Czułam się nikomu niepotrzebna fot. Adobe Stock, StockPhotoPro

„Gdy byłam nauczycielką, czułam się potrzebna. Teraz jestem stara, traktowana jak ciężar, jak śmieć”

W uszach dzwoniło mi: „Stara suka…”, „Miała zostać uśpiona…”, „Powinno się takie usypiać…”, „Niepotrzebna”. Kiedy weszłam do biura, gdzie wypełniało się dokumenty, już wiedziałam.
/ 14.01.2022 07:57
Czułam się nikomu niepotrzebna fot. Adobe Stock, StockPhotoPro

W szeregowcu obok mojego domu otworzyli gabinet weterynaryjny. Kiedy zobaczyłam neon z postacią psa, zrobiło mi się smutno. Szkoda, że Anga tego nie doczekała.

Może gdybym miała weterynarza tak blisko jak teraz, ktoś zdążyłby jej pomóc…

Anga była rasową sunią białego pudla

Dostałam ją w prezencie od córek na sześćdziesiąte drugie urodziny. Śliczny, puchaty szczeniaczek szybko zmienił się w prawdziwą psią damulkę. Kochałam tego psa – był taki piękny, dostojny, a przy tym uczuciowy i wierny.

Była jeszcze młodziutka, miała zaledwie cztery lata, kiedy znalazła coś na trawniku, złapała w pysk i uciekła, a po chwili leżała, dławiąc się i charcząc. Nie miałam wtedy kliniki dla zwierząt pod domem, a sama nie umiałam jej pomóc.

Dzieci namawiały mnie później na kolejnego psa, ale ja miałam poczucie, że żadnego nie umiałabym tak pokochać jak mojej Angi. Zresztą, przybyło mi lat, coraz ciężej było mi wychodzić z domu na spacery, a wiadomo, że młody pies potrzebuje ruchu. Nie miałabym jak się nim dobrze zająć.

– Mamo, przestań! – córka nie lubiła, kiedy mówiłam o starzeniu się. – Chciałabym być w takiej formie jak ty, jak będę przed siedemdziesiątką! Wciąż daleko ci do starości!

Uśmiechałam się na to, ale doskonale wiedziałam, że mówi tak, bo mnie kocha. Dla innych byłam tylko starą babą, która najlepiej żeby siedziała w domu i nie zawadzała młodym swoją obecnością. Nie zawsze tak się czułam.

Tak naprawdę długo nie mogłam się pozbierać po tej awanturze na przystanku, kiedy zwróciłam uwagę dziewczynie palącej papierosa pod wiatą, że tu jest zakaz. Nie spodobało jej się to i zaczęła ze mną dyskutować, że ona płaci podatki, więc może korzystać z miejsc publicznych, a ja tylko „ciągnę emeryturę” od państwa i do niczego już nie jestem nikomu potrzebna.

Nie dałam się sprowokować, tylko nadal grzecznie prosiłam, żeby zgasiła papierosa. Ktoś z pasażerów odważnie mnie poparł i dziewczyna odeszła, rzucając w moją stronę dwie rzeczy. Pierwszą był niedopałek papierosa, który trafił w mój wełniany płaszcz. Drugim był rzucony głośno epitet:

– Stara suka! Powinno się takie usypiać!

Wiedziałam, że to tylko słowa rozwydrzonej młodej kobiety, ale bardzo mocno mnie zabolały. Od tamtej pory zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście jestem już tylko ciężarem dla reszty społeczeństwa, bo nie zarabiam i nie pracuję na rzecz ogółu. Zaczęłam sama siebie widzieć jako starą, niepotrzebną kobietę, która przeszkadza tym, do których dzisiaj należy świat.

A kiedy miałam gorszy dzień i atakowała mnie tęsknota za moim Tadziem i minionymi latami, wracały do mnie słowa wrednej dziewuchy, że nie powinnam już żyć. Może rzeczywiście tak byłoby dla wszystkich lepiej…

Wkrótce odeszła Anga i moja młodsza córka zaczęła mi sugerować, że powinnam brać jakieś środki na poprawę nastroju.

– Nie chcę żadnej chemii – warknęłam po kolejnej takiej propozycji.

– No to przynajmniej znajdź sobie jakieś hobby, mamo! – córka nie odpuszczała. – Sama z siebie robisz nieszczęśliwą staruszkę, którą nie jesteś!

Hobby sobie, co prawda, nie znalazłam, ale sąsiadka powiedziała mi o wolontariacie w schronisku dla zwierząt. Jeździła tam co tydzień i twierdziła, że to daje jej mnóstwo radości i energii.

– W domu nie mam siły pozamiatać kuchni – opowiadała. – A tam przez kilka godzin sprzątam klatki, kąpię psy, chodzę z nimi na spacer i wie pani co? Ja wracam do domu pełna energii! Psy już mnie poznają. Ta ich radość na mój widok! No mówię pani, one są dla mnie jak dzieci! Tylko jednego mi żal: że nie mogę ich wszystkich zabrać do domu…

Dałam się jej namówić i pojechałyśmy w któryś wtorek do schroniska. Ktoś zaproponował mi szkolenie dla wolontariuszy, ktoś pokazał teren, miałam okazję zobaczyć setki psów w klatkach, które patrzyły na mnie błagalnym wzrokiem.

„Zabierz mnie stąd…”. „Błagam, bądź moją panią…”. „Pokocham cię z całego mojego psiego serca, tylko weź mnie z sobą do domu…”.

Pod koniec wizyty wiedziałam już, że nie podołam temu zadaniu.

Nie radziłam sobie z emocjami, które mnie zalewały

Tyle smutku, cierpienia, niezawinionego nieszczęścia… Nie mogłabym tam jeździć, zajmować się tymi nieszczęśliwymi zwierzętami, a potem wracać do domu ze świadomością, że tak naprawdę wcale im nie pomogłam. Po tej nieudanej próbie czułam się jeszcze gorzej niż przedtem.

– Nie umiem nikomu pomóc, naprawdę jestem bezużyteczna – powiedziałam do starszej córki. – Kiedy byłam młodsza, radziłam sobie z takimi sytuacjami. A teraz po prostu tylko bym tam płakała…

– Mamo, jeśli tak cię dotknęło cierpienie tych psów, to może adoptuj jakiegoś – poradziła. – Masz duży ogródek, jesteś w domu. Pomożesz żywej istocie i zyskasz przyjaciela. Pojechać z tobą?

Przemyślałam to i doszłam do wniosku, że może mieć rację. Chciałam się jeszcze na coś komuś przydać. Ale końcem końców córka nie mogła ze mną jechać do schroniska, więc pojechałam sama. Zanim udałam się do biura, pospacerowałam alejkami między klatkami. Zza prętów patrzyły na mnie psy młode, zdrowe, łagodne, nieraz nawet rasowe. Ale ja stanęłam przy klatce z imieniem „Beta” i notatką: „Suka z interwencji, wiek: dwanaście lat, chora na nerki i serce, wymagająca stałej opieki weterynaryjnej”.

Złapałam przechodzącą wolontariuszkę i poprosiłam, by powiedziała mi coś więcej o suczce Becie.

– Och, ona nie ma szans na adopcję – pokręciła głową ze smutkiem. – To stara suka. Miała zostać uśpiona, ale weterynarz zadzwonił do nas. Nie chciał przeprowadzić eutanazji, bo przy odpowiedniej diecie i podawaniu leków Beta może jeszcze pożyć kilka lat. Więc skończyła tutaj, bo właścicielom nie była już potrzebna.

Ciężko opisać, jak to mną wstrząsnęło

W uszach dzwoniło mi: „Stara suka…”, „Miała zostać uśpiona…”, „Powinno się takie usypiać…”, „Niepotrzebna”. Kiedy weszłam do biura, gdzie wypełniało się dokumenty, już wiedziałam.

– Chcę adoptować Betę – poinformowałam kobietę za biurkiem.

Ta zajrzała do dokumentacji i zrobiła zatroskaną minę.

– Mamy tylko jednego psa o tym imieniu, ale chyba się pani pomyliła – zaczęła. – Ta suka jest stara i chora…

– Wiem o tym – ucięłam. – Ja też jestem stara i schorowana – dodałam impulsywnie. – Będziemy do siebie pasować!

Wydano mi Betę razem z całym plikiem zaleceń medycznych i dietetycznych. Nie martwiłam się tym, bo miałam przecież klinikę weterynaryjną koło domu Następnego dnia po tym, jak Beta u mnie zamieszkała, założyłam jej kartę u weterynarza i wykupiłam potrzebne leki.

Wbrew pozorom opieka nad chorą suczką nie była takim wielkim problemem. Leki brałyśmy dwa razy dziennie. Nie zapominałam o tym, bo sama łykałam garść tabletek, więc podanie psu jego lekarstw było po prostu dodatkowym gestem. Beta miała dwanaście lat i kilka schorzeń, ale weterynarz orzekł, że może spokojnie przeżyć jeszcze dwa, a może i cztery lata.

Córki uważały, że to szaleństwo, wziąć pod opiekę tak stare zwierzę, ale wtedy przypomniałam im, że ja też nie mam dwudziestu lat.

– Świat nie należy tylko do młodych – rzuciłam z goryczą. – My, starzy, czy to ludzie czy psy, też chcemy cieszyć się życiem, choć niewiele go zostało!

Moja psia przyjaciółka została ze mną jeszcze dwa i pół roku. Kiedy odeszła, pojechałam ponownie do schroniska i przywiozłam stamtąd Rino. Po kilku miesiącach adoptowałam jeszcze Szirę. Rino i Szira mają łącznie dwadzieścia sześć lat.

Do tego sunia w typie owczarka niemieckiego ma po brutalnym pobiciu amputowaną jedną łapę, a jej towarzysz ma problemy skórne, bo kiedy go wyratowano z rąk złych ludzi, miał jątrzące się rany na całym ciele. Mam więc dwa stare psy, w dodatku jeden jest kulawy, a drugi prawie łysy. I wiecie co?

Kocham je. Opiekuję się nimi, smaruję Rino maściami, podaję im leki i po prostu spędzam z nimi czas. Wiem, że niedługo odejdą, ale potrafię sobie z tym poradzić. Bo w ich oczach widzę, że te ich ostatnie lata, czy miesiące życia są dla nich szczęśliwe. Stare, chore i brzydkie nie miały szans na adopcję i normalny dom, a jednak ja przechytrzyłam zły los i im ten dom dałam.

A one dały mi sens życia, poczucie, że jestem komuś potrzebna, że robię coś dobrego i przede wszystkim – że mam kogoś, kto mnie kocha z całego serca. Kiedy moje psy odejdą, wezmę kolejne i sprawię, że ich ostatni czas na ziemi będzie lepszy niż całe ich wcześniejsze życie. Będę to robić, dopóki starczy mi sił. A tych mam coraz więcej. Naprawdę!

Pomaganie tym bezbronnym, kochanym istotom dało mi energię, jakiej brakowało mi od lat. Czasami więc mam wrażenie, że to one dają mi więcej niż ja im!

Czytaj także:
„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”
„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”
„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę”