– W porządku, mamo.
– Nie złapałaś jakiejś jedynki?
– Nie, mamo, wszystko gra.

W pracy, przed koleżankami, chwaliłam córkę: że taka odpowiedzialna, że nie przysparza mi kłopotów, że dobrze się uczy. Wiedziałam, że Ula ma plany, że zamierza studiować. Kibicowałam jej w tym i wierzyłam, że uda mi się odłożyć tyle pieniędzy, żeby mogła spełnić swoje marzenie.
Pierwszy raz ścięłyśmy się przy okazji jej szesnastych urodzin. Pamiętam to, bo w zasadzie wcześniej córka nigdy nie wyrażała otwarcie swojego zdania.

Aż do tego dnia.
– Zbliżają się twoje urodziny, córeczko – zagadnęłam ją pewnego dnia. – Może zaproś kilkoro kolegów i koleżanek z klasy, kupię jakieś ciastka…
– Nie zawracaj sobie głowy, mamo – zaśmiała się Ula. – Moi znajomi nie jedzą ciastek. Wyskoczymy gdzieś na miasto.
– Ale ja nie mam pieniędzy – przestraszyłam się, bo od koleżanek w pracy wiedziałam, że takie imprezy „na mieście” potrafią słono kosztować.
– Nie przejmuj się, my po prostu sobie gdzieś posiedzimy – odparła niefrasobliwie. – Może na schodach do metra…
– Co ty opowiadasz, Ula, przecież nie będziesz siedziała na schodach jak jakaś bezdomna?! – zdenerwowałam się.
Ale córka najwyraźniej wydawała się tym moim oburzeniem rozbawiona!

– Mamo, moi przyjaciele robią tak od wielu miesięcy. To świetne miejsce. I bezpieczne, naprawdę.
Wtedy dotarło do mnie, że kiedy Ula mówi „moi przyjaciele”, ja nie mam zielonego pojęcia, kogo ma na myśli!

Gdy była młodsza, znałam jej koleżanki, czasem kolegów z klasy. Teraz nie miałam pojęcia, z kim moje dziecko spędza czas! Oczywiście usiłowałam przy tej okazji ją o to zapytać, ale zbyła mnie, jak to ona:
– Nie, mamo, nie znasz ich. Tak, to porządni ludzie. Mogę już wyjść?

Nie znałam w ogóle swojego dziecka

Pozwoliłam jej. Co miałam zrobić – trzymać w domu szesnastoletnią pannicę? To byłoby przecież niepoważne. Zaniepokoiłam się jednak na serio. Druga niepokojąca informacja przyszła krótko po tej pierwszej. Koleżanka z pracy zagadnęła mnie przy stoisku z ogórkami ze złośliwym uśmiechem:
– To co, weselisko się szykuje?
– Czyje? – warknęłam, bo właśnie dowiedziałam się od szefa, że będę miała więcej roboty, a pensja nie wzrośnie nawet o złotówkę. – Bo nie moje chyba, co?
– Twoje to już raczej nie, my nasze czasy już miałyśmy – koleżanka zrobiła „wszystkowiedzącą” minę. – Ale wiesz, twojej Uli.

– Moja Ula ma dopiero szesnaście lat – przypomniałam plotkarze, chcąc jak najszybciej uciąć temat. – O ile wiem, chłopaki jej jeszcze nie w głowie.
„O ile wiem…”. Właśnie wtedy sobie uświadomiłam, że tak naprawdę wiem o swojej córce bardzo mało.

– No, nie mów – pokręciła głową Kryśka. – Zawsze nam przedstawiasz tę swoją Ulę jak jakąś świętą, a ja widziałam ją ostatnio z jej chłopakiem. I nie powiem, dość były… zaawansowane te ich przytulanki – zachichotała, a we mnie jakby grom trafił!

To Ula ma chłopaka?! I obściskuje się z nim w miejscach publicznych?! Oczywiście od razu po powrocie do domu usiłowałam wydobyć ze swojej jedynaczki jakieś informacje na ten temat. Ulka jednak zacięła się, jakby kto ją zaczarował:
– No, jest taki jeden – mówiła niechętnie.
– Ale nie możesz go poznać. Po prostu nie wiem jeszcze, czy to coś poważnego.
– Ale, dziecko, ludzie mi mówią, że wy się obściskujecie gdzieś po klatkach – westchnęłam. – Tak przecież nie można, ty masz szkołę, musisz się uczyć… Ja babcią jeszcze nie chcę zostać.
– Oj, nie zostaniesz, nie bój się tak – mruknęła Ulka i spiekła raka.

Jej reakcja trochę mnie uspokoiła. „Może i jest zakochana, ale kto z nas nie był w tym wieku? Od zakochania do dziecka daleka droga” – pocieszałam sama siebie.

Moja córka urodziła dziecko w szkolnej toalecie

Kiedy przyjechałam do szkoły, czekał tam na mnie cały „komitet powitalny”: dyrektorka, pielęgniarka, ba, nawet policjant! Nie miałam pojęcia, o co chodzi! Szczególnie obecność faceta w mundurze wydała mi się mocno niepokojąca. Każdy przecież wie z filmów, że kiedy policjant przychodzi do domu, ma do powiedzenia zwykle coś strasznego… Poczułam, jak lęk wielką kulą podchodzi mi do gardła.

– Gdzie jest Ula? – wyszeptałam więc tylko, patrząc na poważne twarze zgromadzonych wokół mnie ludzi. – Czy możecie mi państwo w końcu powiedzieć, co się stało z moim dzieckiem?
– Jest w szpitalu – powiedziała dyrektorka, a widząc moją przerażoną minę, dodała szybko: – Nic jej nie jest, naprawdę. To tylko rutynowa kontrola po… po… no właśnie – przerwała i zerknęła na policjanta.

Pani córka urodziła w szkole dziecko i porzuciła je w toalecie. Zostanie przeciwko niej wszczęte postępowanie – powiedział surowym tonem mężczyzna. Te słowa były tak absurdalne, że w ostatniej chwili powstrzymałam się, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
– Pan zwariował? – zapytałam, nim ugryzłam się w język. – Moja córka nie była w ciąży, nie mogła urodzić! To jakiś absurd! Gdzie ona jest? Ja zaraz z nią to wyjaśnię…

– To nie jest absurd – policjant mówił teraz wolno i spokojnie, jak do osoby opóźnionej w rozwoju. – Dzisiaj około dziewiątej rano Urszula urodziła chłopczyka. Prawdopodobnie w wyniku szoku poporodowego porzuciła dziecko w łazience. Na szczęście jej koleżanki zauważyły, co się dzieje, i wezwały pomoc. Tylko dzięki temu chłopiec przeżył – w głosie policjanta brzmiał teraz wyraźny wyrzut. 

– To wcześniak. Zespół szybkiego reagowania uratował mu życie. Teraz jest w inkubatorze, a Urszula przechodzi rutynowe badania w szpitalu położniczym. Będzie pani oczywiście mogła się z nią zobaczyć, ale musi być pani świadoma, że córce zostanie postawiony zarzut nieumyślnego spowodowania…

Nie słuchałam dłużej. Słowa tego policjanta odbijały się w mojej głowie niczym straszne echo: „…urodziła dziecko…”. „Jak to jest możliwe?! – krzyczałam sama do siebie w myślach. – Jak mogłam przez kilka miesięcy nie zauważyć, że moje dziecko jest w ciąży?! Co ona musiała przeżywać, moja biedna córeczka…”.

Owszem, zauważyłam, że ostatnio przytyła. Nawet raz czy dwa zrobiłam na ten temat uwagę. Tylko że Ula zawsze była bardzo szczupła. Za szczupła. Doszłam po prostu do wniosku, że zaczęła nabierać kobiecych kształtów, że powoli przestaje być chudą nastolatką, a zmienia się w kobietę. Cieszyłam się, że jest grubsza!

I, owszem, miałyśmy ostatnio jeszcze bardziej ograniczony kontakt. Nie tylko dlatego, że w mojej firmie pojawiły się plotki o zwolnieniach i wszyscy drżeliśmy o swoje posady. Również dlatego, że Ula zdawała się celowo mnie unikać. Wychodziła, kiedy ja wchodziłam do pokoju, udawała, że czyta książkę, a przecież nawet nie przewracała stron…

Próbowałam ją zagadywać. Sądziłam, że chodzi o tego chłopaka, który zawrócił jej w głowie, a którego nawet nie poznałam. Mówiłam rzeczy w rodzaju: „Tego kwiatu to pół światu”, typowe frazesy wygłaszane przez matki na pocieszenie nieszczęśliwie zakochanym córkom.

Ale Ula nie wydawała się być pocieszona. Odniosłam wrażenie, że chce być sama. Więc ją zostawiłam…
– Pojadę do niej, proszę mi podać adres szpitala – zdecydowałam natychmiast, kiedy prawda w końcu dotarła do mojego mózgu. – Później z państwem porozmawiam. Córka mnie na pewno teraz potrzebuje.

Dyrektorka skinęła głową.
– Dobrze, ale proszę, żeby zajrzała pani do nas za parę dni. Będziemy musiały omówić kilka spraw w związku z tym, że sytuacja się nieco skomplikowała…
– Oczywiście, tak zrobię – odparłam, sięgając po telefon.

Taksówka zawiozła mnie do szpitala położniczego, do mojej córki…
– Więc już wiesz? – szepnęła tylko. – Tak mi wstyd, mamo, tak mi wstyd.
– To mnie wstyd, córeczko – szepnęłam, bojąc się ją przytulić, taka wydawała się krucha i delikatna. – Czemu mi nie powiedziałaś, przecież ja bym ci pomogła! Przecież dziecku mogło się coś stać! I tobie! – nie mogłam powstrzymać zrzędzenia. – Ja po prostu nawet nie wiem, jak mogłaś to wytrzymać, przecież to jest ból, dziecko… Aż strach pomyśleć, przez co przeszłaś!

– Robiłam wszystko, żeby to nie była prawda – mówiła cicho moja córka. – Przecież chciałam iść na studia. To dziecko… Ono rujnowało wszystko! Ściskałam się, skakałam z tapczanu – wszystko na nic! Jak ciebie nie było, jak byłaś w pracy – dodała szybko, widząc moje zdumione spojrzenie. – Nie chciałam ci mówić. To by cię dobiło. Przecież tak się dla mnie poświęcałaś, przecież pracowałaś dla mnie, mamo, ja wiem… Ja nie mogłam ci tego zrobić.

Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Łzy leciały mi po prostu po twarzy. Moja dzielna, kochana córka. Moja Ula.

Od tej historii minął rok. Właśnie wczoraj obchodziłyśmy pierwsze urodziny mojego wnusia. Mojego słoneczka, światełka, które kocham najbardziej na świecie. Wiktorek na szczęście szybko doszedł do zdrowia, choć urodził się za wcześnie. Teraz musimy tylko od czasu do czasu zawozić go na kontrole do lekarza.

Ula zmieniła szkołę, bo w tamtej wstydziła się już pokazać. W nowej nikt nie zna jej historii, jest po prostu jedną z wielu nastolatek. Uczy się, chce zdawać na studia. Ja pomagam jej w opiece nad małym i wspieram w batalii o alimenty, które chce wywalczyć od ojca Wiktorka. Próbuję odkupić swoje winy. Bo czuję się winna – zaniedbałam własną córkę, nie dopilnowałam jej, nie pomogłam, gdy mnie potrzebowała.

 

Więcej listów do redakcji:„Adoptowaliśmy chłopca. Po 7 latach postanowiłam, że oddamy go z powrotem do domu dziecka”„Nie mieszkam z mężem, bo ciągle się kłócimy. Spotykamy się 2 razy w tygodniu i w weekendy”„Mąż miał na moim punkcie obsesję. Nie chciał się mną z nikim dzielić. To doprowadziło do tragedii”