szkoła, klasa, wycieczka, nasza klasa

Co się stało z "naszą klasą"...

Odnawiając kontakty sprzed lat, nie przypuszczałem, że moje prywatne życie tak się zmieni.
/ 19.11.2008 08:04
szkoła, klasa, wycieczka, nasza klasa
Moja żona zawsze twierdziła, że nie warto wracać do przeszłości, bo ludzie stają się inni, niż byli. Zmieniła jednak zdanie i porzuciła mnie dla kolegi ze swojej klasy.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła – mówi znane przysłowie. Owszem, znam to powiedzenie, lecz nigdy nie sądziłem, że o jego prawdziwości przekonam się na własnej skórze. To właśnie ciekawość kazała mi któregoś pochmurnego listopadowego dnia zarejestrować się na serwisie "nasza-klasa". Umieściłem tam swój profil, bo ciekawiło mnie, jak po dwudziestu latach wyglądają koledzy z liceum. Co robią? Jak im się powodzi?
Każdy z nas ma w sobie głęboko skrywaną chęć powrotu do lat młodości, kiedy wszystko było proste, naturalne i spontaniczne. Tęskniłem za tymi czasami, bo wtedy naprawdę czułem, że żyję. Później już nigdy tak nie było. Gdy masz 19 lat, to nawet przelotne miłości są jak burze – nieokiełznane i gwałtowne. A te późniejsze przypominają letni deszcz. Są łagodne jak moje uczucie do Kasi.

Poznałem ją dobrych kilka lat po studiach, gdy oboje gwałtownie myśleliśmy o stabilizacji. Nie było to małżeństwo całkiem z rozsądku, ale nie było też w nim namiętności i szaleństwa. Ot, po prostu poprawny związek oparty na zgodności charakterów i wspólnych zainteresowaniach.
Kasia zawsze myślała bardzo racjonalnie. Nie ulegała łatwo emocjom. Wobec wszystkiego i wszystkich potrafiła zachować dystans – spojrzeć chłodnym okiem. To mi się w niej właśnie podobało.
– Po co ci to? – pytała. – Przecież po tych 20 latach to są zupełnie inni ludzie. Tych, których pamiętasz, już nie ma. Pozmieniali się. Czy nie lepiej zachować ich w pamięci jako pięknych i młodych, niż takich jakimi są teraz? Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Chcesz się dowiedzieć, komu się powiodło, a komu nie. Po co?

Szkolne czasy były najfajniejszym okresem mojego życia. Tęskniłem za nimi, więc pomimo wątpliwości żony założyłem swój profil. Gdy to robiłem, Kasia nie kryła niezadowolenia.
Telefon odezwał się już na trzeci dzień.
– Sie masz! – usłyszałem w słuchawce. – Zgadnij, kto mówi...
– Nie mam pojęcia.
– Kuba.
– Jaki Kuba?
– No, Sławek... Nie pamiętasz mojej ksywki? Sam ją wymyśliłeś.
Oczywiście, że pamiętałem. Kubuś był podporą naszej klasowej drużyny piłkarskiej. Bez niego nic byśmy nie znaczyli w szkolnych rozgrywkach. Był napastnikiem, a ja obrońcą. Jak mogłem nie pamiętać.
– Cześć. Miło cię słyszeć.
– Fajnie, że pojawiłeś się na portalu Zbysiu – ciągnął – bo w przyszłym miesiącu organizujemy właśnie spotkanie. Na Mazurach, w pensjonacie u Andrzeja. Pamiętasz go? Dojeżdżał do szkoły kolejką z Legionowa. Ma teraz hotelik w Mikołajkach. Więc pobyt będzie gratis, a pozostałe koszty to jakieś 80 zeta. Ja organizuję. Mam nadzieję, że będziesz.
– Jasne – przytaknąłem.
– To jesteś 25. osobą. Tyle mam już potwierdzeń. Jutro wyślę ci zaproszenie i szczegóły – ucieszył się.
Cóż, jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć i B – pomyślałem, odkładając słuchawkę. Jadę!
– Jak nie będzie fajnie, to zawsze mogę się z tego spotkania urwać – rzuciłem w stronę Kasi.
– Jak chcesz – wzruszyła ramionami.

Gdyby nie zdjęcia na portalu, nie wiem, czy kogokolwiek bym poznał. Łysawi faceci w garniturach i kobiety z mocnym makijażem prawie w niczym nie przypominali moich szkolnych przyjaciół. Powoli rozpoznawałem twarze, przypominałem sobie osoby. Z początku rozmowa się nie kleiła. Wspominanie przeszłości szybko przerodziło się w licytację zawodowych osiągnięć i prezentację rodzin. Kiedy w ruch poszły albumy ze zdjęciami, atmosfera zaczęła się powoli rozluźniać.

Wróciłem do domu zadowolony i pełen wrażeń. Opowiadałem, pokazywałem zdjęcia. Kasia ledwie rzuciła na nie okiem. Przekonałem się jednak, że to tylko pozory, bo już połknęła bakcyla. Następnego dnia przeglądając historię otwieranych stron w przeglądarce, zauważyłem, że ona też wchodziła na "naszą klasę" i to wielokrotnie.
Nie byłem więc zaskoczony, kiedy po mniej więcej miesiącu zakomunikowała mi, że jej znajomi ze szkoły również organizują spotkanie i zamierza na nie pojechać.
– Przecież mówiłaś, że takie powroty są bez sensu – udałem zdziwienie.
– Może i tak, ale skoro ty to przeżyłeś i nic ci się nie stało, to może i ja przetrwam – odparła.

Z ciekawością obserwowałem, jak starannie przygotowuje się do tej imprezy – fryzjer, kosmetyczka, solarium, nowa elegancka sukienka i buty – wszystko po to, by dobrze wypaść. Cóż, to zrozumiałe – myślałem sobie – w końcu jest kobietą. To normalne, że chce błyszczeć wśród byłych koleżanek.
Wróciła z tego spotkania zmieniona i wyraźnie podekscytowana.
– Wiesz, chyba nie miałam racji, mówiąc, że wszyscy ludzie pod wpływem czasu całkowicie się zmieniają. Niektórzy pozostają jakby poza nim. No, popatrz, czy ja na przykład bardzo się zmieniłam od matury? – spytała, pokazując mi stare klasowe zdjęcie zrobione przed budynkiem szkoły i te zrobione na klasowym spotkaniu.
– Nie, nic a nic, no może trochę... oczywiście na lepsze – odparłem.
– Nie podlizuj się i tak wiem, że jestem atrakcyjna – stwierdziła.

Od czasu klasowego spotkania Kasia się zmieniła. Zaczęła bardziej o siebie dbać, zapisała się na aerobic i często znikała wieczorami na – jak mówiła – babskie "posiadówki" z koleżankami.
– Nie mogę życia spędzać tylko w domu przed telewizorem – mówiła, gdy dziwiłem się, że znów wychodzi.
Tak było aż do wiosny – do tego majowego dnia, gdy wróciłem wieczorem z pracy i na stole zastałem karteczkę zapisaną jej drobnym pismem:
"Nasze małżeństwo stało się zbyt monotonne. Wypaliło się. Nie mogę dłużej cię oszukiwać. Jestem zakochana. Odchodzę. Nie szukaj mnie. Wybacz."

Usiłowałem zebrać myśli. W kim mogła zakochać się moja żona? Przecież przez cały czas trwania naszego związku była typową domatorką, nie chodziliśmy na żadne imprezy. W szkole gdzie uczyła, pracowały prawie same kobiety. Więc skąd nagle miłość? A może... – przyszła mi do głowy nagła myśl. Otworzyłem komputer i zacząłem przerzucać zdjęcia z jej klasowego spotkania. Dopiero teraz zwróciłem uwagę, że prawie na każdym z nich tuż obok niej stał szczupły krótko ostrzyżony facet w sportowej marynarce. Gdy zaraz potem spojrzałem na jej stare maturalne zdjęcie klasowe, stwierdziłem, że to ten sam mężczyzna.
– Ma na imię Andrzej – usłyszałem od Eli, najlepszej przyjaciółki mojej – no, może już nie mojej – Kasi. – To była jej wielka szkolna miłość. Zakończyła się przez jakieś głupie nieporozumienie, kłótnię o coś nieważnego. Rozstali się i nie widzieli aż do tego spotkania. Kasia mówiła mi, że poczuła, jakby czas się cofnął, a ich uczucie wróciło.

Minęło już pół roku, odkąd Kasia odeszła. Zdążyłem się trochę pozbierać, ale wczoraj zadzwonił telefon.
W słuchawce usłyszałem znów jej glos.
– Wiesz, Zbyszku, chyba nie miałam racji. Ludzie jednak się zmieniają. Tylko my idealizujemy wspomnienia i nie chcemy tego dostrzec. Popełniłam błąd. Chciałabym wrócić. Jeśli będziesz w stanie mi wybaczyć, to zadzwoń.
Nie wiem, co mam robić, przecież sam chciałem tych powrotów do przeszłości. Tylko czy warto wracać?